Mój (nie)drogi Rzym

0
6

Wypad do Wiecznego Miasta w pierwszych miesiącach roku ma więcej plusów, niż mogłoby się wydawać.

Rzym? Rzym jest zatłoczony i drogi – stwierdziła moja przyjaciółka Halina, która Wieczne Miasto odwiedziła w długi majowy weekend. Miasto cezarów i papieży nie musi jednak takie być. Wystarczy zdecydować się na kilkudniowy pobyt poza sezonem. Choć niektórzy twierdzą, że sezon w Rzymie trwa cały rok, to przesada – od połowy stycznia do początku marca sezonu nie ma. Turystów i pielgrzymów w Rzymie jest wyraźnie mniej (choć kolejki do głównych atrakcji są, tylko że krótsze). Na sześć dni w Rzymie (niedziela–piątek) na przełomie stycznia i lutego zdecydowałam się na początku listopada.

Polowanie na przelot

Trzeba zacząć od polowania na bilety lotnicze – przy dwóch osobach (ferie z ośmiolatkiem) znalezienie względnie taniego połączenia to połowa sukcesu w planowaniu niedrogich wakacji. Krótki przegląd ofert – i pozostał wybór między Ryanairem a Wizz Airem. Ryanair miał lepszą cenowo ofertę i dodatkowy plus – bardziej liberalną politykę bagażową (można zabrać na pokład niewielką walizkę i dodatkowo torebkę). Ale ostatecznie wygrał Wizz Air. Zdecydowała pora roku – zimą, zwłaszcza taką kapryśną i nieprzewidywalną, lotniska czasami paraliżuje mgła. Okęcie radzi sobie lepiej niż Modlin z tym problemem. Nie chciałabym przeżyć rozczarowania czy nawet kilkugodzinnego opóźnienia lotu. Bilety kupuję w specjalnej cenie dla członków klubu Wizz Air, ale dopłacam za mały bagaż podręczny – walizkę, do której spakują się w miarę swobodnie dwie osoby. Ostatecznie bilety w dwie strony ze wszystkimi opłatami kosztują mnie 540 zł.

Przez telefon tańszy nocleg

Kolejny krok – nocleg. Podobno Komisja Europejska zaczyna walkę z portalami pośredniczącymi w rezerwacji pokojów hotelowych typu Booking.com. Urzędnicy zarzucają im praktyki godzące zarówno w przedsiębiorców, jak i gości hotelowych. Nie wdając się w szczegóły – hotelarze nie mają prawa zaproponować gościom na swojej stronie internetowej ceny niższej, a nawet takiej samej jak ta, która widnieje na portalu rezerwacyjnym. Gość, który zdecyduje się bezpośrednio skontaktować z hotelem telefonicznie, może uzyskać korzystniejszą ofertę – ale po pierwsze, niewielu o tym wie, po drugie, problemem często jest bariera językowa. Nie da się jednak ukryć, że zarówno Booking.com jak i inne portale rezerwacyjne to wygodne narzędzie sprawdzania zarówno dostępności noclegów, planowania kosztów i – dybania na okazje. – Nie rezerwuj zbyt wcześnie – radził kolega z branży turystycznej. – Po sezonie nocleg w dobrej cenie znajdziesz nawet na dobę przed wylotem. Przeglądaj oferty i patrz na ekstraokazje – mówił.

Rzeczywiście, można trafić na prawdziwe perełki, zwłaszcza jeśli ma się nieco zasobniejszy portfel. Czterogwiazdkowy hotel za jedną trzecią ceny, w samym centrum prestiżowej okolicy Via Veneto? Wystarczy mieć niecałe 280 euro, by spędzić w nim pięć nocy! Trafiam też na wyjątkową okazję – 75 proc. upustu na apartament w pięciogwiazdkowej rezydencji. Ale szukam czegoś innego. Noclegu za około 500–600 złotych za pięć nocy. Pensjonat typu B&B (ewentualnie tylko „bed”), w dobrej lokalizacji. Optymalnie z bezpłatnym i działającym (to nie zawsze idzie w parze) Wi-Fi. Na tydzień przed wylotem mam już upatrzonych kilka typów, i wtedy właśnie trafiam na coś wyjątkowego. Near B&B, przy samych murach Watykanu, 200 metrów od stacji metra Ottaviano. Na Booking.com miejsce ma ocenę 9,6 (maksymalna to 10). Goście chwalą gościnność gospodarza, obfite śniadanie, bezproblemowe Wi-Fi, bogactwo knajpek na każdą kieszeń, codzienne sprzątanie… Do tego rezerwacja bez karty kredytowej… Wchodzę w to!

Kolejka podmiejska?

Pozycją, którą oszczędnie podróżujący powinien wziąć pod uwagę, są koszty transportu na miejscu. Transfer do centrum miasta z lotniska potrafi kosztować nawet połowę (a czasem więcej) ceny biletu kupionego w promocji. Na szczęście Rzymu to nie dotyczy. Z lotniska Fumicino można dotrzeć do centrum za około 3 euro od osoby, jeśli z głową zaplanujemy podróż kolejką podmiejską (potrzebne są dwa bilety, wersja dla bardzo oszczędnych). Tylko euro drożej (4 euro od osoby) płacimy za autobus Terravision do dworca Termini. Ponieważ przylatujemy w niedzielę po południu, bez obaw o korki wybieram ten środek transportu. Na powrót (piątek południe) planuję wersję delux – ekspres Leonardo da Vinci, pokonujący trasę między Termini a Fiumicino w pół godziny. Bilet kosztuje 14 euro, ale dzieci do lat 12 nie płacą wcale! To daje 7 euro za osobę, więc nie aż tak drogo.

Przed 10. urodzinami

Rzym w ogóle jest przyjazny dzieciom jak żadne polskie miasto. W komunikacji miejskiej przejazdy dla dzieci do lat 10 są bezpłatne – jeśli dziecko jedzie z osobą dorosłą. Dzieci starsze płacą już jednak pełną cenę biletu, zniżki są tylko dla małych rzymian. Do 18. roku życia dzieci i młodzież bezpłatnie wchodzą do wszystkich państwowych muzeów, mają też zniżki do większości innych atrakcji i muzeów.

W drodze z lotniska dostaję SMS od naszego gospodarza – Maksymilian się upewnia, czy wylądowaliśmy i czy nie potrzebujemy pomocy w dotarciu na miejsce. A gdy docieramy… Pensjonat okazuje się kameralnym, trzypokojowym mieszkaniem w eleganckiej kamienicy przy via Santamaura. Dwa pokoje mają wspólny korytarz i w nim łazienkę, jeden pokój to apartament z własną łazienką. – Wszystkich gości w tym tygodniu mam z Polski – uśmiecha się Maksymilian. Świetnie wyposażona kuchnia, w pokoju wygodne łóżka, przestronne szafy, telewizor z płaskim ekranem i Wi-Fi. Planuję pracę, więc to akurat ważne. Cena (słaby złoty, niestety) – 148 euro za pięć nocy.

Można taniej? Można. Najtańsza oferta, jaką znalazłam na Booking.com, opiewała na niecałe 380 złotych – ale był to pensjonat kilkanaście kilometrów od centrum Rzymu, w dodatku nie na linii metra czy podmiejskiej kolejki. Dokładając kilkadziesiąt złotych, można znaleźć nocleg i w samym centrum Rzymu, w jednym z hosteli w okolicach dworca Termini.

Dużym atutem wybranej miejscówki okazuje się koszyk śniadaniowy. Włosi naprawdę jedzą na śniadanie rogalika, popijając kawą. Maksymilian chyba wie, że ma gości z Polski. Oprócz tradycyjnych produktów (pieczywo tostowe, sucharki, rogaliki, nutella, dżemy), które mamy codziennie w koszyku śniadaniowym, w pokojowej minilodówce codziennie znajdujemy paczuszkę wędliny (salami albo szynka dojrzewająca), plasterki sera, masło, serki topione. A w kuchni – dodatkowo pomarańcze i banany. Na podbój Rzymu wychodzimy najedzeni, co nie jest standardem nawet w trzygwiazdkowych hotelach.

Rzym podbijamy pieszo

Skoro już o podbojach Rzymu – jego główne atrakcje najlepiej zwiedzać pieszo. W pierwszych trzech dniach na komunikację miejską wydajemy po 1,5 euro (tyle kosztuje bilet 100-minutowy – można jeździć w ramach limitu czasu tramwajami i autobusami albo odbyć podróż metrem czy kolejką, koszt biletu dobowego to 7 euro, za bilet 48-godzinny trzeba zapłacić 12 euro). W pierwszym dniu wracamy metrem do pensjonatu, w drugim – docieramy nim do Koloseum. Reszta – pieszo.

Na bolące stopy najlepszym lekarstwem są oczywiście lody. Żeby zjeść małą porcję, w zależności od lodziarni trzeba wydać od 2 do 3 euro, przeważnie 2,5 euro. W zamian dostajemy w dwóch lub trzech smakach – porcja odpowiada wielkością czterem kulkom w polskich lodziarniach. Ci, którzy nie muszą dbać o linię i nie przejmują się poziomem cholesterolu, gratis (!) dostaną porcję bitej śmietany. To w Rzymie standard.

W kolejce po jedzenie

Podróżując z dzieckiem, nie trzeba wydawać pieniędzy w wykwintnych restauracjach. Wystarczy street food, który w Rzymie oznacza najczęściej kawałek pizzy a taglio, czyli – w kawałkach. Porcja dla jednej osoby to zwykle koszt 2–2,5 euro, często sprzedawane są one w zestawach z napojami (2,5–3 euro). Bywają pizzerie oferujące pizze bardziej wykwintne, w których zapłacimy niemal dwa razy więcej – kolejki mieszkańców, ustawiające się przed nimi, świadczą, że nie warto żałować grosza – choć raz. Właśnie w takiej piekarni-pizzerii Bonci, niedaleko Watykanu, jemy najlepszą pizzę cztery sery. Kawałek zabrany do pensjonatu i zjedzony na zimno następnego dnia nadal jest przepyszny i koszt kolacji (8 euro) nie wydaje się przesadzony. Jednak za równie pyszną, prostą foccacię płacimy następnego dnia tylko 3 euro (dwie porcje!). Street food to również makarony – Włosi (i ich wzorem turyści) chętnie odwiedzają piekarnię nieopodal Spagna, przed którą w porze lunchu ustawiają się długie kolejki. Makarony sprzedawane na wynos (5 euro) spożywa się na okolicznych ławkach. Nie na samych Schodach Hiszpańskich – za to grozi mandat! Na wynos można też wziąć tiramisu – i zjeść je prosto z pudełka. Deser w restauracjach kosztuje ok. 6–7 euro, tymczasem w Pompi (Spagna, Watykan) najlepsze tiramisu w mieście kosztuje 4 euro za pudełko. To jeden z przysmaków, który koniecznie trzeba zjeść w Wiecznym Mieście.

Czemu wydajecie pieniądze na to, co nie jest chlebem? I waszą pracę na to, co nie nasyci? – to jedno z ważnych biblijnych pytań. Rzymianie najwyraźniej wzięli je sobie do serca, bo co prawda za wino trzeba płacić, ale za wodę pitą na ulicach, w marszu – już nie. Wystarczy mieć ze sobą butelkę czy kubek, by móc pić wodę fundowaną przez miasto. Jest czysta, zimna i pyszna. Trzeba rozglądać się za kranikami (są ich setki) lub zielonymi wodnymi budkami. Jedna z nich stoi pod Koloseum.

Zwiedzanie z dzieckiem

Na jeden z siedmiu cudów świata oraz na Forum Romanum rezerwuję kilka godzin. I 12 euro, czy koszt normalnego biletu. Dzieci i młodzież z krajów UE do 18. roku życia nie płacą wcale. Nie tylko w Koloseum, we wszystkich państwowych muzeach! Jeśli do tego dodamy fakt, że duża część atrakcji Rzymu to fontanny i kościoły dostępne bez opłat – koszty zwiedzania z dzieckiem nie porażają. Najwyższe koszty to Muzea Watykańskie, tam dzieci mogą liczyć tylko na niewielką zniżkę – ale czy jest sens zwiedzać je z ośmiolatkiem? Szczerze wątpię.

Uzbrojeni w rzymską wodę, okulary (2 lutego, 18 stopni C, bezchmurne niebo z olśniewającym słońcem) chodzimy, czytamy, rozmawiamy – o walkach gladiatorów, prowadzonych na śmierć chrześcijanach, zabijaniu zwierząt i niewolników. A także o tym, że przez wieki Koloseum było „rozbierane” na części, traktowane jako skład kamieni i materiałów budowlanych. Że do dziś istnieje nieodkryty starożytny Rzym – wille i pałace patrycjuszy sprzed dwóch tysięcy lat i śmietniki rzymskiej biedoty. Że w Rzymie mieszkają ludzie, którzy utrzymują się z wyławiania w Tybrze starożytnych monet, pierścieni, łańcuchów. Spacerując nieopodal Tybru zachodzimy pod Teatr Marcellusa. Ruiny budowli sprzed 2 tysięcy lat zostały kilkaset lat temu zagospodarowane na potrzeby wpływowej rodziny Orsinich. Dziś znajdują się w nich mieszkania – w oknach widać kwiaty, firanki, gdzieniegdzie pranie.

To jest właśnie Wieczne Miasto, które, zmieniając się, pozostaje sobą. Miasto, w którym przeszłość dosłownie splata się z teraźniejszością. Rzym monumentalny, pełen przepychu i oszałamiających bogactw z Rzymem biedoty i zwykłych ludzi. Butiki drogich projektantów i stragany „all for 1 euro”, rozkładane w okolicach stacji metra. Miasto, w którym na pyszny posiłek można wydać kilka i kilkaset euro. Wieczne Miasto, które nie musi być ani drogie, ani zatłoczone. Wystarczy tylko dobrze zaplanować pobyt.

Artykuł pochodzi z nr 3/2016 Eurogospodarki

LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here