Dlaczego polskie firmy upadają? Mapa bankructw w Polsce

0
6

Stara zasada biznesowa głosi, że wolny rynek tym się różni od sterowanego centralnie, że sam jest najlepszym weryfikatorem dla funkcjonujących na nim firm. Tutaj wzrosty czy bankructwa to normalna sprawa, która nikogo nie dziwi. Tak można skomentować wyniki badań, jakie w oparciu o dane z „Monitora Sądowego i Gospodarczego” opublikowała ostatnio firma Euler Hermes (spółka wchodząca w skład Grupy Allianz).

W ciągu pierwszych dziesięciu miesięcy 2014 r. z polskiego rynku zniknęło 711 firm różnych branż. To o 87 mniej niż rok wcześniej, kiedy to sądy orzekły upadłość 798 przedsiębiorstw. Tylko we wrześniu i maju br. bankructw było więcej niż rok wcześniej, w pozostałych miesiącach z polskiego rynku znikało o kilka-kilkanaście firm mniej niż w roku ubiegłym.

Także w październiku, ostatnim przeanalizowanym miesiącu, bankructwo ogłosiło 81 przedsiębiorstw, o cztery mniej niż rok wcześniej. Te 81 firm zatrudniało prawie 2,4 tys. osób, a ich zsumowany obrót utrzymywał się w ostatnim okresie, czyli w momencie pojawienia się problemów w działalności, na poziomie ok. 680 mln zł. Od października z polskiego rynku zniknęło kilka większych firm, trzy produkcyjne i trzech dystrybutorów hurtowych oraz po dwie z branż budowlanej oraz usługowej. Przeważały, co jest już normą, mniejsze przedsiębiorstwa, które miały obrót do kilkunastu milionów złotych miesięcznie.

Najwięcej przypadków ogłoszenia upadłości zanotowano z powodu braku możliwości zbycia swoich produktów oraz problemów z zachowaniem płynności finansowej wynikających m.in. z wysokich kosztów stałych, obsługi kredytów i innego rodzaju zadłużenia.

Według oficjalnych analiz rynkowych, w ostatnim okresie notujemy systematyczny wzrost koniunktury w branży budowlanej. Niestety tego nie widać w opracowaniu Euler Hermes. W październiku zanotowano najwięcej likwidacji firm z tej branży, na 15 bankructw wśród firm produkcyjnych dziewięć dotyczyło przedsiębiorstw budowlanych. Upadłość ogłosiły także trzy hurtownie sprzedające materiały budowlane. Chociaż tu najwięcej zamknięto hurtowni zajmujących się handlem artykułami konsumpcyjnymi – żywnością i artykułami wyposażenia wnętrz.

Niepokojące jest to, że w październiku niepowodzeniem, czyli upadłością likwidacyjną, zakończyło się aż 12 postępowań naprawczych firm, a w tym miesiącu rozpoczęto kolejne dziewięć postępowań układowych.

Porównując z ubiegłym rokiem, można stwierdzić, że liczba bankructw jest niższa. Czy zatem jest to przełom i czy nadchodzi hossa dla polskiego rynku przedsiębiorstw? – Na pewno nie – ocenia sytuację Tomasz Starus z Euler Hermes, odpowiedzialny za ocenę ryzyka. – Chociaż jest spadek liczby bankructw o ok. 10%, ale wciąż jest ich dwukrotnie więcej niż jeszcze pięć-sześć lat temu. Przełomu w kwestii liczby upadłości nie mamy, ponieważ nie ma go wciąż w gospodarce, brak jest czynników postępującej i trwałej poprawy sytuacji i w ślad za tym znaczącego zmniejszania się liczby upadłości. Zarówno w skali krajowej, jak i najistotniejszego unijnego runku eksportowego sytuacja jest na krawędzi poprawy (co i tak jest plusem – lepsze to niż krawędź kryzysu…). Słabnący popyt w Europie (i niewiele lepszy na rynku krajowym) był ewidentny jeszcze przed embargiem i wojną handlową z Rosją, które tylko uwypukliły problemy nadprodukcji i niskiej rentowności wielu sektorów (w tym spożywczego). Kilkuprocentowy wzrost wartości realizowanych inwestycji jest lepszy niż kilkunastoprocentowy ich spadek w ubiegłym roku, ale – tak, jak kończąca się już odbudowa zapasów – jest jeszcze zbyt słaby (punkt wyjścia odnosi się bowiem do rekordowo niskiego poziomu z roku ubiegłego) do pobudzenia całości gospodarki.

Dlaczego polskie firmy upadają?

Zdaniem ekspertów przyczyn jest wiele, ale prawie zawsze dominuje problem płynności finansowej, a nie – popytu. Problemem jest wewnętrzna organizacja przedsiębiorstwa i brak innowacyjności. – Niech wszystkiego nie przesłania nam embargo w handlu z Rosją. Przykre są problemy wielu firm nim dotkniętych, ale o wiele więcej polskich przedsiębiorstw ma problemy innego rodzaju. W Polsce, w odróżnieniu od wielu krajów Europy Zachodniej, mamy generalnie nie problem z popytem, ale raczej z rentownością obrotu – mówi Maciej Harczuk, prezes Euler Hermes Collections. – To kontrowersyjna teza, ale da się ją uzasadnić. Patrząc chociażby na wyniki firm, o których upadłości informacje opublikowano w październiku, zauważyć można, że chociaż obrót w niektórych przypadkach rósł, a w innych spadał, to generalnie wspólny był wzrost wskaźnika zadłużenia tych firm – w 2013 r. średnio o ok. 20% w stosunku do 2012 r. Tak więc nawet, gdy firmy nie traciły rynku, utrzymywały obroty, odbywało się to kosztem ich marży i rentowności. Na zachodzie firmy w tej sytuacji restrukturyzują działalność, w Polsce jest to często niemożliwe – nie można ograniczyć sprzedaży z powodu kosztów stałych, wysokich za przyczyną zobowiązań inwestycyjnych z ostatnich lat. Nasze firmy bronią też obrotu i bieżących przepływów finansowych, gdyż w Polsce, jako w kraju o krótszych tradycjach wolnorynkowych, mają one mniejsze zasoby zgromadzonych środków własnych w porównaniu do firm zachodnioeuropejskich. Bez dywersyfikacji działalności, a przede wszystkim bez jej innowacyjności, wartości dodanej, nie uda się odwrócić tego trendu – firmy skazane będą na walkę jedynie ceną, co w dłuższej perspektywie nie kończy się nigdy dobrze.

Nie była zaskoczeniem upadłość spółdzielni produkcyjnej dostarczającej żywiec wieprzowy, ale częstsze są przypadki upadłości firm handlowych i dystrybucyjnych.

O ile producentów żywca dotknęły głównie restrykcje eksportowe, to firmy handlujące żywnością mają także problemy na rynku krajowym. Sprzyjają temu duża konkurencja na rynku wewnątrzunijnym (Polska jest m.in. importerem netto wieprzowiny – więcej jej sprowadzamy niż sprzedajemy za granicę) oraz bliskie stagnacji tempo wzrostu wydatków konsumpcyjnych.

Kłopoty miały już nie tylko tradycyjnie przedsiębiorstwa z branż hotelarskiej czy gastronomicznej oraz, licznie występujące w ostatnich miesiącach w statystyce, firmy sektora reklamowego i poligraficznego. Ponownie pojawiają się w ogłoszeniach o upadłościach firmy transportowe i obsługujące transport. Rzadko notowane w tym gronie były dotychczas także firmy pośrednictwa finansowego (największa upadłość w październiku to przypadek kasy oszczędnościowo-kredytowej). Pomimo dobrej koniunktury mieszkaniowej w ostatnim czasie miało miejsce pięć upadłości deweloperów.

Jak wygląda mapa bankructw w Polsce? I tu mapka zostaje z Hermesa (może być wieksza)

Na południowym wschodzie kraju zanotowano lekki spadek liczby upadłości w województwach: małopolskim (10 – w październiku 2014 r./13 – w październiku 2013 r.), świętokrzyskim (2/6), lubelskim (3/4). Odnotowano wzrost liczby upadłości w centrum kraju – w województwach: wielkopolskim (8/6), łódzkim (6/1) oraz mazowieckim (18/15). Przesunięcie ciężaru upadłości wśród firm produkcyjnych z przemysłu maszynowego i motoryzacyjnego (reprezentowanego licznie na Dolnym Śląsku) w kierunku firm zaopatrujących budownictwo wpłynęło na odwrócenie trendu wzrostu ich liczby w woj. dolnośląskim, gdzie zanotowano 9 takich przypadków (rok wcześniej było ich 15).

Na Mazowszu zauważono dwa zaskakujące fakty: nie tylko wzrost liczby upadłości, lecz także to, że stoją za tym w dużym stopniu budownictwo i firmy produkcyjne obok handlu i firm usługowych (dominujących tutaj w przeszłości). Upadłości w woj. łódzkim były bardzo zróżnicowane w podziale na branże, podobnie w woj. wielkopolskim, chociaż tutaj nie dominowało tym razem budownictwo, ale – handel hurtowy. Za znaczną liczbą upadłości w woj. zachodniopomorskim (8) w równym stopniu odpowiadają: sektor budowlany, produkcyjny i handlowy (bez usług).

Podobnie było w Małopolsce – upadłości firm budowlanych i hurtowni uzupełniło bankructwo jedynej firmy usługowej – wesołego miasteczka. W przypadku woj. podkarpackiego (3) po raz kolejny o skutkach ekonomicznych i społecznych upadłości w regionie świadczy nie ich ilość, ale wielkość i znaczenie upadających firm. Niestety, ponownie jedna z największych upadłości (największa w sektorze produkcyjnym) dotyczyła przedsiębiorstwa z Podkarpacia: tym razem był to znany zakład naprawy i produkcji taboru kolejowego zatrudniający ok. 500 osób (a w czasach prosperity – ponad tysiąc). Na Górnym Śląsku upadłość ogłosiły cztery firmy, rok wcześniej – osiem. Zawirowania, jakie tu ostatnio panują w branży wydobywczej mogą stać się autorem najgorszego w ostatnich latach scenariusza, czyli upadku kopalń.

LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here