Niemieckie roszczenia

0
3

Tak to wyszło, że niby na swoim pracujemy, a dla Niemca robimy. Bo na jego ziemi. cz.1

Łzy w oczach Teresy Smolińskiej, która jak mówi, musi oddać Niemcowi gospodarstwo w Kanigowie koło Nidzicy na Warmii i Mazurach. Także dom: niewielki, dwuizbowy, wymagający remontu, ale wart trochę grosza. Woda podciągnięta, ściany otynkowane. Tuż obok – obora i stodoła. Jest o co walczyć, bo zabudowania i 26 ha ziemi choć słabej, bo V i VI kategorii, ale warte są sporo. Według rzeczoznawcy wynajętego przez Henryka Łukaszewskiego,  a właściwie Heinricha Lukaschewskiego, który wraz z ojcem opuścił gospodarstwo w 1983 r. i wyjechał do Bachweg koło Dortmundu w RFN, za ziemię w Kanigowie i zabudowania można dostać 850 tys. zł. To ponad  210 tys. euro!

Dla państwa Smolińskich to tragedia. Pani Teresa płacze, trzymając w garści grudę ziemi z własnego, jak mówi, pola. W tym gospodarstwie na skraju wioski w Kanigowie – Kolonii koło Nidzicy – wychowała 17 dzieci. Kazimierz, jeden z młodszych synów, miał tu gospodarzyć. Tak się umówili  z ojcem – Józefem, który zmarł dwa lata temu. I gospodarzył. Są tu już 27 lat. Smolińskich ulokowała tutaj gmina.  – 26 ha jest! Czuję się właścicielem. Jak przyjechaliśmy tu w 1983 r., to płaciliśmy podatki. Do grudnia 2004 r.

Zabrał nam dopłaty unijne

Gdy tylko pojawiała się szansa na dopłaty unijne, wraz z ojcem wypełnili skomplikowane druki. Jak się okazało, na próżno! Nie dostali z Unii ani grosza. To samo zrobił Heinrich Lukaschewski w Niemczech. Nie mówiąc nic Smolińskim, też wypełnił druki o dopłaty unijne dla rolników, i je dostał. – Blisko 15 tys. zł dopłat rocznie. Od 2004 r. zabrał mi ładną sumkę – mówi wzburzony Kazimierz Smoliński, gospodarz w Kanigowie. – Przez tyle lat musiałem płacić  i utrzymywać gospodarstwo, a on powiedział mi, że mnie chce stąd wyrzucić! Chce mnie wywalić na bruk! Tak po prostu.

Sęk w tym, że Heinrich Lukaschewski wygrał sprawę o prawo własności gospodarstwa w Kanigowie. Uważa się za właściciela, choć początkowo wyrok sądu był dlań niekorzystny. W 2009 r. Smolińscy, wzburzeni brakiem dopłat, wnieśli sprawę o zasiedzenie. Sąd Rejonowy w Nidzicy im je przyznał, bo  w Kanigowie mieszkali ponad 20 lat.

Lukaschewski nie dał jednak za wygraną. Przez adwokata specjalizującego się w sprawach tzw. roszczeń niemieckich – Andrzeja Jemielitę ze Szczytna – odwołał się od wyroku  i wygrał apelację! Sąd Okręgowy  w Olsztynie uznał, że Smolińscy nie zasiadali w tzw. dobrej wierze. – Po stronie posiadaczy, państwa Smolińskich, nie było dobrej wiary. Dobra wiara to jest takie przekonanie posiadacza, że jest prawowitym właścicielem – tłumaczy sędzia Waldemar Pałka, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Olsztynie.

Nawet sołtys nidzicki Ludwik Ekiert przyznaje ze wstydem: – Cynicznie można powiedzieć, że są parobkami na własności niemieckiej.

Nie należy ich mylić z przesiedleńcami przymusowymi z lat 1944–45. Wtedy władza ludowa na tzw. ziemiach odzyskanych pytała: – Kim jesteś? Ci, którzy deklarowali obywatelstwo niemieckie, tracili cały majątek i na mocy układów poczdamskich stawali się przesiedleńcami. Musieli uciekać do Niemiec.

Wybrali życie w raju

Okazało się, że Heinrich Lukaschewski, lub jak kto woli: Henryk Łukaszewski, formalnie jest właścicielem gospodarstwa w Kanigowie. Nikt nie wykreślił go z ksiąg wieczystych, gdy wraz rodziną porzucił gospodarstwo w Kanigowie w 1983 r. Dostał to, co było przedmiotem marzeń wielu – prawo wyjazdu na Zachód. Wybrał życie – jak się wtedy wydawało – w raju. Łukaszewscy skorzystali z możliwości łączenia rodzin  i wyemigrowali do Niemiec, w okolice Dortmundu. Tak jak pół miliona (niektórzy historycy podają, że około miliona) obywateli polskich na tzw. ziemiach odzyskanych.

Żeby tu zostać, trzeba było zadeklarować obywatelstwo polskie. Wielu tak zrobiło. Ale po latach znudziła im się bieda, szarość i bezsens komuny. Dosyć mieli też szykan – na ulicy, w pracy,  w szkole – wspomina Agnes Trawny, która jako pierwsza w Polsce odzyskała gospodarstwo w Nartach koło Olsztyna. „Deutsche Schweine” czy „ty Szwabie” – to jedne z delikatniejszych wyzwisk tamtych lat. Niektórzy, jak twierdzą dziś ich znajomi, opuszczać Polski nie chcieli. W Niemczech czekała ich praca na najniższych stanowiskach, a także  docinki ze strony „nowych braci”.

Przypadkowo spotkany 55-letni Peter, mieszkaniec Warmii, opisuje prawdę o Niemczech, gdy tylko po wspólnej pogawędce przy kolacji rozwiązał mu się język. Po przesiedleniu się z Olsztyna pracę dostał w pralni w Niemczech. – W Polsce byłem „Deutsche Schweine”,  w Niemczech wyzywali mnie od „Polnische Schweine”. Całe życie jestem „Schweine”!

W Niemczech po przesiedleniu otrzymywali od państwa niemieckiego odszkodowanie, pokrywające  w znacznej części poniesione straty. Była to kwota odpowiadająca wartości pozostawionego w Polsce majątku.  I tak Heinrich Lukaschewski dostał wraz odsetkami ponad 9 tys. marek za pozostawione 26-hektarowe gospodarstwo. Kopię dokumentu pokazuje mecenas Lech Obara.

W Polsce niektórych zmuszano do sprzedaży gospodarstw. Do osoby starającej się od dłuższego czasu o wyjazd – wtedy do RFN – przychodził funkcjonariusz i beż żenady mówił wprost:  – Ma pan zgodę, wyjazd za trzy dni, ale trzeba sprzedać gospodarstwo. A tylko ja będę miał tak szybko pieniądze, aby kupić nieruchomość za cenę, którą określę. Zwykle były to grosze wobec prawdziwej wartości – mówi była posłanka i ambasador RP w Austrii, doradca ds. stosunków polsko-niemieckich, prof. Irena Lipowicz  z UKSW w Warszawie w wywiadzie dla „Gościa Niedzielnego”.

Najpierw wyjeżdżali do NRD. Dwie bratnie partie socjalistyczne PZPR–SED (Sozialistische Einheitspartei Deutschland) podpisały w styczniu 1950 r. umowę (deklarację), na podstawie której strona polska zachowała prawo ustalania, kogo uznaje za Niemca. Tylko w 1950 r. z Polski wyjechało  60,5 tys. osób. Chętnych było więcej. Władze Polski w latach 1952–1955  pozwoliły na wyjazd tylko 10 tys. osób.

Przesiedleńcy tracą obywatelstwo

Masowe wyjazdy zaczęły się po 1956 r. po rozmowach polskiego i niemieckiego Czerwonego Krzyża (z uwagi na brak oficjalnych stosunków PRL–RFN) oraz polsko-enerdowskich w styczniu 1956 r. Rada Państwa wydała tajną, niepublikowaną uchwałę nr 37/56, na mocy której osoba ubiegająca się o wyjazd na pobyt stały do Niemiec w ramach akcji „łączenia rodzin” składała podanie do prezydiów rad powiatowych wraz  z dokumentem potwierdzającym posiadanie najbliższej rodziny w jednym z państw niemieckich.

Treść tej uchwały nie została oficjalnie opublikowana, choć tekst jest cytowany w pracach naukowych. Uchwała „zezwala na zmianę obywatelstwa polskiego na niemieckie obywatelom polskim, którzy opuścili lub opuszczą obszar PRL i jako repatrianci udadzą się do NRD lub RFN”. Stwierdza ponadto, że „osoby takie tracą obywatelstwo polskie po przekroczeniu granicy PRL”. Uchwała obowiązywała do 1984 r.

Tylko w latach 1957–58 z Polski wyjechało 233 tys. osób. Było ich tak wiele, że władze polskie zaniepokojone skalą emigracji zakończyły akcję. Mimo to  w latach 1960–68 wyjechało jeszcze 112,5 tys. osób.

Przełom nastąpił w 1970 r. W grudniu tego roku w związku z zawarciem Układu o normalizacji stosunków wzajemnych między Polską a RFN rząd polski wyraził zgodę na wyjazdy ludności deklarującej narodowość niemiecką. Osoba taka otrzymywała dokument podróży w jedną stronę oraz była zobowiązana do złożenia w Komendzie Wojewódzkiej MO podania do Rady Państwa o zwolnienie z obywatelstwa polskiego. Złożono ponad 100 tys. wniosków. Przyjęto, że osoby posiadające dokument podróży traciły obywatelstwo polskie z chwilą przekroczenia granicy. W latach 1970–75 pozwolono na wyjazd 60 tys. osób. Okazało się jednak, że ich obywatelstwo wygaszano często niezgodnie nawet z ówczesnym prawem. – Obywatelstwo można było odebrać jedynie indywidualną uchwałą Rady Państwa w stosunku do każdej z tych osób – mówi europoseł Bogusław Rogalski.  – A im jedynie dawano dokument podróży  w jedną stronę. Czasem następowało przy tym zrzeczenie się obywatelstwa, często nie  – dodaje prof. Irena Lipowicz.

Kolejna fala przesiedleńców była możliwa dzięki rozmowom I sekretarza Edwarda Gierka z kanclerzem Niemiec Helmutem Schmidtem podczas Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy  w Europie w Helsinkach w sierpniu 1975 r. Wtedy szefowie MSZ Polski  i Niemiec: Stefan Olszowski i Hans Dietrich Genscher podpisali protokół ze zgodą na wyjazd 125 tys. osób w zamian za częściowe umorzenie kredytu. W rzeczywistości do 1980 r. wyjechało z Polski 160 tys. osób.

Jak w swoich pamiętnikach napisał Helmut Schmidt, towarzysz Gierek zgodził się na zwiększenie liczby wyjeżdżających obywateli do Niemiec w zamian za kredyty dla Polski (w znacznej mierze zostały niestety zmarnowane).

ADAM BOGORYJA-ZAKRZEWSKI
(redakcja INTERWENCJI TELEWIZJA POLSAT)

Dalsze losy państwa Smolińskich oraz informacje o innych przesiedleńcach tracących mienie będzie można przeczytać w kolejnym wydaniu „Eurogospodarki”.

LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here