Jeśli nie agencje to kto?

0
6

W Polsce rynek pracy tymczasowej rośnie o kilkanaście procent rocznie. Mimo to właściciele sezonowych biznesów boją się o ręce do pracy tego lata. Zwłaszcza ci mniejsi będą mieli problem z pracownikami sezonowymi. Jak zapełnić tę lukę?

Ponad 700 tys. osób liczy sobie rynek pracy tymczasowej w Polsce. Takie dane prezentowało niedawno Polskie Forum HR. I choć ten segment urósł tylko w ubiegłym roku o 100 tys. osób, to pracodawcy wciąż narzekają na brak rąk do pracy i kłopoty ze znalezieniem właściwych kandydatów. Problem staje się coraz gorętszy wraz ze wzrostem temperatury i wiosennymi przygotowaniami w wielu branżach do okresu wakacyjnego. Bo właśnie tutaj, przy sezonowych pracach, mniejszym firmom i przedsiębiorcom najtrudniej jest o kandydatów. Pracodawcy mówią, że brakuje chętnych, a pracownicy, których stale przybywa, że warunki zatrudnienia i płatności zostawiają wiele do życzenia. Ale jedni i drudzy przyznają, że problem często tkwi w pośrednikach i rekrutacji.

Szukają nawet 100 tys. pracowników

Fachowcy o polskim rynku pracy tymczasowej mówią, że nadal się rozwija. Choć ten rozwój jest skokowy, nawet 15 proc. rocznie, to daleko nam jeszcze do USA czy nawet średniej UE, gdzie wskaźniki zatrudnienia tymczasowego sięgają 2 proc. Bo nad Wisłą, to dopiero 1,3 procenta. Przeciwnicy pracy czasowej mówią, że to proste zajęcia, w dodatku niskopłatne nie dające perspektyw na lepszą, stałą pracę. Wskazują na pojawiające się patologie związane z niekończącym się okresem tymczasowego zatrudnienia. Ale większość tzw. czasowników to osoby poniżej 26 roku życia. Studenci, pracownicy bez doświadczenia. Dla nich ta forma zatrudnienia, to szansa dorobienia do czesnego albo obycia się z pracą. Zwłaszcza latem, gdy otwiera się wiele sezonowych biznesów w regionach turystycznych. Wtedy pracodawcy potrzebują na gwałt pomocy kuchennej, kelnerów, barmanów, ekspedientów, animatorów, hostess, opiekunek do dzieci, czy pracowników produkcji. Pierwsze raporty cząstkowe podawane przez media mówią, że w tym roku ofert pracy sezonowej może być nawet 15 proc. więcej. W ubiegłym roku zarobki pracowników tymczasowych oscylowały w przedziale 7 – 20 złotych netto za godzinę. W tym pracodawcy deklarują chęć podniesienia stawek. I nic dziwnego. Samo rolnictwo w sezonie zbiorów potrzebuje dodatkowych 100 tys. rąk do pracy. Tymczasem już w ubiegłym roku firmy przetwórcze alarmowały, że są problemy z dostawami surowców. Rolnicy tylko rozkładali bezradnie ręce, mówiąc, że nie mają wystarczającej liczby chętnych do prac sezonowych.

Agencje nie rozwiązują problemu

Skoro jest praca i wzrasta z roku na rok liczba pracowników, to czemu jedni i drudzy narzekają? Jedną z przyczyn mogą być formy rekrutacji i pośrednictwa. W Ubiegłym roku w Polsce działało ponad 5 tys. agencji pracy. 70 proc. ich dochodów pochodziło z zatrudnienia czasowego. Sęk w tym, że te obsługują w przeważającej mierze duże podmioty, jak sieci marketów, czy firmy produkcyjne. Rzadko mają ofertę dla małych, lokalnych pracodawców szukających jednej albo kilku osób. Właściciela smażalni ryb potrzebującego kucharza i kelnerkę nie będzie stać na pracę agencji. Narzekają też pracownicy, że są zatrudnionymi drugiemu sortu i gorzej zarabiają. Po części ich zdanie potwierdza ubiegłoroczny raport Państwowej Inspekcji Pracy. Jej inspektorzy przeprowadzili ponad 400 kontroli w agencjach pracy, czyli mniej więcej w 8 proc. wszystkich działających. W przypadku połowy badanych podmiotów PIP dopatrzył się nieprawidłowości. Najczęstszą było niewypłacanie wynagrodzenia pracownikom. Okazało się, że co 10 agencja odwiedzona przez PIP działała nielegalnie! To dlatego, że założenie agencji jest banalnie proste. Rocznie plajtuje nawet 800 tego typu podmiotów. Dlatego nie dziwią opinie pracowników i problemy z rekrutacją. Małym pracodawcom i pracownikom, którzy nie chcą pensją dzielić się z agencją zostaje szukanie siebie nawzajem. Ale to trudne zajęcie. Mimo wielu darmowych serwisów ogłoszeniowych to żmudna praca wymagająca czasu i zaangażowania. Dla jednych oznacza wysłanie setek CV. Dla drugich niekończący się strumień ofert do przejrzenia. Do tego dochodzi jeszcze brak możliwości rzetelnej oceny jednej strony przez drugą.

Rekrutacja 2.0

Lukę między agencją, a mało efektywnymi serwisami ogłoszeń próbują coraz skuteczniej wypełniać technologie. A dokładniej smartfony i nowe aplikacje. Niedawno Polscy programiści stworzyli Jobsquare. Narzędzie działa podobnie do znanej randkowej aplikacji Tinder. Powstało do rekrutacji w prostych zawodach nie wymagających doświadczenia. Jest adresowane do pracowników czasowych oraz małych – średnich pracodawców. Pozwala znaleźć pracownika albo pracodawcę na podstawie określonych preferencji. Aplikacja automatycznie kojarzy obie strony. Bez CV i maili. Każda ze stron od ręki decyduje czy chce nawiązać kontakt czy odrzuca ofertę.

Choć do sezonu jeszcze chwila z aplikacji korzysta już kilka tysięcy pracowników i pracodawców. Głównie z obszaru małej gastronomii. Ale aplikację pobrali również więksi pracodawcy jak Burger King czy Green Cafe Negro. Co ciekawe narzędziu przyglądają się też duże agencje pracy. Może dlatego, że w tym sezonie ich skuteczność będzie zależeć także od zmian w prawie. Związki zawodowe, a nawet część samych agencji pracy opowiadają się za zaostrzeniem prawa dla tego typu firm i postawienia im większych wymogów przed przyznaniem certyfikatu na pośrednictwo pracy. W smażalni nad Bałtykiem, czy w firmie eventowej na Mazurach, nowa ustawa problemu z pracownikami sezonowymi pewnie nie zmieni. Może receptą okaże się aplikacja taka jak Jobsquare – kieszonkowa agencja pracy w telefonie?

LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here