Hodowla długu

0
6

PZU cztery lata zwlekał ze zwróceniem się do komornika o egzekucję należnych mu pieniędzy. W tym czasie odsetki od niezapłaconej kwoty przekroczyły połowę podstawowego długu. W efekcie dłużnik miał spłacić 31 tys. zł.

Historia ta pokazuje, jak podczas windykacji prowadzonej przez poważną firmę ubezpieczeniową bezkarnie łamie się prawa dłużnika.

– Dłużnik potrzebny jest po to, by wytrzepać z niego jak najwięcej pieniędzy, zarobić na nim – konstatuje bohater tej historii. – Nikt nie zastanawiał się nad tym, że nieprawidłowo prowadzona windykacja, a potem egzekucja, może wyrządzić komuś krzywdę. Moja krzywda ma konkretny wymiar: 8 tys. zł.

Policyjna polisa

Zaczęło się od policyjnej polisy. W marcu 2004 roku legnicki policjant Jarosław Jarmołowicz podpisał z PZU umowę ubezpieczenia od skutków zawieszenia dyscyplinarnego. Robią to wszyscy funkcjonariusze. Na wypadek, gdyby któryś z nich był podejrzewany o przestępstwo i został zawieszony w obowiązkach. Wtedy bowiem policja płaci mu tylko jedną drugą wynagrodzenia. Na mocy takiej umowy PZU może (jako odszkodowanie) wypłacać mu tę drugą część pensji. Oczywiście jest zastrzeżenie: jeśli się ostatecznie okaże, że policjant jest winny i zostanie skazany prawomocnym wyrokiem, musi oddać ubezpieczycielowi pieniądze.
W 2008 roku PZU wypłacił Jarmołowiczowi 15 tys. zł. Teraz żąda zwrotu.

Dlaczego trzeba zwracać ubezpieczenie?

W 2011 roku Jarmołowicz odszedł z policji, bo został prawomocnie skazany. On i Tomasz Klein, kolega z komendy i ławy oskarżonych, twierdzą, że w 2008 r. zostali wrobieni w aferę korupcyjną przez kolegów, przełożonych i funkcjonariuszy Biura Spraw Wewnętrznych (policji w policji). Dlaczego? Bo Jarmołowicz i Klein, a przede wszystkim ten drugi, wiedzieli o powiązaniach miejscowej policji z gangsterami. Gdy Klein sprawę nagłaśniał (pisał do Komendy Głównej Policji), stał się niewygodny.

– Przełożeni postanowili pozbyć się mnie ze służby – uważa Klein. – I ni stąd, ni zowąd drobny złodziejaszek aresztowany tymczasowo zaczął opowiadać w prokuraturze o korupcji. Zeznał, że miał dać mi łapówkę, bym postarał się o umorzenie śledztwa, które prowadził przeciwko niemu Jarmołowicz. Sprawą zajęła się prokuratura i obaj policjanci trafili przed sąd.

– W pierwszym naszym wspólnym procesie w 2010 roku zostaliśmy obaj skazani na półtora roku więzienia – mówi kolega Jarmołowicza. – Ale z powodu formalnego błędu sędziego moją sprawę trzeba było rozpatrywać ponownie i zostałem prawomocnie uniewinniony. Ostatecznie sprawa skończyła się tak: dziś Klein jest niewinny, bo „tuszowanego” przestępstwa i łapówki w ogóle nie było.

– A mój wyrok jest prawomocny – mówi Jarmołowicz. – Jestem winny przestępstwa, którego nie było. W polskim prawie nie ma takiego przepisu, który przewidywałby automatyczne uniewinnienie mnie w sytuacji, gdy współoskarżonego uwolniono od zarzutów – mówi były policjant. Jarmołowicz próbuje wznowić swój proces. Walczy. Liczy na pomoc rzecznika praw obywatelskich.

Przegapiona klauzula

Kiedy Jarmołowicza aresztowano i zawieszono, PZU zgodnie z umową wypłaciło pieniądze z ubezpieczenia. Trzy lata późnej został skazany. – W tym czasie żyłem w ogromnym stresie: aresztowanie, sąd. Do tego wynajęci bandyci napadli na moją żonę. Ktoś chciał, by przestała kontaktować się z mediami i opowiadać o tej sprawie. Kleinowi grożono śmiercią. Wraz z żoną nie wytrzymaliśmy. Jesienią 2011 roku w panice sprzedaliśmy mieszkanie i uciekliśmy z Legnicy. Nie pomyślałem wtedy o polisie i klauzuli nakazującej zwrot tych 15 tys. zł. Myślałem o ratowaniu najbliższych. Może mi nikt nie uwierzy, ale nawet nie pomyślałem, że mam oddać to odszkodowanie – opowiada. Jarmołowicza dziwi jedna rzecz. W aktach sprawy odszkodowawczej sporządzonych przez PZU jest podpisane 17 czerwca 2008 roku przez niego oświadczenie, że zwróci pieniądze ubezpieczycielowi.

– Wtedy siedziałem w więzieniu tymczasowo aresztowany. Przez pierwszy miesiąc nikt nas nie odwiedzał. Nie wolno było. Nic z tego nie rozumiem – dziwi się Jarmołowicz.

O konieczności zwrotu tych 15 tys. zł przypomniał mu dopiero 25 września tego roku komornik, gdy zajął wynagrodzenie, konta i emeryturę. Wszystko.

Dłużnik nie do odszukania

Wrocławski komornik Bartosz Borkowski prowadzi wobec byłego policjanta egzekucję na podstawie nakazu zapłaty wydanego 9 listopada 2011 roku przez legnicki Sąd Rejonowy.

– Nie miałem o tym pojęcia. Nigdy nie dostałem od komornika zawiadomienia o wszczęciu egzekucji – wyjaśnia były policjant. Do dziś go nie mam.

Od czterech lat Jarmołowicz nie mieszka w Legnicy. Wymeldował się we wrześniu 2011 roku. – Nie dotarł do mnie żaden dokument ani z sądu, ani od ubezpieczyciela. Dlaczego nikt mnie nie szukał? To samo pytanie zadałam w PZU. Odpowiedź: szukali.

– Ale nie znaleźliśmy. Zapytania do ewidencji adresowej Ministerstwa Spraw Wewnętrznych wysłaliśmy 17 kwietnia 2013 roku i 6 lipca 2015 roku – wyjaśnia Agnieszka Rosa z biura prasowego PZU. – W kwietniu 2013 roku dostaliśmy odpowiedź, że dłużnik nie jest zameldowany na terenie Polski.

A jaką odpowiedź uzyskał PZU w lipcu tego roku? Nie zostałam poinformowana, choć jest to dla ciągu dalszego historii bardzo ważne.

– W stolicy zameldowany jestem od listopada 2014 roku. Wcześniej wcale się nie ukrywałem i nie ukrywam się dziś. Mój adres od momentu opuszczenia Legnicy mają banki, sąd w Legnicy, policja, Zakład Emerytalno-Rentowy MSW i ZUS – wylicza Jar-mołowicz. – Wystarczyło zapytać.

PZU odpowiada, że nie ma uprawnień do poszukiwania dłużnika przez ZUS czy ZER MSW.

– To wyjaśnienie wcale mnie nie przekonuje. Wysłali do sądu pozew z nieaktualnym adresem! A przecież powód ma obowiązek podać prawidłowe dane pozwanego – dodaje Martyna Kupiecka, radca prawny z Legnicy, pełnomocniczka Jarmołowicza. Prowadzi jego sprawę pro publico bono. – Podali pierwszy lepszy adres, bo inaczej pozew zostałby wierzycielowi zwrócony? – zastanawia się Kupiecka. Nie rozumie też dalszych poczynań PZU.

Wierzyciel, któremu się nie spieszy

Nakaz zapłaty legnicki sąd wydał w listopadzie 2011 roku. Klauzulę wykonalności trzy miesiące później, czyli 4 stycznia 2012 roku. Ale PZU nadaną klauzulą nie interesował się ponad rok. Dlaczego? PZU wyjaśnia: „ze względu na trwający w sądzie proces uprawomocnienia się nadanej klauzuli”.

– To jakaś piramidalna bzdura. Klauzula uprawomocnia się w tydzień – dziwi się Kupiecka. – Przypuszczam, że było tak: klauzula została nadana w styczniu 2012 roku przez sąd z urzędu. To jest ten właśnie dokument – Kupiecka pokazuje mi pismo. – Dopiero rok po jej nadaniu ktoś w dziale windykacyjnym przypomniał sobie o nakazie zapłaty i Jarmołowiczu. Czym prędzej wysłał, tu jest kolejne pismo, zupełnie niepotrzebny wniosek o nadanie klauzuli wykonalności. Po prostu nie sprawdził tego, co się w sądzie z tą sprawą działo. Wtedy sąd przekazał wierzycielowi klauzulę, tę, która tyle czasu „leżakowała”.

– Wygląda na to, że w PZU nad całym postępowaniem windykacyjnym nikt nie panował – mówi Jarmołowicz. – Proszę zobaczyć, co się dzieje dalej! Od nadania klauzuli wykonalności do skierowania mojej sprawy do komornika minęło następne 54 miesiące! To PZU wyhodował mi odsetki – mówi Jarmołowicz.

– Nie zgadzamy się ze stwierdzeniem, że PZU SA zaniechało prowadzenia czynności windykacyjnych w celu podwyższenia kwoty należnych odsetek – oburza się Agnieszka Rosa z biura prasowego PZU. – Postępowanie prowadzone było od 2011 roku w sposób ciągły i aktywny. Do dłużnika kierowano wezwania do zapłaty, skierowano sprawę do postępowania sądowego, podejmowano próby ustalenia adresu zameldowania dłużnika oraz nawiązania z nim osobistego kontaktu. Nie możemy zająć stanowiska co do braku wiedzy dłużnika o wydanym wyroku: wyrok został wydany, uprawomocnił się i obowiązuje zgodnie z procedurami kodeksu postępowania cywilnego.

– Podziwiam dobre samopoczucie wierzyciela. A ja mam wątpliwości co do rzetelności prowadzenia tej sprawy – oburza się mecenas Kupiecka. – 28 sierpnia br. PZU skierował wniosek o egzekucję do wrocławskiego komornika. Ale we wniosku wcale nie podano właściwego, czyli warszawskiego adresu Jarmołowicza. Tylko ten legnicki sprzed czterech lat. A przecież ubezpieczyciel zapewnia, że 6 lipca br. sprawdził w ewidencji adresowej w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych meldunek mojego klienta. Wtedy było jasne, że dłużnik zameldowany jest i mieszka w Warszawie. To niech mi ktoś wyjaśni, dlaczego we wniosku o wszczęcie egzekucji podano komornikowi nieaktualne dane pana Jarmołowicza?

Kolejne problemy z adresem

Pierwsze powiadomienie o egzekucji komorniczej nie dociera do Jarmołowicza. Jak wyjaśnia Monika Janus, rzeczniczka prasowa Krajowej Rady Komorniczej, bo wierzyciel we wniosku o egzekucję podał nieaktualny adres. – Obowiązek wskazania właściwego adresu dłużnika ma wierzyciel, a nie komornik – wyjaśnia dr Jarosław Świeczkowski, prawnik i komornik z Wejherowa. – Komornik szuka majątku, a nie miejsca zameldowania dłużnika. Ja rutynowo od razu sprawdzam takie dane, żeby prawidłowo powiadamiać o wszczęciu egzekucji.

Komornik Borkowski pierwsze zawiadomienie wysłał do Legnicy. Potem próbował znów. Bez skutku. Zacytuję jego wyjaśniania: dostawał zwroty korespondencji z adnotacją Poczty Polskiej: „nie podjęto w terminie”. Czyli miał prawo uznać, że zawiadomienie zostało prawidłowo doręczone. Potem jednak zwrócił się z zapytaniem o adres dłużnika do bazy PESEL-NET i dostał odpowiedź, że Jarmołowicz mieszka w Warszawie.

– I co z tego. Żadnego zawiadomienia o egzekucji nie dostałem. Do dziś. Nawet awizo do mnie nie dotarło. Dopiero od pracodawcy się dowiedziałem, że przyszedł nakaz zajęcia mojego wynagrodzenia – opowiada były policjant. Oglądam pismo i nie dowierzam. Widnieje na nim nieaktualny adres Jarmołowicza i adnotacja, że kopię pisma wysłano do Legnicy.

– Jak ja się mam bronić! Jak podnieść zarzut przedawnienia, złożyć skargę na komornika czy prosić sąd o ponowne rozpatrzenie sprawy i zmniejszenie wysokości odsetek – zastanawia się były policjant. Mecenas Kupiecka skierowała sprawę do sądu. Napisała też pismo do PZU, skargę do Komisji Nadzoru Finansowego i Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Kilka dni później prawniczka ubezpieczyciela zaproponowała Jarmołowiczowi ugodę. Ma spłacić tylko dług – 15 tys. zł bez od-setek.

– Trzy razy po 5 tys. zł – były funkcjonariusz nie może wyjść ze zdumienia. – Mnie na to nie stać. Miesięcznie emerytura i to, co dorobię, to około 2,5 tys. zł. To co proponują jest niewykonalne. Dziś żaden bank nie chce mi dać 15 tys. kredytu. Po co jest ta propozycja? Żeby wyglądało, że PZU ma dobrą wolę? Udało mi się pożyczyć od rodziny 2 tys. zł. A potem mogę płacić, ale w mniejszych ratach. – O zmianie warunków nie chcą na razie rozmawiać – dodaje prawniczka. Ale PZU zwrócił się do komornika o zawieszenie postępowania komorniczego i wycofał się z zajęcia pensji, emerytury i kont.

Prawo pozwala na hodowanie odsetek?

Generalnie długi przedawniają się po dziesięciu latach. Przepisy kodeksu postępowania cywilnego nie mówią o tym, kiedy wierzyciel ma wszcząć egzekucję należnych mu pieniędzy. Może to zrobić nawet tuż przed przedawnieniem się długu. Problem w tym, że przez cały czas dłużnikowi rosną odsetki. Idea rozwiązania miała być taka: dłużnik ponosi konsekwencje unikania spłaty zobowiązań.

– Ale czy to uczciwe, gdy po pięciu latach ktoś pierwszy raz kieruje dług do egzekucji, choć nie poinformował skutecznie dłużnika, że ma jakiekolwiek zobowiązanie?– zastanawia się Kupiecka.

LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here