Mieszkania w niebezpieczeństwie

Czas czytania
6 minut
Przeczytałeś już
Odsłony
1 994

Mieszkania w niebezpieczeństwie

31 Marzec 2016 - 06:20
Kategoria:
0 Komentarze/y)

Liczba licytacji komorniczych nieruchomości błyskawicznie rośnie. Co dwa lata się podwaja. Za każdą stoi czyjś dramat. Ze statystyk Krajowej Rady Komorniczej wynika, że w 2012 roku doszło do nieco ponad 5,5 tys. licytacji domów, mieszkań czy gruntów. Rok później zlicytowano 7,3 tys. nieruchomości, a w 2014 roku – już 9,5 tys. Natomiast w pierwszym półroczu 2015 roku właściciela w wyniku licytacji zmieniło 4,7 tys. nieruchomości, głównie lokali mieszkalnych.

Gdyby ta tendencja się utrzymała, to za pięć lat być może komornicy sprzedadzą więcej mieszkań rocznie niż deweloperzy w dużych miastach. Za każdą licytacją stoi człowiek. Bywa tak, że to ofiara oszusta, lichwiarza lub złego losu, po prostu zachorował, stracił pracę. Czasami przyłożył do tego rękę, nie umiał przewidzieć konsekwencji wzięcia pożyczki. Często jest jednak tak, że dłużnik sam sobie zapracował na problemy, na przykład z łatwością zaciągając pożyczki, nie spłacając zobowiązań czy nie płacąc alimentów.

Rekordowa wysokość pożyczek

Z raportu InfoDług firmy BIG InfoMonitor wynika, że w pierwszej połowie 2015 roku banki i firmy pożyczkowe udzieliły 3,5 mln kredytów konsumpcyjnych, o rekordowej wartości 39,6 mld zł! To o 6,6 proc. więcej niż w podobnym czasie 2014 roku. Zdaniem banków liczba klientów podwyższonego ryzyka to prawie 2,4 mln osób. Być może potencjalni zlicytowani. Mimo że sytuacja nie jest dobra, jedni ochoczo kredytów udzielają, inni równie ochoczo je biorą, choć prawie 2,5 miliona osób już zalega ze spłatami blisko 41 mld zł.

Więcej zajęć i licytacji

Dziś w Polsce jest około 1300 komorników, a do ich kancelarii w ubiegłym roku wpłynęło ponad 7 mln spraw – szacuje Krajowa Rada Komornicza. To o jedną czwartą więcej niż rok wcześniej. Do odzyskania mają ponad 73 mld zł. Ale komornicy odzyskują jedynie jedną dziesiątą wartości zobowiązań. Najgorzej pracowały tak zwane hurtownie, czyli duże kancelarie komornicze (prowadzące nawet po 50 tys. spraw), najlepiej małe, działające we własnym rewirze. Piszę „pracowały”, bo od tego roku weszły w życie przepisy generalnie ograniczające do 5 tys. liczbę spraw, jakie może obrabiać jeden komornik. Tylko jeśli ma skuteczność powyżej 35 proc., może brać ich więcej.

– Oczywiście nie wszystkie sprawy, które do nas trafiają, kończą się egzekucją z nieruchomości – zastrzega Monika Janus, rzeczniczka prasowa KRK.

– Zajęcie nieruchomości to wyjątkowo skuteczny argument i zazwyczaj dłużnik mobilizuje się do spłaty – zdradzają komornicy. Wiedzą o tym także i wierzyciele.

Wierzyciele serca nie mają

Od kilku lat widać, że coraz większa liczba wierzycieli już na starcie postępowania egzekucyjnego żąda zajęcia dłużnikowi domu czy mieszkania. A firmy skupujące długi, czyli tak zwani wierzyciele masowi, robią to standardowo. Wręcz mają gotowe wnioski, w których zajęcie nieruchomości jest wpisane. Egzekucją z nieruchomości wcale nie kończą się jedynie sprawy kredytów konsumpcyjnych czy hipotecznych na zakup domu czy mieszkania. Zdarzają się nawet z powodu wysokiego zadłużenia alimentacyjnego. Wierzycielka, bo to najczęściej kobieta, domaga się zajęcia czy licytacji nieruchomości. I zgodnie z przepisami komornicy właściwie odmówić jej nie mogą. Czasami próbują, gdy dług jest niewielki. Ale wierzyciel zawsze może poskarżyć się do sądu. Często jako dziennikarz spotykam się z osobami, którym komornik zajął, a potem zlicytował mieszkanie czy dom. Zawsze te sprawy są poruszające, bo taka egzekucja jest wyjątkowo drastyczną ingerencją w prawa człowieka, sytuację rodziny. Kara za zaległe alimenty

Trzy lata temu po raz pierwszy usłyszałam o licytacji mieszkania za alimenty. Niepłacący na dzieci ojciec się skarżył, że komornik zlicytował mu 54-metrowe mieszkanie w niewielkiej miejscowości na północy Polski. Dług alimentacyjny wynosił 120 tys. zł. Mężczyzna nie płacił od kilku lat. Nie pracował, dochodów podobno nie miał i był na utrzymaniu nowej partnerki. – Już na początku stycznia 2011 roku rzeczoznawcy komornika oszacowali moje mieszkanie tylko na 82 tysiące złotych, choć warte jest zdecydowanie więcej – opowiadał dłużnik. Lokal sprzedano za ponad 90 tys. zł. Nawet nie starczyło na spłatę całego zadłużenia. – Teraz żałuję, że nie płaciłem alimentów – mówił zdru-zgotany, gdy egzekucja trwa nadal.

Lichwiarskie zagrywki

Zaczyna się zwykle od lichwiarskiej pożyczki udzielnej komuś, kto ma problemy finansowe, a jest zdesperowany na tyle, by zdecydować się na pieniądze od tak zwanego prywatnego pożyczkodawcy, jak dumnie mówią o sobie lichwiarze. Takie sprawy zazwyczaj kończą się licytacją nieruchomości i eksmisją. Często historie te trafiają do mediów i są szczególnie bulwersujące dla czytelników, widzów czy słuchaczy, ale na prokuratorach czy sędziach nie robią wrażenia. Sprawy ciągną się latami. Jeszcze po stracie lokalu. A kiedy – co zdarza się bardzo rzadko – sąd stanie po stronie zlicytowanego, ten musi dochodzić odszkodowania i znów procesować się w nieskończoność.

80-letnia pani Leokadia, jedna z ofiar warszawskiego lichwiarza, rok temu straciła wraz z córką dach nad głową. Dziś mieszkają w wynajętej kawalerce. Stać je jeszcze na to, choć lichwiarz domaga się odszkodowania za bezumowne korzystanie z mieszkania przez czas, kiedy trwało postępowanie komornicze. Jednak wiele ofiar innych „prywatnych pożyczkodawców” trafia po prostu do schronisk i noclegowni, a potem zgodnie z przepisami na ulicę.

Pisałam wielokrotnie o Pawle Tubielewiczu. To też „pożyczkarz”. Używam tego wymyślonego określenia, bo Tubielewicz za lichwę nie był jeszcze skazany, choć od wielu lat pożycza pieniądze pod zastaw mieszkań i owe mieszkania przejmuje. Poznałam osiem jego ofiar. O wszystkich pisałam. Spośród nich tylko jedno starsze małżeństwo ma jeszcze dach na głową. Ale jak długo? Nie wiadomo.

Lichwa pleni się przede wszystkim tam, gdzie jest biednie. Na Śląsku powstało nawet stowarzyszenie, które broni swoich członków przed lichwiarzami, dociska prokuratorów, by stosowali kodeks karny, i wszczyna grupowe procesy sądowe. Jeden z nich trwa właśnie w Katowicach. Organizacja nazywa się Stowarzyszenie 304 KK. Nazwa pochodzi od przepisu kodeksu karnego, który mówi o wyzysku, czyli tak naprawdę o lichwie. A jest to wyzysk zorganizowany i mocno przemyślany. Bardzo często mieszkania poszkodowanych licytowane są i kupowane przez podstawione osoby. Tylko po to, by je od razu przekazywać „pożyczkarzowi”.

– Kupienie mieszkania, domu na licytacji to w Polsce dobry interes – nieraz słyszałam w warszawskim sądzie. – Ale tylko wtedy, jeśli najpierw „właściwie dobrany” rzeczoznawca je wycenia, a potem lokal kupuje nabywca słup, a sam licytant dobrze jest obstawiony przez kolegów, żeby przypadkiem nie przelicytował ich ktoś nie z branży – na tych warunkach to złoty interes. Takie rzeczy dzieją się nie tylko w stolicy. W wielu sądach ich prezesi i sędziowie starają się nie zauważać tego zjawiska albo przysądzają nabywcy lokal z automatu, nie wnikając w okoliczności sprawy. Tak było w przypadku pana Daniela z Piły. Właśnie się dowiedział, że jego dom, już prawie gotowy do zamieszkania, zlicytowano za 160 tys. zł. Wart był 460 tys. zł. Rzeczoznawca nie był w nim w ogóle. Ale wycenił go jako budynek w stanie surowym, tyle że zamkniętym. Sąd oddalał wszystkie skargi dłużnika. Nawet nie przekonały go zdjęcia domu i jego wnętrza. Widać na nich, że są podłogi, sanitariaty, glazura, schody. Sędzia argumentował, że nie wiadomo, kiedy zdjęcia zostały zrobione. – Przecież musiałbym być idiotą, by w trakcie egzekucji, po wycenie domu jeszcze w niego inwestować, kłaść glazurę, robić posadzki – denerwuje się pan Daniel. Sąd jednak wydał kończące całą procedurę postanowienie. Pan Daniel jest bezradny.

Frankowicze nie będą łatwym łupem

Choć banki miały BTE (bankowy tytuł egzekucyjny) – wpisaną w umowy kredytowe klauzulę, że kredytobiorca poddaje się egzekucji – w połowie 2016 roku BTE przestanie istnieć. Zakwestionował go Trybunał Konstytucyjny. Uznał, że prawo do wystawiania BTE jest nieuzasadnionym przywilejem banków, naruszającym zasadę równego traktowania stron. Teraz i bank, i klient muszą stanąć przed sądem. Być może z tego powodu będzie nieco mniej, mimo prognoz Krajowej Rady Komorniczej, egzekucji z nieruchomości. Czemu? Bo zanim proces sądowy z klientem się rozpocznie i zakończy czasu trochę upłynie. A do tego rząd zamierza z powrotem podwyższyć opłaty sądowe dla banku, a zmniejszyć je klientom. I tak egzekucja prowadzona przez komornika dla banku zaczyna robić się droga i pracochłonna.

Windykator daje radę

Z niespłacanymi kredytami hipotecznymi banki idą do firm windykacyjnych lub kredyty te sprzedają, by cokolwiek z nich odzyskać. Rok 2015 był rekordowy, bo wartość wystawionych na sprzedaż długów przekroczyła 20 mld zł. W tym roku rekord ma zostać pobity. Banki będą pozbywać się nieściągalnych kredytów. I tak księgują je jako straty, a sprzedając windykatorom pakiety długów zawsze trochę się zwróci. Windykatorzy mogą na nich sporo zarobić. Dla obu stron to niezły biznes. Firmy kupują pakiety tanio, a jak się uda odzyskać należność, są na plusie. Oczywiście wiele zależy od tego, jak się to robi. Bywają jeszcze firmy windykacyjne, którym zależy na wizerunku, ale są i takie, którym celem jest jedynie wysoka ściągalność długów. Ci nie będą bawili się w subtelności.

Artykuł pochodzi z nr 3/2016 Eurogospodarki

Dodaj nowy komentarz

Plain text

  • Znaczniki HTML niedozwolone.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
Graficzne pułapki CAPTCHA
Wprowadź znaki widoczne na obrazku.