Dyplomatyczna ocena gospodarki

0
6

Z kandydatem na prezydenta RP, wicemarszałkiem sejmu Jerzym Szmajdzińskim rozmawia Grzegorz Smoktunowicz.

Niepokoi pana wzrost bezrobocia w Polsce?

– Bardzo, zwłaszcza wśród ludzi młodych, w szczególności absolwentów wyższych uczelni. Problem jest coraz większy; obecnie o 120 tys. osób większy niż do niedawna. Niewątpliwie są to skutki kryzysu, który w Polsce jest, a wedle rządu jakby go nie było. Przedsiębiorcy tną koszty, zwalniając pracowników. Tłumaczą nieodmiennie, że koszty pracy są w Polsce bardzo wysokie.

Ma pan pomysł, jak to zmienić?

– Problem kosztów pracy inaczej wygląda z punktu widzenia pracodawców, a inaczej z punktu widzenia pracowników. Są one trudne do pogodzenia, zatem trzeba znaleźć złoty środek. To jest rola państwa. Trzeba wymyślić takie mechanizmy inwestycyjne i finansowe, które zachęcałyby przedsiębiorców do tworzenia miejsc pracy bez uszczuplania praw pracowniczych.

Czy kryzys w Polsce minął?

– Ogłaszanie tego jest przedwczesne. Nasz kraj ma największy deficyt budżetowy od 20 lat. Dług publiczny wzrasta i poziom tego wzrostu jest jednostajnie przyspieszony. Jesteśmy jedynym krajem w Europie, który ma jeszcze dodatni wzrost PKB, ale w kategorii „deficyt budżetowy” zajmujemy  18. miejsce. Zadłużamy się nadmiernie, co komplikuje wejście Polski do strefy euro. Premier Donald Tusk ma więc rację mówiąc, że potrzebna jest reforma finansów publicznych. Tylko że to, co zaproponował, programem takiej reformy nie jest.

Jak pan ocenia proces prywatyzacji  w Polsce?

– Jak pan wie, moje środowisko polityczne nigdy nie było zwolennikiem huraprywatyzacji. Nie traktujemy jej w kategoriach aksjologicznych, lecz pragmatycznych. Zawsze zastanawialiśmy się dwa razy, zanim coś sprzedaliśmy. Obóz premiera Tuska reprezentuje całkowicie inną filozofię. Zapowiedź, że  w tym roku rząd ma zamiar uzyskać  26 mld zł ze sprzedaży majątku narodowego, każe zapytać, czy to aby nie jakaś wielka wyprzedaż posezonowa. Poza tym to jest nierealne. Rząd nie zrealizował znacznie mniej ambitnych planów prywatyzacyjnych w roku 2009. Skala tych zapowiedzi jest nierealna także dlatego, że oznaczałaby, że większość z 1800 przedsiębiorstw państwowych, które jeszcze zostały, będzie sprzedana poniżej wartości. Prywatyzacja przedsiębiorstw ma służyć takiej zmianie organizacji zarządzania, by było one efektywniejsze. Muszą temu towarzyszyć pakiety inwestycyjne i oczywiście socjalne, bo to jest wniosek z etapu prywatyzacji początków lat 90.

Czy jest coś niepokojącego w obecnym pośpiechu prywatyzacyjnym?

– Oczywiście. Jak ktoś szybko sprzedaje, to zazwyczaj tanio. A jak ktoś sprzedaje tanio, to też tanio kupuje. Zachowujmy się w tej sprawie jak Europejczycy,  jak ludzie znający swoją wartość.  Na przykład prezydent Nicolas Sarkozy  w swoich publicznych wypowiedziach nie ukrywa, że zamierza chronić to,  co we Francji najlepsze i najważniejsze.  W każdym państwie są firmy, które trzeba chronić i jasne określenie przedsiębiorstw decydujących o bezpieczeństwie ekonomicznym państwa jest konieczne. To będzie kilkadziesiąt przedsiębiorstw, przede wszystkim  w branży energetycznej i wydobywczej. Tych firm nie można sprzedać, bo sama zapowiedź pozbycia się ich zakłóca poczucie bezpieczeństwa narodowego. Pokrzykiwaniem liberałów bym się nie przejmował. Przypominam, że właśnie ponieśli spektakularną klęskę. Ich polityka niewidzialnej ręki rynku skończyła się krachem i interwencją państwa. Przykład tego, co stało się w Stanach Zjednoczonych, jest dla neoliberałów druzgocący. Osobiście zgadzam się  z doktryną, którą na prywatny użytek nazywam doktryną Kołodki: „Tyle rynku, ile trzeba; tyle państwa, ile niezbędne”.

Jaki jest według pana stan polskiego rolnictwa?

– Nasza obecność w UE podniosła poziom cywilizacyjny. Dotacje wywarły dobroczynny wpływ na życie rolników. Trzeba sobie powiedzieć, że przy obecnej strukturze naszego rolnictwa to państwo musiałoby stworzyć system pomocy finansowej dla najmniej wydajnych lub w ogóle niewydajnych gospodarstw indywidualnych. Teraz rzecz w tym, jak znaleźć się w nowych warunkach. Z jednej strony państwo nie powinno się spóźniać z interwencjami na rynku rolnym, bo wtedy rolnicy muszą sprzedawać płody rolne poniżej granicy opłacalności. Z drugiej strony rolnicy nie powinni wzbraniać się przed różnymi formami wspólnej działalności. Spółdzielnie rolników  w Danii i Holandii skutecznie bronią ich interesów. U nas samo słowo  „spółdzielnie” wzbudza sprzeciw. W lutym Sejm będzie pracował nad projektem ustawy Prawo o organizmach genetycznie zmodyfkowanych. Środowisko rolników jest podzielone. Najwięksi chcieliby dostępu do genetycznie modyfkowanej żywności.

Jakie jest stanowisko Sojuszu w tej sprawie?

– Starannie się temu przyglądamy. Na pewno nie będziemy przeciwko postępowi naukowemu i na pewno będziemy działali w tym kierunku, by nowe regulacje prawne związane z żywnością modyfikowaną genetycznie nie wyeliminowały z rynku rolników mniejszych i słabszych.  Z pewnością nie stracimy z pola widzenia interesów konsumenta. Bez wątpienia stoimy przed kolejnym bardzo trudnym problemem.  Wymaga on publicznego dialogu,  a nie doktrynalnych zaklęć.

Jakie powinny być w Polsce podatki?

– Sprawiedliwe. A sprawiedliwe to znaczy realizujące zawarty w Konstytucji artykuł: „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”. Lewica jest za utrzymaniem solidarnościowego charakteru podatków. Dania, Szwecja, Norwegia nieźle na tym wychodzą. Społeczeństwo ma określone oczekiwania wobec państwa. To nie są oczekiwania, którym można sprostać przez spłaszczenie systemu podatkowego  i zmniejszenie podatków.

Przeciwnicy zagranicznych misji wojskowych twierdzą, że Polska nic nie zyskuje, biorąc w nich udział. Czy te misje są nam potrzebne?

– Nie zgadzam się z oczekiwaniem, że każdy udział w operacji wojskowej poza granicami kraju musi jednocześnie oznaczać bardzo wymierne korzyści.  Są takie wartości, których sprzedać się nie da. Taką wartością jest honor. Jesteśmy członkiem NATO i Unii Europejskiej. Jesteśmy państwem założycielem Organizacji Narodów Zjednoczonych. Te państwa i te organizacje z różnych powodów i w różnych częściach świata podejmują misje zbrojne. Nie możemy powiedzieć, że to nas nie obchodzi. Chcę zapewnić, zwłaszcza jako były minister obrony narodowej, że nie zapominamy lekcji z niedawnej przeszłości. Podpowiada ona konieczność niezwykłej ostrożności i głębokiego zastanowienia się przed podjęciem decyzji co do udziału naszego wojska  w tzw. koalicjach chętnych, które są czym innym niż operacje woskowe NATO, UE czy ONZ.

Jak pan ocenia poziom bezpieczeństwa energetycznego Polski pod względem obecnego systemu dostaw gazu?

– Ostatnie 20 lat „polityki bezpieczeństwa energetycznego” przyniosło taki skutek, że ropociągi i gazociągi omijają Polskę. Na szczęście wszedł w życie Traktat Lizboński, który przewiduje solidarność energetyczną. To oznacza, że pełną odpowiedzialność za gwarancję dostaw i tranzytu bierze na siebie Unia Europejska. Dla nas to większe korzyści i większe bezpieczeństwo. Niemniej uważam, że błędem było nieskorzystanie z propozycji kanclerz Niemiec Angeli Merkel, czyli połączenia się  z niemieckim systemem gazowym. Przeciwnicy tego rozwiązania upierają się, że to jest i tak gaz rosyjski. Otóż tak, częściowo mają rację, ale tam  jest też gaz i norweski, i południowy,  i wszystko to jest wymieszane. Poza tym gwarantem takiego rozwiązania byłby rząd niemiecki wraz z niemieckimi firmami zajmującymi się eksploatacją i dostawami. Gazoport to ciekawa inicjatywa, tylko trzeba pamiętać, że to jest 600 dol. za tys. m3, a dostawy rosyjskie to 250 dol. za tys m3.

A co z alternatywą dla importu, czyli zwiększeniem wydobycia gazu z rodzimych złóż?

– Osobiście jestem za.

Co zrobić, by młodzi ludzie mieli lepszy dostęp do nowych mieszkań?

– Dobrym instrumentem są tutaj kasy budowlano-mieszkaniowe, które sprawdzają się w kilku krajach. Priorytetem powinno być opracowanie sensownego planu wsparcia przede wszystkim młodych małżeństw, którym często brak zdolności kredytowej.

Czy polskie samorządy powinny mieć większe kompetencje?

– Samorząd jest najważniejszym elementem budowy społeczeństwa obywatelskiego i jest to jeden z najbardziej udanych efektów polskiej transformacji. Szedłbym tym tropem.

Jak pan ocenia autorski plan fnansowy premiera Tuska?

– Tak jak większość komentujących. Dopóki nie będzie konkretów, i dopóki nie będziemy wiedzieć, jakie może on przynieść skutki dla ludzi, dopóty będzie to jeszcze jedna opisowa wypowiedź, którą trudno nazwać planem,  a tym bardziej programem.

Jak pan odbiera rezygnację premiera  Donalda Tuska z walki o prezydenturę  i czy w związku z tym plan pańskiej kampanii ulegnie zmianie?

– Przez dwa lata rząd udawał, że rządzi. Teraz się okazało, że premier Tusk udawał, że kandyduje. Jeśli kandydatem będzie ktoś z PO, trzeba mu będzie współczuć, bo zawsze będzie postrzegany jako zastępca Tuska. Różnica będzie taka, jak między kawą zbożową a kawą Jacobs. A jeśli chodzi o moją kampanię – ja robię swoje.

Czy jest pan za wzmocnieniem siły premiera?

– Premier ma 85 proc. władzy w Polsce  i to w zupełności wystarczy aby rządzić i przeprowadzać reformy w kraju.

Zaprosi pan Włodzimierza Cimoszewicza do swojego komitetu wyborczego?

– Od razu, kiedy tylko będzie pewność, że zaproszenie będzie przyjęte.

Dziękuję za rozmowę.

LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here