Ekstraklasa po polsku

0
4

Sytuacja w polskich klubach w zakresie zasad i standardów funkcjonowania jest podobna do innych lig europejskich. Nie można już wstydzić się obiektów, na jakich rozgrywają swe mecze zespoły ekstraklasy, jednak różnica jest diametralna w wartości rynkowej.

Budżet Legii, najbogatszego polskiego klubu piłkarskiego, to 120 mln złotych (niecałe 30 mln euro), czyli tyle, ile na jednym meczu Ligi Mistrzów zarabia Barcelona. W kwocie tej uwzględnione są wpływy z transmisji telewizyjnych (ok. 8 mln zł za sezon; słabsi otrzymują mniej). Legia wyraźnie odbiega od pozostałych zespołów ekstraklasy. Drugi pod względem zamożności Lech Poznań nie osiąga nawet połowy budżetu legionistów, a następna w kolejności Lechia Gdańsk dysponuje jedną trzecią tego, co ma Legia. Kopciuszkami są natomiast Górnik Łęczna i Podbeskidzie Bielsko-Biała z 12-milionowym budżetem.

Słaby poziom rozgrywek krajowej ekstraklasy nie przyciąga na stadiony wielu widzów. Rzadkością jest komplet kibiców na stadionach o widowni dla 30 tys. kibiców. Normą jest raczej sprzedaż 5–10 tys. biletów na mecz. Nic dziwnego, że większość klubów ledwie wiąże koniec z końcem. Nawet krakowska Wisła – do niedawna jeszcze potentat w naszych warunkach – po ograniczeniu przez Tele-Fonikę zaangażowania sponsorskiego, od trzech sezonów znajduje się w poważnych tarapatach finansowych. Na skutek nieuregulowania zobowiązań wobec zawodników krakowianie zostali ukarani przed obecnym sezonem odjęciem punktu w tabeli. Gdy dług bieżący przekroczył 15 mln zł, zaczęto szukać chętnego do kupna klubowych udziałów. Dług strukturalny wobec Tele-Foniki wynosił 112 milionów.

Także w innych klubach ekstraklasy sytuacja finansowa jest nie do pozazdroszczenia. Widmo nieotrzymania licencji na kolejny sezon wisi m.in. nad Górnikiem Zabrze, Śląskiem Wrocław, Ruchem Chorzów. Trudno nie zgodzić się z opinią działacza PZPN, który twierdzi, że gdyby z ekstraklasy wyrzucić zadłużone kluby i te, które nie płacą swoim piłkarzom, do rywalizacji przystąpiłoby zaledwie kilka drużyn. Pod tym względem zarówno PZPN, jak i Ekstraklasa SA są o wiele bardziej liberalne niż w innych ligach.

Nie tylko pieniądze…

Mimo generalnie złej kondycji polskich klubów piłkarskich nadal żyją one ponad stan, podpisując z piłkarzami kontrakty, z których nie są w stanie się wywiązać. Podobnie więc jak w najbogatszych ligach długi generują płace. Niektórzy twierdzą, że nieadekwatnie wysokie do prezentowanych umiejętności. Najlepsi zarabiają nawet do 2 mln zł rocznie, dużą grupę stanowią ci z zarobkami na poziomie 80–100 tys. zł miesięcznie. A przeciętny kopacz inkasuje regularnie co miesiąc 30 tys. Średnia płaca w ekstraklasie to ok. 50 tys. zł miesięcznie, czyli ok. 12 razy więcej niż średnia płaca krajowa. Właściciele klubów, tak jak w przypadku Tele-Foniki, zabiegają więc o odsprzedanie udziałów. O ile jednak Bogusław Cupiał zachowuje cierpliwość, to kilku innych porzuciło mało intratny biznes. Skończyło się to upadłością i degradacją do czwartej ligi legend polskiego futbolu – Polonii Warszawa, ŁKS Łódź i Widzewa.

Wprawdzie raporty przekazywane przez kluby przed każdym sezonem do spółki Ekstraklasa wskazują ich rosnące przychody, to niewspółmiernie wzrastają też koszty utrzymania. Sytuacja nie jest więc budująca i nie poprawia jej brak sponsora tytularnego – przed sezonem 2015/2016 zrezygnował z tej roli operator sieci telefonicznej T-Mobile. Można jedynie pocieszać się tym, że o sukcesie w piłce nie decydują wyłącznie pieniądze. Dobrym tego przykładem są Czechy, gdzie ze sprzedaży praw do transmisji kluby otrzymują równowartość zaledwie 16 mln zł. Nie przeszkadza to jednak naszym południowym sąsiadom regularnie oglądać przynajmniej jedną swoją drużynę w Lidze Mistrzów. Polscy kibice czekają na to już 20 lat…

LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here