Obyś za polskie pieniądze uczył

Czas czytania
5 minut
Przeczytałeś już
Odsłony
1 446

Obyś za polskie pieniądze uczył

29 Luty 2016 - 07:10
Kategoria:
0 Komentarze/y)

Uniwersytet Warszawski w przeliczeniu na jednego studenta dysponuje budżetem naukowym w wysokości około 8 tys. zł rocznie. Budżet Uniwersytetu Harvarda jest 24-krotnie wyższy. Z tym, że za samo czesne trzeba zapłacić ponad 20 tys. dol. za semestr.

Studia dzienne na państwowych uczelniach w Polsce są bezpłatne, a szkolnictwo wyższe w dużej mierze finansowane jest z budżetu państwa. Na ten cel w 2015 roku przeznaczono ponad 16 mld zł. Dotacje trafiły do ponad 130 uczelni publicznych działających w Polsce – dla wielu z nich jest to największe źródło przychodów. Dla przykładu tylko sam Uniwersytet Warszawski na kształcenie studentów i badania naukowe otrzymał przed rokiem aż 223 mln zł. Czy jednak, zamiast bazować głównie na publicznych funduszach, lepszym rozwiązaniem nie byłoby wprowadzenie opłat także na studiach stacjonarnych? W ten sposób funkcjonuje większość zachodnich uczelni. Wpływy z czesnego zasilają uniwersyteckie budżety, a pozyskane w ten sposób środki mogą zostać wykorzystane na podniesienie poziomu kształcenia.

Skostniały system finansowania polskiego szkolnictwa wyższego także powoli zaczyna kruszeć. Z początkiem 2015 roku w życie weszło nowe rozporządzenie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, określające zasady finansowania uniwersytetów i uczelni wyższych. Wcześniej wysokość wsparcia w największym stopniu zależała od tzw. stałej przeniesienia, która przed dwoma laty wynosiła aż 0,77. Wskaźnik ten określał, że uczelnia, otrzymująca w danym roku dotację w wysokości np. 100 mln zł, niezależnie od prezentowanego poziomu naukowego miała zagwarantowane minimum 77 mln zł także w roku następnym. Takie podejście premiowało głównie uczelnie z długą tra-dycją kształcenia i prowadzenia badań, a szkodziło młodym dynamicznym placówkom.

Najlepsi dostają najwięcej

Wraz z nowymi przepisami dominującym kryterium stała się tzw. kategoria naukowa, oceniająca potencjał naukowy poszczególnych jednostek naukowych (tj. przede wszystkim wydziałów działających w obrębie danej uczelni). Na uzyskaną notę wpływ miały cztery kryteria: osiągnięcia naukowe i twórcze, prezentowany potencjał naukowy danej jednostki, materialne efekty działalności naukowej oraz efekty prowadzonych działań edukacyjnych. W 2014 roku oceniono blisko 1000 jednostek naukowych, którym przyznano noty według skali od A+ do C. Zaledwie 37 z badanych uzyskało najwyższą możliwa kategorię (A+). Kolejne 300 jednostek uznano za bardzo dobre (A). Najwięcej, bo ponad 540 było natomiast placówek z notą B, oznaczającą poziom zadowalający. Negatywną ocenę C uzyskało 77 podmiotów. Ministerstwo przywiduje, że kwota dotacji bazowej dla najlepszych jednostek będzie niemal cztery razy wyższa od tej, którą uzyskają najsłabsze wydziały. Jest więc o co walczyć.

Uczelnie publiczne muszą zabiegać o studentów?

Na wysokość dotacji wpływa także tzw. składnik studencko-doktorancki. Mówiąc krótko – im więcej studiujących, tym wyższa kwota publicznej dotacji. Takie zasady budzą jednak dużo kontrowersji – głównie we władzach uczelni. Środowisko akademickie oskarża ministerstwo o brak dbałości o jakość edukacji. Jeśli wysokość wsparcia uzależni się od liczby studentów, uczelnie celowo podwyższą limit przyjęć na poszczególne kierunki oraz obniżą stawiane wymagania. Tymczasem MNiSW tłumaczy, że dotacja przyznawana jest nie na podstawie nominalnej liczby studentów, ale jako odsetek wszystkich osób kształcących się na polskich uczelni wyższych w danym roku. Dla przykładu – jeśli w danym roku studiowało w całym kraju 1,5 mln osób, a uczelnia skupiała w swoich mu-rach 15 tys. studentów – stanowiło to 1 proc. ogółu. To właśnie ten odsetek, a nie liczba studiujących stanowił podstawę do udzielenia dotacji.

Taki sposób kalkulacji jest konieczny, ponieważ liczba osób korzystających ze szkolnictwa wyższego jest każdego roku inna. W rekordowym 2005 roku było to 1,9 mln osób. Obecnie mamy w Polsce o 300 tys. studentów mniej.

Nie samą dotacją uczelnia żyje

Uniwersytet Warszawski – największa polska uczelnia, kształcąca ponad 50 tys. studentów – dysponował w 2014 roku łącznym budżetem na poziomie 1,3 mld zł, z czego budżet naukowy wynosił blisko 400 mln zł. Podstawowymi źródłami przychodów Uniwersytetu, obok rządowej dotacji, były wpływy z czesnego oraz fundusze pozyskane na badania naukowe. Według opracowania „Skąd się biorą pieniądze na uczelni?” środki z budżetu państwa stanowiły nieco ponad 37 proc. przychodów UW. Za jedną czwartą wpływów odpowiadały fundusze przeznaczone na działalność badawczą, a przychody z tytułu prowadzenia płatnych kierunków studiów wniosły do budżetu nieco ponad 20 proc. Mniejsza była rola dotacji pocho-dzących z unijnych oraz państwowych instytucji naukowych, a także z funduszu pomocy materialnej dla studentów i doktorantów. Inne polskie uniwersytety były uzależnione od państwowej pomocy w jeszcze większym stopniu – dotacja stanowiła w ich przypadku ponad połowę posiadanych budżetów. Dalsze 15 proc. zapewniły wpływy z uzyskanych grantów.

Kieszeń nauczyciela akademickiego

Tylko w ubiegłym roku nauczyciele akademiccy zatrudnieni na państwowych uczelniach otrzymali łącznie ponad 1 mld złotych podwyżki. W przeliczeniu na pojedynczego pracownika skala podwyżek w okresie 2013–2015 wyniosła łącznie aż 20 proc. Obecnie minimalne wynagrodzenie zasadnicze profesora zwyczajnego wynosi 5390 zł brutto miesięcznie. Oprócz tego przysługują mu liczne dodatki: 13. pensja, dodatek stażowy czy za opiekę nad dyplomantami. W rzeczywistości wynagrodzenia są więc wyższe. Według informacji MNiSW przeciętne wynagrodzenie profesorów zatrudnionych na publicznych uczelniach wynosi blisko 9000 zł. Zarobki większości z rektorów są już pięciocyfrowe. Znacznie mniej zarabiają natomiast adiunkci ze stopniem doktora oraz asystenci, którzy ukończyli jedynie studia magisterskie. Ich wynagrodzenie minimalne wynosi odpowiednio: 3820 zł oraz 2450 zł brutto. Z powodu niskich płac duża grupa pracowników naukowych dorabia na uczelniach prywatnych. Tam wysokość zarobków jest bardzo zróżnicowana i zależy m.in. od kondycji finansowej uczelni.

Jak się mają uczelnie za granicą?

Na Zachodzie uczelnie są bogatsze, a nauczyciele zarabiają więcej. Fundacja działająca w ramach Uniwersytetu Harvarda dysponowała w zeszłym roku kwotą równą 32,7 mld dolarów. Aktywa uczelni inwestowane były m.in. na rynkach finansowych oraz w nieruchomości. Uczelnia w przeliczeniu na jednego studenta dysponowała aż 24-krotnie większym budżetem naukowym niż ten, który ma UW. Najbogatsze europejskie uniwersytety – Cambridge i Oksford – posiadały natomiast aktywa na poziomie 7–8 mld dol. Wyższe były także zarobki wykładowców. Według danych European University Institute w 2010 roku profesor w Stanach Zjednoczonych zarabiał średnio równowartość prawie 5800 euro (ok. 25 tys. zł). Jeszcze więcej płacono na Wyspach Brytyjskich i w Kanadzie (około 6000 euro). Lepiej w porównaniu ze swoimi polskim kolegami zarabiają także niemieccy profesorowie – mogą liczyć przeciętnie na ponad 3700 euro miesięcznie.

Płatna czy darmowa edukacja?

Wysokie budżety zachodnich uczelni wynikają w dużej mierze z zupełnie innej struktury finansowania. W Polsce studia stacjonarne na państwowych uczelniach są bezpłatne. W Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Bryta-nii płaci się za każdy rodzaj pobieranej nauki, a opłacenie czesnego stanowi dla przeciętnych obywateli bardzo poważny wydatek. Na Uniwersytecie Harvarda jego wysokość w roku akademickim 2015/2016 wynosi ponad 43 tys. dolarów. Sama uczelnia podaje jednak, że szacunkowy koszt studiowania (po uwzględnieniu kosztów życia czy obowiązkowych ubezpieczeń) przekracza 70 tys. dolarów na rok (prawie 280 tys. złotych). W naszym kraju opłaty za studia pobierane są natomiast jedynie w przypadku studiów niestacjonarnych oraz wieczorowych. Ich przeciętna wysokość w skali roku rzadko kiedy przekracza jednak 10 tys. złotych.

Niepewna przyszłość uczelni prywatnych

Wraz z malejącą liczbą studentów pogarsza się sytuacja uczelni prywatnych. One nie dostają pomocy ze środków publicznych: według orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego jest to bowiem sprzeczne z prawem. Dla ponad 320 prywatnych uczelni działających w Polsce głównym źródłem dochodu pozostają przychody z czesnego. Wraz z nadchodzącym niżem demograficznym spada jednak liczba studentów i większości prywatnych szkół wyższych grożą poważne problemy finansowe. No może poza nielicznymi potentatami, ta-kimi jak warszawska Akademia Koźmińskiego czy stołeczna SWPS. Z rejestru prywatnych uczelni wyższych prowadzonego przez MNiSW już zniknęło blisko 60 uczelni, a dalsze 33 są na etapie likwidacji. W przyszłości może być jeszcze gorzej.

Według szacunków w 2030 roku liczba studentów w Polsce spadnie o następne 300 tys. Szansą dla prywatnych szkół byłyby m.in. publiczne dotacje. Żeby je jednak mogły dostawać – jak uznał w 2013 roku Trybunał Konstytucyjny – potrzebna jest ustawa, a nie jak dotychczas rozporządzenie. Zdaniem środowiska to niewielki krok naprzód, ale prywatne uczelnie muszą pokonać jeszcze długą drogę do państwowych funduszy. Na razie mogą liczyć jedynie na wsparcie przyznawane w formie pomocy socjalnej dla osób niepełnosprawnych oraz studentów w trudnej sytuacji materialnej.

Jednakże takie są prawa rynku, a ingerencja w sektor prywatnego szkolnictwa wyższego zamiast pomóc, mogłaby tylko zaburzyć zasady wolnej konkurencji.

Artykuł pochodzi z nr 2/2016 Eurogospodarki

Dodaj nowy komentarz

Plain text

  • Znaczniki HTML niedozwolone.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
Graficzne pułapki CAPTCHA
Wprowadź znaki widoczne na obrazku.