Katharsis po polsku

0
2

Bankructwo, a jeszcze gorzej upadłość, to w naszym języku pojęcie jednoznacznie negatywne. To wstyd, przyczyna ostracyzmu towarzyskiego. Bankrut jeszcze niedawno często strzelał sobie w łeb niczym pozbawiony honoru oficer…

Tempora mutantur et nos mutamur in illis – twierdzili Rzymianie. Czasy się zmieniają, a wraz z nimi i my. Dzisiaj upadłość staje się coraz bardziej kategorią ekonomiczno-prawną, a nie etyczną i obyczajową. Można już na ulicy ukłonić się bankrutowi…
Autorki pracy pt. „Efektywności procedur upadłościowych. Bankructwa przedsiębiorstw. Katharsis i nowa szansa”, prof. dr hab. Elżbieta Mączyńska i dr hab. Sylwia Morawska, wyraźnie zaznaczają: „w analizach tej problematyki istotne jest odróżnianie bankructwa jako kategorii ekonomicznej od upadłości jako kategorii prawnej”. Książka w tym roku pojawiła się na naszym rynku – zdecydowanie warto ją polecić nie tylko profesjonalistom.
Bankructwo wcale nie jest w naszym kraju zjawiskiem tak częstym. To chyba dobrze o nas świadczy. Można uznać, że duża liczba firm i mała liczba upadłości są oznakami przedsiębiorczości i braku skłonności do nadmiernego ryzyka.

Paragrafy i życie

W publicystyce poświęconej problematyce bankructw (i w ogóle funkcjonowaniu przedsiębiorstw w polskiej gospodarce rynkowej) widoczne są dwa przeciwstawne nurty: „upadłości jest zbyt dużo, bo…” i „upadłości jest zbyt mało, bo…” Wini się politykę i funkcjonowanie aparatu fiskalnego – vide sprawa Romana Kluski i Optimusa. Wini się ustawodawstwo gospodarcze – zbyt wysokie podatki, co systematycznie powtarza np. Lewiatan, korporacja przedsiębiorców. Często wskazuje się na bezduszność prawa, np. w sprawie barów mlecznych. Często na cenzurowane trafia też ZUS.
Autorki cytowanej publikacji starają się unikać emocjonalnych osądów. Nie sposób jednak nie zauważyć, że 25 lat transformacji polityczno-gospodarczej w Polsce upływało pod znakiem niepokojów. Wiele spraw rozgrywano metodą prób i błędów. W książce znaleźć można znamienną opinię: „Robert Woodward w 25. Raporcie Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych stawia tezę, że neoliberalne podejście w ciągu pierwszego 10-lecia transformacji ukształtowało w Polsce system prawny pozostawiający w dużym stopniu przedsiębiorców samym sobie”.
Raport Ernst & Young  z 2011 r. stwierdzał, że niemal w co piątej (dokładnie w 19 proc.) polskiej firmie dochodziło do nadużyć. To dawało nam mało zaszczytne 7. na 25 badanych krajów miejsce w Europie. Czy można zatem zaryzykować twierdzenie, że niska liczba upadłości w polskiej gospodarce to bardziej wynik owych matactw finansowych niż zdolności przedsiębiorstw do samooczyszczania się? Teza ryzykowna, ale można ją brać pod uwagę.

Winny – niewinny

W prasie codziennej co rusz natrafia się na informacje o przedsiębiorcach „wykończonych” przez ZUS. To efekt wielobarwnej palety umów o pracę, o dzieło, niepełnych etatów itd., z których jedne wymagają odprowadzania składek na ZUS, a inne nie. Ozusowanie umów śmieciowych ma – podobno – uzdrowić sytuację. Można w to wątpić, zważywszy na sporą liczbę przypadków nieodprowadzania składki do ZUS w firmach zatrudniających pracowników na etacie.
Drugi regularny winny to krajowy system podatkowy – skomplikowany, uzależniony od interpretacji przepisów przez poszczególne organy skarbowe, mało przejrzysty i po trosze represyjny. Co kilka lat mamy obietnice uporządkowania i uproszczenia naszego systemu fiskalnego, ale każda taka próba kończy się tym, że przepisów jest jeszcze więcej. W rozmowie z „Eurogospodarką” prof. Witold Modzelewski, prawnik i były wiceminister finansów odpowiedzialny m.in. za wdrażanie VAT w naszym kraju, mówił o blisko stu kilkudziesięciu tysiącach (!) interpretacji fiskalnych. Komu to potrzebne? Odpowiedź może być jedna – tylko stale rozrastającemu się aparatowi biurokratycznemu.
Sądy nie nadążają w rozpatrywaniu tego rodzaju spraw. Wydają się zresztą słabo przygotowane i źle „uzbrojone” w przepisy, by szybko podejmować odpowiednie decyzje. Bardzo łatwo zatem wygrać sprawę w Trybunale, mieć wyrok i być… bankrutem.

No a kto na tym wygrywa?

„Na upadłość trzeba patrzeć przede wszystkim przez pryzmat ochrony słusznych interesów wierzycieli upadłego, gdyż okoliczność, czy, kiedy i w jakiej wysokości otrzymają oni swoją dywidendę upadłościową, rzutuje często na ich własną płynność finansową i może być niekiedy przyczynkiem całego łańcucha niewypłacalności kolejnych przedsiębiorców” – piszą autorki „Efektywności procedur…”. A niedawna historia kilkuset upadłości związanych z budową autostrad na Euro 2012 dowodzi, jak celne jest to zdanie. Część spraw trwa do dzisiaj.
Co kilka tygodni prasa powtarza relacje o tzw. estońskich oszustach („Gazeta Wyborcza” wymienia tu spółkę Andvens Invest Ou z siedzibą w Tallinie), które świetnie znają polskie procedury prawne, zwyczaje naszych sądów i wykorzystują to do niecnych celów. „Estończycy” zawiadamiają polskie sądy o posiadaniu weksli na milionowe sumy, informując je o rzekomym nakazie zapłaty należności. Na tej podstawie otrzymują klauzulę wykonalności, co stanowi podstawę działania komornika, zajęcia rachunków bankowych i przesłania „należności” do fińskiego banku. Nasze sądy bronią się formułką: „Sorry, takie mamy prawo”.
Dezynwoltura, bezradność i naiwność (wykluczamy złą wolę) polskich sądów, pazerność polskich komorników, którzy gotowi są wielokroć na realizację lipnych żądań, byle tylko zarobić – to druga strona polskich procedur upadłościowych. Zjawisko to musi budzić niepokój, tym bardziej że zarówno Estonia i Finlandia (w grę wchodzi fiński bank), jak i Polska należą do Unii Europejskiej, której fundamentem ma być poszanowanie prawa i ochrona małych i średnich przedsiębiorstw.

Z podanych przykładów jedno wynika bezspornie: bankructwo w Polsce ma kilka twarzy. Prawo i procedury oraz praktyka w tym zakresie wymagają znaczącej poprawy. Prof. Elżbieta Mączyńska, zapowiadając wprowadzenie zmian od 1 stycznia 2016 r., obiecała informować „Eurogospodarkę” o kierunku tych zmian.

LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here