Długo wyczekiwana sprawiedliwość

0
7

Cztery lata przedsiębiorca z Nidzicy walczył o to, by na ławie oskarżonych zasiadł komornik, który zajął mu majątek wart ponad 1,2 mln zł, a potem sprzedał go za jedną dziesiątą wartości. Właśnie rozpoczął się ten proces. Ale Wiktor Chruściel, właściciel nidzickiej firmy oponiarskiej, nadal nie wierzy w sprawiedliwość.

Historia Chruściela nadaje się na scenariusz filmowy. Jest 8 listopada 2011 roku. Na teren firmy przedsiębiorcy wjeżdżają samochody. Łysi faceci w czarnych ubraniach z łańcuchami na szerokich karkach rozbiegają się po terenie. Usiłują się włamywać do magazynów. Przewodzi im krótko ostrzyżony mężczyzna w czarnej, skórzanej kurtce. Przedsiębiorcy nie ma w firmie. Wyjechał w interesach. Córka Chruściela w panice dzwoni do ojca. Chruściel wraca do Nidzicy.

– Gdybym nie zobaczył dokumentu, że to komornik, pomyślałbym, że to napad, że jakaś mafia nas dopadła – mówi dłużnik.

Bank mówi: nie

Wiktor Chruściel od 2009 r. był właścicielem przedsiębiorstwa Wiktorrent. Prowadził je wraz z córką. W magazynie miał około 20 tys. opon, tysiące felg i śrub do kół. Handlował nimi. Prowadził też warsztat oponiarski.
Początkowo szło mu bardzo dobrze. Dlatego w czerwcu 2010 r. wziął nawet kredyt w Polskim Banku Spółdzielczym w Ciechanowie – 2,5 mln zł – by kupić nieruchomość (budynek od firmy Herbapol) w centrum Nidzicy. Potrzebował więcej powierzchni magazynowej. Ale nie było mu dane rozwinąć firmy. Spadały obroty. Aż wreszcie nie był w stanie nawet spłacać kredytu. Rata miesięczna – 36 tys. zł. Negocjacje z bankiem niczego nie dawały. Umowę kredytu mu wypowiedziano i pod koniec sierpnia 2011 r. bank wystawił tytuł egzekucyjny. Po dwóch miesiącach sąd nadał mu klauzulę wykonalności. – A w październiku 2011 r. komornik wszczął egzekucję – opowiada Chruściel.

Polski Bank Spółdzielczy w Ciechanowie na komornika wybrał Sebastiana Sz. z Działdowa. Nie mogę podać jego pełnego nazwiska, bo jest oskarżonym.

Dwa zajęcia

Przedsiębiorca nie mógł patrzeć, jak pomocnicy komornika zwalali opony ze stojaków, rzucali na kupę, mieszając letnie z zimowymi, te do ciężarówek z tymi do aut osobowych. Potem zabierali tylko nowe.

– Tłumaczyłem, że wszystko poniszczą. To towar o dużej wartości. To samo dotyczyło nowych felg. Strasznie się spieszyli. Komornik tłumaczył, że musi je zabezpieczyć, bo je sprzedam i ucieknę za granicę… Z oponami biegało 15 ludzi. Ciężarówki tylko wyjeżdżały i wjeżdżały. Nikt nie liczył i nie spisywał, ile opon załadowano. Wywóz towaru trwał przez trzy dni – do 10 listopada. Od rana do nocy.

– Komornik zapewniał, że potem powstaną pełne protokoły zajęcia. Byłem tak skołowany, że uwierzyłem. W pierwszej chwili nawet po prawnika nie zadzwoniłem, tylko latałem za tymi, co opony wynosili, i próbowałem liczyć – opowiada Chruściel.

Gdy komornicza ekipa skończyła z oponami i felgami, wzięła się za śruby do kół.

– W większości były w opakowaniach. Posegregowane według wielkości. Rozwalali paczki. Wszystko wymieszali, a potem ładowali łopatą. Nie liczyli. Śrub, według moich dokumentów, było około 40 tys. – relacjonuje poszkodowany przedsiębiorca. – Komornik początkowo wpisał 7 tys. śrub. Zażądałem, by je chociaż zważono. Potem sam je zważyłem i tak udało się trochę porachować. W protokole jest teraz 33 tys. Mało. Gdzieś zginęło co najmniej 5 tys. śrub, które sprzedawałem po 8–10 zł. Strata około 50 tys. Nie tyle moja, ile przede wszystkim banku-wierzyciela.

To, czego przez trzy dni nie zabrano, komornik zostawił w magazynie i opieczętował. Ustanowił Chruściela dozorcą. – Dlaczego nie zrobił tak od razu? – zastanawia się do dziś przedsiębiorca. – Dlaczego zabierał w takim pośpiechu to, co było najbardziej wartościowe? Opony zostawiono na parkingu w Nidzicy. Nim komornik je sprzedał, zostały częściowo rozkradzione. – Ale już podczas zajęcia karkowaci faceci, z którymi przyjechał, dobierali sobie ogumienie do własnych aut. On nie reagował. Mówił, że to też sprzedaż – dodaje Chruściel.

Komornik dwa razy zajmował majątek Chruściela. Drugi raz na początku 2012 r. Odbyło się to podobnie. Tym razem zabierał resztę towaru z magazynu, urządzenia z warsztatu oponiarskiego, samochód firmowy i auta, które stały na placu.

Sprzedaż firmowego majątku

W czasie zajęcia komornik sam wyceniał towar. Wyszło mu około 270 tys. zł. Chruściel zażądał zmiany wyceny i powołania biegłych. – Wtedy komornik powiedział mi, że jeszcze tego pożałuję – opowiada. Przedsiębiorca nie wziął tej groźby poważnie. – A trzeba było – mówi dziś. Rzeczoznawca Michał B. (oskarżony), biegły przy Sądzie Okręgowym w Toruniu, oszacował pierwszą część towaru na… 109 tys. Później drugą… na 5 tys. zł. Wyceny robił z kolegą.

Potem opony samochodowe nowe i używane komornik sprzedał po 3,15 zł. Sprawdziłam: w sklepach internetowych kosztują od 150 do 600 zł. Felgi aluminiowe poszły po 28 zł, a metalowe po 7,5 zł. Najtrudniej Chruścielowi było pogodzić się z tym, że prawie 15 ton części samochodowych komornik potraktował jako złom i sprzedał po 10 gr za kilogram. A nawet złomiarze dają 60 gr.

– Za mój samochód firmowy, 14-letniego opla zafirę, na chodzie z instalacją gazową, nabywca zapłacił komornikowi 142 zł i 56 gr.

Majątek firmy Wiktorrent został sprzedany z wolnej ręki, bez zgody dłużnika, choć to niezgodnie z przepisami. To ile mógł dostać bank jako zwrot długu? Nie udało mi się dowiedzieć, jakie koszty naliczył sobie komornik i ile pieniędzy przekazał wierzycielowi. Bank milczy. Według moich źródeł początkowo swoje koszty komornik obliczył na 89 tys. zł. Przy całkowitym zysku ze sprzedaży 159 tys. zł. Potem miał je obniżyć.

Co na to wierzyciel?

Nic. Nie miał zastrzeżeń. W trakcie pierwszego i drugiego zajęcia Chruściel dzwonił wielokrotnie do banku. Chciał, by wierzyciel interweniował u komornika. Bank nie był zainteresowany tym, co się działo. Nie interesowało go to, że w ten sposób nie da się odzyskać długu? Pytałam o to w banku i otrzymałam taką odpowiedź: „Obowiązek zachowania tajemnicy bankowej wyklucza możliwość udzielenia przez Polski Bank Spółdzielczy w Ciechanowie odpowiedzi na pytania przesłane przez Panią Redaktor”. Sprawdziłam w dokumentach komorniczych. Okazało się, że we wnioskach podpisanych przez pełnomocnika banku Rafała Szwejkowskiego (nosi takie samo nazwisko jak prezes banku) PBS wręcz zażądał przy pierwszym zajęciu sprzedaży z wolnej ręki. Przy drugim zażądał sprzedaży „bezpośrednio po zajęciu”. Szwejkowski uzasadniał, że w ten sposób nie będą zwiększane koszty egzekucji. A w czasie jednej z późniejszych rozpraw sądowych pełnomocnik banku twierdził, że wierzyciel jest zadowolony z działania dłużnika.

I tak Chruściel został właściwie z cały długiem. Potem kolejni komornicy mogli zabrać się do egzekucji z jego domu i całego osobistego majątku, by zaspokoić roszczenia banku.

Droga przez mękę

Już po pierwszym zajęciu w listopadzie 2011 r. Chruściel złożył do Sądu Rejonowego w Nidzicy pierwszą skargę na czynności komornika. Czekał na jej rozpatrzenie. Nie doczekał się. Ruchomości sprzedano. Drugi raz zwrócił się po kolejnym zajęciu. Wreszcie prowadząca obie sprawy sędzia Elżbieta Gembicka połączyła je i po ośmiu miesiącach oddaliła skargi. Były bezprzedmiotowe, bo ruchomości sprzedano. Także prokuratura w Nidzicy odmawiała Chruścielowi pomocy. Nie chciała wszcząć postępowania przeciwko komornikowi i rzeczoznawcom. Postępowanie umarzał nidzicki prokurator Dariusz Paczkowski, choć powołany przez niego biegły wycenił udokumentowaną część majątku Chruściela na 600 tys. zł. Jednak dla prokuratora to, co się stało, nie było rażącym zaniżeniem wartości. Ale za to prokuratura oskarżyła Chruściela, a sąd wydał wyrok w zawieszeniu. Komornik zarzucił mu, że w trakcie czynności egzekucyjnych pobił go.

– Choć przedstawiałem w sądzie dowód – dokument od operatora telefonii komórkowej, że w chwili, kiedy to się miało wydarzyć, byłem zupełnie gdzie indziej – mówi z goryczą przedsiębiorca. Chruściel i jego pełnomocnik Lech Obara, radca prawny i twórca Stowarzyszenia „Stop wyzyskowi”, pisali zażalenia. Nie raz, ale wielokrotnie. Sprawa wędrowała po kolejnych szczeblach prokuratur i sądów, by trafić do Prokuratury Okręgowej w Olsztynie. W 2013 r. olsztyńska posłanka Lidia Staroń postanowiła interweniować. Zwróciła się do Ministerstwa Sprawiedliwości o opinię w tej sprawie. Resortowi eksperci stwierdzili, że w trakcie postępowania komorniczego złamano wiele przepisów egzekucyjnych i wreszcie po czterech latach postawiono komornikowi Sebastianowi Sz. i dwóm jego rzeczoznawcom zarzuty.

Prokuratura oskarżyła biegłych o to, że w porozumieniu z komornikiem wielokrotnie zaniżyli wartość zajętego u przedsiębiorcy majątku. Natomiast komornik usłyszał cztery zarzuty: bezprawne odebranie dłużnikowi dozoru nad zajętym mieniem, niezgodną z prawem sprzedaż zajętych ruchomości z wolnej ręki, poświadczenie nieprawdy w protokole sprzedaży, posłużenie się fałszywą wyceną biegłych. Wszyscy trzej oskarżeni twierdzą, że są niewinni.

Prywatny akt oskarżenia przeciwko prokuratorowi

Chruścielowi nie udało się przekonać prokuratury, by postawiła przed sądem prokuratora Paczkowskiego. Pod koniec maja 2013 r. zdesperowany biznesmen wysłał doniesienie na prokuratora do Centralnego Biura Śledczego. Napisał, że podejrzewa, iż śledczy mógł umorzyć postępowanie w wyniku korupcji. Zawiadomienie o przestępstwie zostało przekazane Prokuraturze Rejonowej Olsztyn-Północ. Wszczęto postępowanie i umorzono w październiku. Pełnomocnik przedsiębiorcy zaskarżył do sądu tę decyzję. Sąd Rejonowy w Olsztynie w marcu 2014 r. wytknął prokuratorowi indolencję w ocenie materiału dowodowego – „takie postępowanie prokuratora Dariusza Paczkowskiego, może świadczyć albo o niezaznajomieniu się z aktami sprawy, bądź celowym działaniu, przy świadomości wydania postępowania negatywnego z naruszeniem przepisów procesowych”.

– Myślałem, że wreszcie Paczkowski usłyszy zarzuty – mówi z goryczą Chruściel. Nie usłyszał. Tym razem Prokuratura Okręgowa w Białymstoku, gdzie sprawa trafiła, nie znalazła powodów, by uznać, że prokurator nie dopełnił obowiązków lub przekroczył uprawnienia.

– To taka desperacka obrona kolegi po fachu – ocenia Chruściel i nie daje za wygraną. Złożył wniosek o uchylenie prokuratorskiego immunitetu i subsydiarny akt oskarżenia przeciwko prokuratorowi Paczkowskiemu.

Skazanie

W czasie gdy oponiarz dochodził swoich praw w sądach i prokuraturze, Sebastian Sz. został skazany… ale w innej sprawie. W 2014 r. w giżyckim sądzie zapadł prawomocny wyrok – rok i trzy miesiące w zawieszeniu na trzy lata za „niedopełnienie obowiązków w celu osiągnięcia korzyści majątkowej”. Chodziło o postępowanie egzekucyjne prowadzone przez Sebastiana Sz. w 2012 r. przeciwko rolniczce z Mazur. Kobieta miała ponad 27 tys. zł niespłaconego kredytu. Na wniosek banku komornik zajął jej ciągnik z osprzętem wart 98 tys. – czterokrotnie więcej niż dług, czego zgodnie z przepisami robić nie powinien. Potem sprzedał maszynę za 15 tys., choć właścicielka wpłaciła na rachunek jego kancelarii ponad 26 tys. zł, czyli niemal równowartość zadłużenia. Jakby tego było mało, zdaniem sądu Sebastian S. podstawił nabywcę, by ten „wylicytował” traktor. Dziś już wiemy, że kupujący to ten sam człowiek, który nabył część majątku firmy Wiktorrent. Po prawomocnym wyroku komornik został pozbawiony prawa wykonywania zawodu.

Proces z przeszkodami

Od początku były trudności z jego rozpoczęciem. Na sali sądowej podczas pierwszej rozprawy 21 września br. zabrakło komornika, obrończyni oskarżonych rzeczoznawców i prokuratora. Sędzia Elżbieta Lewandowska z Sądu Rejonowego w Nidzicy znalazła sposób, by proces rozpocząć. Prokuratora wezwała telefonicznie z Olsztyna. Kiedy dotarł, okazało się, że nie został zawiadomiony o pierwszej rozprawie. W przypadku adwokatki sędzia Lewandowska zwróciła się do samorządu adwokackiego o dyscyplinarne ukaranie prawniczki za niestawiennictwo. Natomiast uzasadnienie nieobecności głównego oskarżonego sędzia uznała za niewystarczające (zwolnienie lekarskie, ale wystawione nie przez lekarza sądowego).

Proces ruszył

Tydzień później na kolejnej rozprawie w sądzie tym razem nie było jednego z rzeczoznawców.

– Przekazał usprawiedliwienie, że w innym sądzie staje jako biegły i nie może uczestniczyć w procesie – mówi mec. Lech Obara, pełnomocnik Chruściela. – Ale jak się okazuje, oskarżony już w czerwcu wiedział o tej drugiej sprawie. Mógł w zeszłym tygodniu, podczas pierwszej naszej rozprawy, powiedzieć o tym i prosić sąd o zmianę terminu. Milczał. To po prostu świadome opóźnianie procesu.

– Denerwuję się tym wszystkim. Tyle lat czekałem na sprawiedliwość – mówi Chruściel.

Nie ma się czemu dziwić. W procesie jest do przesłuchania 50 świadków.

– Moim zdaniem ława oskarżonych jest za krótka – dodaje Obara. – Powinni na niej zasiadać także nabywcy majątku mojego klienta oraz przedstawiciele banku, którzy działali na własną niekorzyść.

LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here