Filmy i gry komputerowe na kredyt

2
7

Niektórzy, żeby nakręcić wymarzone dzieło, zastawiają własny majątek. A jeszcze inni znajdują inwestorów w Internecie.

Zbieranie pieniędzy na film przypomina żmudne układanie puzzli. Tylko wybrańcy dostają częściowe dotacje z funduszy rządowych lub regionalnych, pozostali muszą zabiegać o komercyjne kredyty i hojnych sponsorów.

Polscy rekordziści

„Ogniem i mieczem” to pierwszy polski film (1999), na którego produkcję bank udzielił kredytu. Decyzja o przyznaniu takiej pożyczki była wówczas ogromnie ryzykowna. Prace nad ekranizacją ostatniej części Sienkiewiczowskiej „Trylogii” poprzedzono więc pierwszymi w historii polskiej kinematografii badaniami rynkowymi, by sprawdzić, ilu widzów będzie skłonnych wybrać się na ten film do kina. Reżyser Jerzy Hoffman, żeby dostać ów kredyt, zastawił własne mieszkanie, samochód i dom na Mazurach, swoim majątkiem poręczył też jego przyjaciel i współproducent Jerzy Michaluk – podobnie jak 20 lat wcześniej zrobił to reżyser i producent Francis Ford Coppola, by nakręcić „Czas Apokalipsy” (1979). Ale dopiero czwarty bank – Kredyt Bank – udzielił Hoffmanowi pożyczki (w wysokości 12 mln zł, czyli połowy całego budżetu). Decyzja ta przetarła szlaki twórcom kolejnych polskich produkcji. „Ogniem i mieczem” przyciągnęło do kin ok. 7 mln widzów, zarobiło ponad 105 mln zł i do dziś króluje na liście najczęściej oglądanych polskich filmów wyprodukowanych po 1989 r. Pożyczka została w terminie spłacona, a bank, który włączył się też w promocję filmu oraz umieścił swoje logo w zwiastunach i na plakatach, zyskał wizerunkowo. Po szeroko zakrojonej akcji reklamowej tej produkcji przeprowadzono ankietę i okazało się, że ponad 7 proc. badanych bez trudu rozpoznawało Kredyt Bank wśród 100 działających wtedy na polskim rynku. Firma wyraźnie uznała współpracę z przemysłem filmowym za udaną, bo chętnie udzielała następnych kredytów i sponsorowała produkcje. Tak się stało w przypadku „Pana Tadeusza” (1999), na którego promocję Kredyt Bank przeznaczył 10 mln zł, i „Przedwiośnia” (2001) wyprodukowanego m.in. dzięki 8,6 mln zł pożyczki z tej samej instytucji. W potrójnej roli – producenta, sponsora i pożyczkodawcy – Kredyt Bank wystąpił przy okazji realizacji najdroższego polskiego filmu, „Quo Vadis” (2001), którego budżet wyniósł 76,14 mln zł. Twórcy superprodukcji dostali od banku 35 mln zł kredytu, a bank – przyznany przez Ministerstwo Kultury tytuł Mecenasa Kultury 2001. Jednak mimo że film z 4,4 milionami widzów okazał się trzecim najchętniej oglądanym w historii polskiego kina po upadku PRL, ta ekranizacja powieści Sienkiewicza zarobiła mniej, niż oczekiwano – bo „tylko” 69 mln zł.

Liczyć jak w Monte Carlo

Dlatego w Hollywood przed zaangażowaniem się w nową produkcję kredytodawcy i inwestorzy szczegółowo analizują ewentualne zyski z nienakręconego jeszcze filmu. Jego wartość ustala się zwykle na podstawie prognozowanej dziesięcioletniej sprzedaży biletów w kinach w USA i za granicą, emisji w stacjach telewizyjnych, wydań na DVD i Blu-ray, popularności w tzw. wideo na życzenie (VOD), a także na płatnych platformach internetowych i urządzeniach mobilnych. Oceną ryzyka w finansowaniu produkcji filmowej od lat zajmują się wyspecjalizowani analitycy, ekonomiści, a nawet bukmacherzy. Wciąż powstają nowe algorytmy ułatwiające oszacowanie ewentualnych zysków lub strat, jakie przyniesie planowany film. Temu służy tzw. symulacja Monte Carlo opracowana przez Ryana Kavanaugha, który dorobił się już kilku miliardów dolarów na produkcji filmowej. Jego kalkulacja określa prawdopodobieństwo, że film odniesie sukces, m.in. na podstawie wcześniejszych danych o sprzedaży z największych wytwórni filmowych. Z kolei brytyjska firma doradcza Epagogix bada np., jakim powodzeniem cieszą się na świecie produkcje określonych gatunków, z udziałem poszczególnych gwiazd albo poruszające konkretną tematykę. Na podstawie ponad 800 takich elementów analitycy oceniają szanse, że powstanie prawdziwy hit. Jednak wielu specjalistów uważa, że tworzenie takich prognoz to zwykłe wróżenie z fusów. Być może to właśnie oni mają rację – jak inaczej wytłumaczyć spektakularne porażki superprodukcji w znakomitej obsadzie, z którymi inwestorzy wiązali ogromne nadzieje? Przygodowa „Sahara” (2005) z Matthew McConaugheyem i Penélope Cruz przyniosła ok. 100 mln dolarów strat, baśniowy „Jack, pogromca olbrzymów” (2013) z Ewanem McGregorem – 101 mln, a klapą wszech czasów – z utopionymi 149 mln dolarów – okazało się „47 roninów” (2013) z Keanu Reevesem w roli japońskiego wojownika.

Zyskowne straty

Ale przemysł filmowy i telewizyjny opracował wyrafinowane sposoby horrendalnego zawyżania kosztów produkcji, nazywane dziś hollywoodzką księgowością. Dzięki niej nawet kinowe hity, które zarabiają setki milionów dolarów, na papierze okazują się finansową klapą. Dzięki temu producenci płacą mniejsze podatki państwu, a twórcom – mniejsze procenty od zysków. Do takich praktyk uciekają się nawet najwięksi gracze w show-biznesie. Jim Garrison, na podstawie książki którego powstał film „JFK” (1991), bezskutecznie domagał się przed sądem zagwarantowanej mu w kontrakcie części udziałów w przekraczających 205 mln dolarów zyskach z produkcji. Winston Groom, autor powieści „Forrest Gump”, powinien był dostać 3 proc. z prawie 678 mln dolarów, jakie przyniosła wytwórni ekranizacja jego książki. Mimo długiej sądowej batalii przypadło mu tylko 350 tys. dolarów, czyli niecałe 2 proc. z należnej mu sumy. Podobne przypadki spotkały twórców ogromnie dochodowych filmowych cykli o przygodach Spider-Mana, Hobbita albo Harry’ego Pottera. Księgowość rodem z Los Angeles odbija się też na zyskach osób i instytucji, które inwestują w filmy. Często się zdarza, że miliony tracą firmy ubezpieczeniowe, których gwarancji banki żądają przed udzieleniem pożyczek na produkcję.
Nic więc dziwnego, że inwestorzy są dziś nieco mniej odważni w podejmowaniu takiego ryzyka, a banki na świecie coraz ostrożniej udzielają kredytów na kręcenie filmów. Nawet w Bollywood, indyjskiej stolicy kina, w której powstaje ponad 1250 filmów rocznie (dla porównania – Hollywood produkuje ich ok. 800), od kilku lat filmowcy muszą się wykazywać coraz większą kreatywnością, żeby dopiąć budżet. Duże pożyczki i w Indiach, i w USA, i w Polsce trafiają głównie do filmowców z prestiżowymi nagrodami na koncie, produkcji z największymi gwiazdami w obsadzie albo dzieł tych reżyserów i scenarzystów, którzy zarobili wcześniej dla swoich wytwórni miliony. Debiutanci i twórcy niszowego, artystycznego kina w tym wyścigu mają znacznie mniejsze szanse.

Każdy może być producentem

Jednak okazuje się, że i oni umieją sobie radzić. Tak jak trzej brytyjscy nastolatkowie – uczniowie londyńskiego gimnazjum: Adrian Bliss, Toby Stubbs i Benjamin Robbins – którzy postanowili wspólnie nakręcić film. W 2009 r. założyli stronę internetową www.buyacredit.com, na której namawiali ludzi do zainwestowania w ich projekt i obiecywali zwrot tej nietypowej pożyczki, jeśli ich pełnometrażowy debiut odniesie sukces. Do jednej z głównych ról w ekranizacji powieści Juliusza Verne’a „Clovis Dardentor” z 1896 r. dał się namówić nominowany do Złotego Globu aktor Stephen Fry („Hobbit: Bitwa pięciu armii”, „Sherlock Holmes: Gra cieni”, „Kości”), który tak się zachwycił pomysłem chłopców, że włożył w ich przyszłe dzieło swoje prywatne pieniądze. Gdy o nietypowym pomyśle na finansowanie filmu zrobiło się głośno, za przykładem Fry’a poszło wiele hollywoodzkich gwiazd – m.in. Whoopi Goldberg, Jude Law, Jeremy Irons, Kevin Spacey i Ian McKellen – którzy dziś obok setek nikomu nieznanych inwestorów widnieją na stronie BuyaCredit jako współproducenci filmu. A Toby, Adrian i Ben w ciągu kilku lat zebrali potrzebne im do zrealizowania przedsięwzięcia 2 miliony dolarów. Najszczodrzejsi inwestorzy wyłożyli nawet po kilka tysięcy, większość wsparła młodzieńców sumą 10 dolarów. Każdy, kto chciałby jeszcze dorzucić się do ich produkcji, ze strony się dowie, że lista współproducentów jest już zamknięta, a pomysłowe trio właśnie pracuje nad wymarzonym filmem. Komedia „Killing Clovis Dardentor” o dwóch kilkunastoletnich przyjaciołach, którzy ratują życie pewnemu milionerowi, ma być gotowa w 2016 r.

Pionier znad Wisły

Brytyjscy nastolatkowie byli więc prekursorami tzw. finansowania społecznościowego (ang. crowdfunding) w dziedzinie produkcji filmowej na Zachodzie. Dziś powszechnie korzystają z niej wynalazcy, naukowcy, aktywiści, ale także muzycy i filmowcy właśnie, zbierający pieniądze na swoje projekty np. w anglojęzycznych serwisach Kickstarter.com albo indieGOGO.com. Przedsiębiorcy i artyści w zamian za wsparcie oferują internetowym inwestorom zwrot pieniędzy i udział w zyskach, a czasem umieszczenie ich nazwisk w czołówce lub na okładce, zaproszenia na przedpremierę albo koszulki z filmowym logo. Według opracowania „Crowdfunding Industry Report” w 2012 roku dzięki wszystkim tego typu serwisom na świecie zebrano 2,7 miliarda dolarów, które posłużyły do zrealizowania miliona najróżniejszych projektów – prawie połowa z nich pochodziła z Europy. Rok później internauci przeznaczyli już na takie inwestycje o 81 proc. więcej, czyli 5,1 miliarda dolarów.
W Polsce ten sposób pozyskiwania funduszy nie jest jeszcze tak powszechny jak na Zachodzie, ale i nad Wisłą zyskuje coraz większą popularność. Okazuje się nawet, że na podobny jak trzech młodych londyńczyków pomysł pewien Polak wpadł kilka lat przed nimi. Pierwszy polski film za pieniądze internautów (i swój fabularny debiut) – „Wszystko” – nakręcił reżyser, scenarzysta, montażysta i aktor Artur Wyrzykowski. Dzięki stronie internetowej wszystko.net przez kilka miesięcy (od października 2006 r.) od 688 osób zebrał prawie 30 tys. złotych, dzięki którym załatał dziurę w budżecie. Pozostałe 50 tys. zdobył z innych źródeł. Nieromantyczna komedia o romantycznej miłości z Martą Żmudą-Trzebiatowską i Antonim Pawlickim miała premierę w kinach w kwietniu 2011 roku i była pierwszym od lat krótkometrażowym filmem, który trafił do regularnej dystrybucji na dużych ekranach. Do września 2014 r. „Wszystko” w kinach i w sieci obejrzało 200 tys. widzów.

Rozproszenie ryzyka

Z myślą o crowdfundingu powstała też pionierska polska platforma netinvesting.pl wykorzystująca sprawdzone wzorce m.in. ze Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Za jej pośrednictwem przedsiębiorca – np. producent filmowy – może przedstawić swój pomysł grupie potencjalnych inwestorów i zdobyć od nich pieniądze znacznie łatwiej i szybciej, niż gdyby ubiegał się o kredyt bankowy. Z kolei osoby, które zdecydują się przeznaczyć na wybrane przedsięwzięcie minimum 1000 zł, mają – jak zapewniają właściciele platformy – „możliwość uzyskania atrakcyjnych stóp zwrotu z zaangażowanych środków na poziomie wyższym od oprocentowania depozytów bankowych, przy jednoczesnym rozproszeniu ryzyka na wielu inwestorów”. Przedsiębiorcy wystawiają weksle, a Net Investing pozwala też nimi obracać, gdyby ktoś chciał wcześniej wycofać się z inwestycji.
Coraz więcej użytkowników ma też portal PolakPotrafi.pl, na którym zebrano już ponad 6,4 mln zł na 1434 projekty. W dziale „udane” widnieje tam m.in. ok. 60 produkcji filmowych, na które zebrano oczekiwane – lub znacznie większe – sumy. Są wśród nich „Pierwszy dzień lata” z Cezarym Pazurą i „Dzień wstaje. Ja upadam” z Janem Peszkiem. Najwięcej udało się zgromadzić twórcom dokumentu „Korwin. The Movie” – ponad 58 tys. zł, czyli 175 proc. kwoty, jaka była im potrzebna. Najskromniejszy budżet miał serial „Koniec świata. Soap Opera” – 601 zł – które reżyser dostała na realizację drugiego odcinka, niby mało, a jak sama przyznaje, to i tak więcej niż się spodziewała. W serwisie PolakPotrafi.pl na wsparcie internautów czeka teraz kolejnych 13 projektów filmowych.

Superprodukcje na konsolę

Ale przemysłowi filmowemu rośnie właśnie potężny konkurent – rynek gier komputerowych. Dziś ta branża to ogromny biznes dający niebotyczne zyski, ale i wymagający wielkich nakładów. Budżet wprowadzonej na rynek w 2013 r. gry „Grand Theft Auto V” na konsole PlayStation 3 i Xbox 360 wyniósł 265 mln dolarów, czyli więcej niż koszt wyprodukowania kinowych superprodukcji, takich jak „Avatar” (2009) albo „Quantum of Solace” (2008). Jednak inwestycja okazała się tak opłacalna, że „GTA V” znalazła się w „Księdze rekordów Guinnessa” aż w siedmiu kategoriach. Tylko w ciągu pierwszej doby od premiery rozeszło się ponad 11 mln jej egzemplarzy, a wpływy ze sprzedaży przekroczyły miliard dolarów już trzeciego dnia. Rok wcześniej ogromny sukces odniosła wyprodukowana za 28 mln dolarów gra „Call of Duty Black Ops II”, która zwróciła się w ponad 400 proc., a pierwszy miliard zarobiła w dwa tygodnie. Rekord nakładów na produkcję padł natomiast w ubiegłym roku, gdy do sprzedaży trafiła futurystyczna strzelanka „Destiny”, której stworzenie pochłonęło pół miliarda dolarów. A dziś gra w nią już ok. 17 mln zarejestrowanych użytkowników.
W tej branży jest też najwyraźniej miejsce dla polskich grafików, programistów i producentów. Światowa sprzedaż najpopularniejszej polskiej gry „Wiedźmina” na podstawie cyklu bestsellerowych powieści Andrzeja Sapkowskiego już w zeszłym roku przekroczyła 7 mln egzemplarzy, a zyski z niej pozwalają firmie CD Projekt RED wyjść z długów. Z trzecią częścią „Dzikim Gonem”, której premierę zaplanowano na maj tego roku na 109 rynkach jednocześnie, producenci wiążą jeszcze większe nadzieje. Tylko w pierwszym roku chcą sprzedać 3,3 mln egzemplarzy nowego „odcinka”. Miałaby im w tym pomóc m.in. nietypowa promocja gry – Barack Obama, który dostał ją w prezencie od Donalda Tuska, określił „Wiedźmina” jako doskonały przykład polskiego wkładu w nową gospodarkę światową.
Może dlatego na międzynarodowym portalu Kickstarter wielki sukces – odnotowany w światowych mediach – odniosła niedawno łódzka firma Supershot Team. Programiści chcieli zebrać na produkcję swojej gry „Supershot” 100 tys. dolarów i udało im się to… w niecałą dobę. Zanim zablokowano możliwość kolejnych wpłat, 11,5 tys. osób zainwestowało w łódzki projekt sumę ponad 250 tys. dolarów.
Być może więc wkrótce i banki, i prywatni inwestorzy uznają produkcję gier komputerowych za pewniejszy i bardziej opłacalny interes niż finansowanie filmów. Na razie jednak przemysł filmowy wydaje się niezagrożony. Tylko amerykańskie produkcje zarobiły w ubiegłym roku na świecie ponad 38 mld dolarów, a według prognoz portalu statista.com za trzy lata ta liczba wzrośnie jeszcze o ok. 10 miliardów. A to daje nadzieję filmowcom, że znajdą źródła finansowania kolejnych produkcji.

2 COMMENTS

  1. Czasem, żeby poczuć zwycięstwo trzeba postawić swoje życie (finansowe) na szali. Jak widać prawdziwemu artyście, pewnemu swojego rzemiosła, nie są straszne hazardowe zagrywki.

  2. No cóż , oprócz wymiaru artystycznego, przesłań które niesie, tak naprawdę kino to biznes jak każdy inny. Można zyskać (“Bogowie”), można stracić (“Hiszpanka”). Najważniejsze jest aby w tym wszystkim nie przepadły niekomercyjne, ambitne projekty – popyt na takie kino nigdy nie będzie masowy, ale to do tych filmów potem wracamy.

LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here