Banki siały wiatr, zbierają burzę

0
6

Coraz mniej zadowoleni jesteśmy z działających w Polsce banków. Coraz częściej je krytykujemy. Od niedawna zaś banki zaczęły wpadać w dołki, które same wykopały. Wszyscy domagają się oszacowania win, zadośćuczynienia i wymierzenia kar. Trochę szkoda, że dominują emocje i polityczne kalkulacje. Mało komu zależy na poszukiwaniu racjonalnych rozwiązań, na ucywilizowaniu zasad działalności banków.

Nasze banki ze sporym opóźnieniem w stosunku do tego, co przeżywała branża finansowa na świecie, doczekały się fali krytyki i okresu rozliczeń. Choć to, co nas bezpośrednio dotyka, boli najbardziej, trzeba jednak obiektywnie stwierdzić, że skala i waga win instytucji finansowych działających w Polsce jest nieporównanie mniejsza w stosunku do tego, czego dopuszczały się banki na świecie. I to te najbardziej renomowane, najbardziej wpływowe, niemal z dnia na dzień stały się najbardziej znienawidzonymi.

Cieszyć się czy płakać?

Nie powinniśmy bagatelizować problemów związanych z opcjami walutowymi, mechanicznym przenoszeniem zaleceń zagranicznych centrali w czasie globalnego kryzysu finansowego, które odcinały finansowanie polskich firm, polisolokat i produktów strukturyzowanych, wreszcie kredytów we frankach. Trzeba zauważyć jednak, że żaden z tych problemów nie doprowadził do tak poważnych konsekwencji, jak w innych krajach. Uniknęliśmy najpoważniejszych skutków krachu, załamania gospodarczego, bankructw banków i konieczności ich ratowania za pieniądze podatników, zajmowania milionów domów kupowanych za kredyty, których nigdy nie powinno się udzielać.
Jest to oczywiście niewielkie, ale jednak pocieszenie. Niepokoi fakt, że te same błędy i negatywne zjawiska z łatwością pojawiły się na naszym rynku. Co więcej, nie spotkały się one na czas z odpowiednią reakcją i działaniami, które mogłyby skutecznie eliminować lub łagodzić zagrożenia. Nadzór nad rynkiem finansowym nie dostrzegł w porę toksycznego charakteru opcji walutowych, które wpędziły w kłopoty sporą liczbę firm. Część z nich ratunku musiała szukać w sądach ze zmiennym szczęściem. Choć Komisja Nadzoru Finansowego dość wcześnie zaczęła wydawać rekomendacje ograniczające możliwość udzielania kredytów we frankach, to jednak nazbierało się ich na kwotę 34 mld euro, czyli około 150 mld zł. Znaleźliśmy się w niechlubnej europejskiej czołówce. Biorąc nawet pod uwagę jedynie kredyty hipoteczne, Polska okazuje się zdecydowanym liderem. Wyprzedzamy Austrię, Francję i Niemcy.

Banki nie chcą się uczyć

Wysokość opłat likwidacyjnych w produktach systematycznego oszczędzania w krajach europejskich nigdy nie była tak wysoka jak u nas, a ograniczenia w tym zakresie wprowadzono znacznie wcześniej niż w Polsce. Problem tzw. missellingu, czyli nieetycznej i wątpliwej z prawnego punktu widzenia sprzedaży usług i produktów finansowych, w tym głównie ubezpieczeniowych, został skutecznie zaimportowany z Wielkiej Brytanii – europejskiego i niegdyś światowego centrum finansów. Tam największe jego zasilenie zanotowano w 2012 r., gdy zgłoszono prawie 7 mln skarg obywateli w tej sprawie. W sumie w ciągu kliku lat nazbierało się ich ponad 30 mln. U nas temat nabiera tempa dopiero ostatnio, czyli z trzyletnim opóźnieniem. Od dawna już natomiast wiadomo, że tego typu praktyki mogą sprowadzić na klientów instytucji finansowych spore kłopoty. Komisja Nadzoru Finansowego zaczęła strofować banki i firmy ubezpieczeniowe już w 2012 r. Mleko mimo to i tak zostało rozlane, bo odpowiednia rekomendacja, stawiająca tamę zjawisku, zaczęła obowiązywać dopiero w 2015 r. Klienci nieuzyskujący oficjalnego wsparcia i pomocy prawnej próbują teraz dochodzić swego w sądach – coraz częściej z dobrym skutkiem.

W Polsce banki są krnąbrne

Nasze banki w znacznie mniejszym stopniu niż ich zagraniczne odpowiedniki są skłonne iść na ugodę, by unikać sądowych sporów niszczących ich wizerunek. Uparcie bronią przy tym swych zysków, osiągniętych w wątpliwy sposób. Pod tym względem uderzająca jest zbieżność mentalności przedstawicieli polskiej oraz światowej bankowej elity. W czasie największego nasilenia kryzysu finansowego i krytyki amerykańskiej bankowości Lloyd Blankfein, szef najbardziej znienawidzonego banku inwestycyjnego Goldman Sachs, miał odwagę stwierdzić, że „wykonuje robotę Pana Boga” i „to musi kosztować”. Nie tak dawno, w momencie gorącej dyskusji dotyczącej ustawy o pomocy zadłużonym we frankach Krzysztof Pietraszkiewicz, szef Związku Banków Polskich, w liście do polityków napisał wprost: „nie mogliśmy, nie możemy i nie weźmiemy odpowiedzialności za wywołanie kryzysu finansowego w Polsce, w sytuacji gdy można go, przy niewielkim wysiłku i woli porozumienia, z powodzeniem uniknąć”. Niedwuznacznie dał zatem do zrozumienia, że to państwo powinno wziąć na siebie odpowiedzialność za wdrożenie systemu wsparcia dla kredytobiorców. O roli Pana Boga co prawda nie wspomniał, ale nie omieszkał podkreślić, że „bankowcy, udzielając kredytów hipotecznych, umożliwili 2 milionom rodzin remont lub kupno mieszkania bądź wybudowanie własnego domu”.
To zapewne też „musiało kosztować”. Pytanie tylko, czy aż tak dużo… Mowa tu nie tylko o pieniądzach, ale przede wszystkim o zaufaniu klientów i pozytywnym wizerunku banków. W finansowym biznesie to znacznie ważniejsze elementy niż doraźne zyski.

Od Redakcji
Temat kryzysu zaufania do banków wydaje nam się niezmiernie istotny zarówno z punktu widzenia społecznego, jak i gospodarczego. Dlatego też mamy nadzieję zainicjować tym artykułem szerszą dyskusję na łamach „Eurogospodarki”. Liczymy na Państwa głos i opinie. Liczymy na zaangażowaną dyskusję pomiędzy klientami banków a reprezentantami samych banków i środowiska bankowego. Czy ufam bankom? Czy banki zabiegają o to, by im zaufać? Co spowodowało, że przestałem ufać bankom? Co może przywrócić mi wiarę w bankową uczciwość? Podyskutujmy…

LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here