Innowacyjność… A małpa potrafi!

0
3

Szympans długo stara się dosięgnąć wysoko zawieszonego banana… Kiedy to nie wychodzi, rozgląda się wokół, ułamuje gałąź odpowiedniej długości i strąca upragniony owoc. U człowieka nazywa się to innowacyjnością…

W naszym kraju odbywa się właśnie intelektualny spór na temat tego, czy mamy innowacyjność we krwi, czy też wciąż jej nie posiadamy. Jedni wskazują, że pod względem odpowiednich (może lepiej: niektórych) wskaźników wyprzedzamy w Europie jedynie Bułgarię i Rumunię, drudzy szukają nadziei w ogromnym zastrzyku finansowym, jaki Unia Europejska zaaplikowała Polsce w omawianej dziedzinie. Może jednak zacznijmy od początku, czyli od tego, co w 2007 roku się zdarzyło…

W Lizbonie

Stolica Portugalii była gospodarzem kolejnego szczytu europejskiego, pierwszego z udziałem państw przyjętych w maju 2004 r., w tym Polski. Była to swoista próba europejskości dla naszego kraju, który nie dość, że wyraźnie odstawał od „starej” Europy pod względem poziomu zamożności mierzonego w PKB na 1 mieszkańca, to jeszcze negatywnie wyróżniał się niskim zaawansowaniem infrastrukturalnym, mikroskopijnym udziałem sektora badań i rozwoju w tworzeniu dochodu narodowego, monokulturą energetyczną i wysoką energochłonnością 1 euro dochodu, zacofaniem ekologicznym, transportowym i komunikacyjnym itd. Tymczasem Unia, ta stara, już cierpiała na kompleksy, przyglądając się np. Stanom Zjednoczonych pod względem wynalazczości, udziału B+R w tworzeniu dochodu. Taki partner jak Polska nie stanowiłby atutu w doganianiu USA pod względem innowacyjności, gdyby nie kilka faktów: liczne i młode społeczeństwo o względnie wysokim stopniu wyedukowania, znakomite położenie geograficzne, świeża, ale już ugruntowana demokracja. W 2007 r. postanowiono zatem (złośliwi mówili, że to Angela Merkel postanowiła, a Europa zaakceptowała…), że UE będzie łożyć znaczne środki na wzrost innowacyjności. Powstał specjalny fundusz. Efekty miały być widoczne już w 2020 r. Pewien francuski dziennikarz żartował, że ten cel i sposób, by go osiągnąć, można porównać do zadekretowania, że od 2020 r. poczynając, wszystkie Europejki mają być młode i piękne…

Mury zamiast mózgów

Posłużmy się dwoma ogranymi przykładami: pierwszy to komputer, drugi to samochód elektryczny. Apple I zaprojektowany przez Steve’a Wozniaka, jednego z założycieli firmy, wszedł do sprzedaży w kwietniu 1976 roku za 666,66 dol. Początkowo wyprodukowano 200 sztuk. Legenda mówi, że prototyp powstał w garażu, a potem bank pożyczył – niezbyt chętnie – 1000 dolarów na fazę wdrożeniową. Jest to klasyczna wizja start-upu – „coś z niczego, a potem sukces”. Ale sukces nastąpił dopiero wówczas, gdy do gry włączyły się wielkie korporacje, zrazu z rezerwą przyglądające się nowince. IBM orzekł, że pecet nie ma przyszłości, ponieważ krąg odbiorców nie wydaje się być zbyt duży. Dzisiaj to brzmi śmiesznie. Belg Kamille Jenatzy, kierowca wyścigowy, w 1899 roku jako pierwszy człowiek przekroczył 100 km/h w specjalnym aerodynamicznym samochodzie elektrycznym La Jamais Contente. Nazwa auta po polsku to nomen omen Wiecznie Niezadowolona… Czyli ludzkość znała pojazdy elektryczne od pierwocin samochodu. I co? I nic – jeżdżono na benzynie i oleju napędowym, bo tak było wygodniej. Owszem, wielkie koncerny: BMW, Toyota etc., od czasu do czasu robiły przymiarki do skonstruowania samochodu elektrycznego, ale to dopiero Elon Musk (urodzony w 1971 r. w RPA) wraz z innymi osobami założył w 2003 r. w Kalifornii firmę Tesla Motors, która początkowo na bazie konstrukcji lotusa, potem własnej, postawiła na napęd elektryczny. W chwili powstania firmy Musk już był miliarderem (w dolarach amerykańskich) i miał za sobą kilka udanych start-upów, głównie informatycznych. Ale dopiero po kilku latach prób i błędów, bardzo kosztownych, zyskał wsparcie wielkich koncernów dla EV, pojazdu elektrycznego. Od rekordu Jenatzy’ego upłynęło – bagatela! – jakieś 110 lat. Bo „innowacyjność to pomysł wprowadzony na rynek, czyli nie patent, nie genialny wynalazek, ale przekształcenie go w produkt” – stwierdził na łamach „Gazety Wyborczej” prof. Marek W. Kozak z Centrum Europejskich Studiów Regionalnych i Lokalnych Uniwersytetu Warszawskiego. Zdaniem profesora błąd polskiej innowacyjności polega na tym, że inwestujemy w mury zamiast w mózgi, stawiamy jakieś aquaparki i dworce kolejowe, budujemy rektoraty i dziekanaty, ale uczelnie nadal funkcjonują wedle starych wzorców. Niepokoi szczególnie słaby, w dodatku wciąż słabnący, przepływ rozwiązań innowacyjnych do przedsiębiorstw. Okazuje się, że w 2005 r. „działania innowacyjne podejmowało około 23 proc. [polskich przedsiębiorstw], w roku 2012 – już poniżej 20 proc.” – to też cytat z „GW”.

Infrastruktura też jest potrzebna

– ripostował na łamach „GW” dr Janusz Lewandowski, polski ekonomista, który przez wiele lat pełnił różne odpowiedzialne funkcje w Brukseli, w tym komisarza europejskiego ds. programowania finansowego i budżetu Komisji Europejskiej. Powoływał się przy tym na zdanie innych europolityków, wysoko oceniających przemiany innowacyjne zachodzące w Polsce. Tu można przywołać przykład dwóch warszawskich linii metra, z których w przypadku pierwszej widać rodowód sięgający realnego socjalizmu, druga zaś reprezentuje już XXI wiek. W sprawach gustu można dyskutować, mnie chodzi o rozwiązania technologiczne. Zgodnie z podstawowymi zasadami obowiązującymi w Unii Europejskiej finansowe wsparcie na rzecz innowacji wpływa do Polski (jak i do innych krajów) via samorządy lokalne. Jednemu się to podoba, drugiemu nie, ale takie są reguły gry i nie ma się co łudzić, że akurat dla nas zostaną one zmienione. A samorządy w Polsce są różne jakościowo w zakresie intelektualnym. Raz jest to Mszczonów, innym razem Kozia Góreczka; tu tworzą wielkie centrum spedycji krajowej i międzynarodowej, tam za wszelką (zadłużeniową) cenę „muszą” mieć aquapark, bo taki regionalnej władzy najbardziej podoba się w telewizji, a w dodatku sąsiedzi już taki mają. I na nic się zdają głosy owych sąsiadów, że się zadłużyli i nie mają z tego żadnego przychodu, a jedynie wydatki. Takie są oblicza innowacyjności… Prof. Janusz Czapiński w rozmowie z „Eurogospodarką” wskazywał na bardzo istotny, acz słabo rozpoznany, mankament naszego społeczeństwa – na słabość w działaniu zespołowym. Przypominał istotę sukcesu kalifornijskiej Doliny Krzemowej: na łączeniu udanych start-upów w większe jednostki, z których potem powstawały Hewlett-Packard, Cisco, Apple, Google, Facebook itp., itd. „Wiele krajów i regionów usiłuje powtórzyć sukces Doliny Krzemowej z ograniczonym skutkiem. Dolina Krzemowa charakteryzuje się położeniem w pobliżu uniwersytetów i rządowych centrów badawczych, dużą liczbą wykształconych pracowników i dostępem do venture capital. Czynniki te nie są unikatowe dla Doliny Krzemowej – napisał na łamach »Scientific American« Barry Jaruzelski. – O sukcesie decyduje to, że w porównaniu z amerykańskimi przedsiębiorstwami wydającymi najwięcej na badania i rozwój, przedsiębiorstwa z Doliny Krzemowej posiadają strategie innowacyjne w znacznie większym stopniu zorientowane na potrzeby użytkowników, decyzje o strategii innowacyjnej są podejmowane na najwyższym szczeblu przedsiębiorstwa i jest ona bardziej zintegrowana z ogólną strategią biznesową”. – My też mamy udane start-upy! I co z tego, skoro nie potrafimy wejść do bardziej skoncentrowanej fazy i do tworzenia większych, innowacyjnych, nastawionych rynkowo przedsiębiorstw… – mówił Czapiński. I twierdził, że pracy zespołowej należy po prostu się uczyć. A przykład Wozniaka i Joba dowodzi, że nawet z garażu można namówić bank na kredyt.

LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here