Oszustwa nazywane pomyłkami

Czas czytania
5 minut
Przeczytałeś już
Odsłony
1 835

Oszustwa nazywane pomyłkami

29 Luty 2016 - 07:20
Kategoria:
0 Komentarze/y)

Komornik jedynie pisemnie wzywa dłużnika do opuszczenia lokalu, a gdy ten sam się wyprowadzi, nalicza opłaty egzekucyjne tak, jakby przeprowadził przymusową eksmisję. Nawet kilkanaście tysięcy złotych.

Dlaczego tak się dzieje? Bo w art. 51 ustawy o komornikach sądowych i egzekucji jest luka prawna. Powinna zostać w nim dopisana stawka opłaty za „eksmisję” w sytuacji, gdy dłużnik wezwany przez komornika sam się wyprowadził w wyznaczonym terminie. Komornik zaś nic robić nie musiał. Ale jest tam tylko określony jeden rodzaj opłaty za „wprowadzenie w posiadanie nieruchomości i usunięcie z niej ruchomości i osób”, czyli eksmisję przymusową. Wynosi 40 proc. przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego. Dziś opróżnienie jednego pomieszczenia (zwanego w prawie egzekucyjnym izbą) kosztuje dłużnika prawie 1600 zł. Rzecz w tym, ilu izb dopatrzy się komornik. Nawet jeśli wszystko zrobi zgodnie z prawem to i tak bulwersujące jest to, że dostaje pieniądze za niezrobienie niczego. Oprócz wysłania do dłużnika nakazu wyprowadzki.

Leśniczówka przysługuje czasowo

Pierwszy raz z taką niby-eksmisją zetknęłam się dwa lata temu. Tu muszę zastrzec, że wówczas pobieranie tych opłat można było uznawać za zgodne z prawem, choć już wtedy Trybunał Konstytucyjny w 2011 roku orzekł: „Opłata egzekucyjna nie może pozostawać w rażącej niewspółmierności do nakładu pracy komornika i uzyskanych przez niego efektów”. Ale wielu komorników to po prostu ignorowało. Dziś też naliczają sobie pełne opłaty.
Eksmisję sprzed dwóch lat u Elżbiety i Piotra Strzałkowskich przeprowadzał komornik Robert Damski, wtedy jeszcze rzecznik prasowy Krajowej Rady Komorniczej. O naliczonych kosztach dłużnicy się dowiedzieli, a ja od nich, kiedy komornik zajął konto Strzałkowskiego i zaczął zabierać mu po 1000 złotych miesięcznie.

Elżbieta i Piotr Strzałkowscy to ludzie dobrze po pięćdziesiątce. On jest chory na stwardnienie rozsiane. Ponad 35 lat mieszkali w leśniczówce we wsi Zgniłocha pod Olsztynem. Pan Piotr pracował jako leśniczy w Nadleśnictwie Jedwabno (woj. warmińsko-mazurskie). W 2009 roku choroba zmusiła go do przejścia na rentę. Kiedy leśniczy odchodzi ze stanowiska, musi opuścić leśniczówkę w ciągu pół roku. Jeśli nie ma gdzie się podziać, Lasy Państwowe mają mu zapewnić lokal zamienny położony w tej samej gminie o takim samym standardzie. Ale nadleśnictwo wskazało Strzałkowskim dom w Uścianku, w gminie Janowo. – Budynek na dawnym poligonie wojskowym, gdzie przeprowadzano próby chemiczne. W samym środku lasu. Prowadził do niego dukt leśny. Zimą nieprzejezdny. Pustkowie. Najbliższy sąsiad o kilka kilometrów. Telefony komórkowe w Uścianku nie mają zasięgu – wspominał leśniczy. Z jego chorobą nie dało się tam mieszkać. Strzałkowscy nie zgodzili się na tę lokalizacje i tak jak to w takich przypadkach bywa nadleśnictwo skierowało pozew o eksmisję. Trafił do Sądu Rejonowego w Olsztynie. 15 lipca 2010 roku zapadł wyrok: eksmisja z prawem do lokalu socjalnego, bo leśniczy jest chory. Ale lokalem socjalnym miał być znów ten sam dom na poligonie w Uścianku. I znów sprawa kotłowała się po sądach i urzędach i instytucjach nie tylko w Olsztynie.

W lutym 2011 roku otrzymali po raz pierwszy od Roberta Damskiego, komornika przy Sądzie Rejonowym w Lipnie, wezwanie do dobrowolnej wyprowadzki. Na razie nie skończyło się eksmisją, bo sąd postępowanie zawiesił. Wreszcie wiosną 2013 roku udało się Strzałkowskim wynegocjować domek w tej samej gminie, blisko do Olsztyna, lekarzy i szpitala. 19 marca Strzałkowscy dokument najmu podpisali i po tygodniu sami wyprowadzili się do nowego domu. I tu zaczyna się nibyegzekucja. W przeddzień podpisania umowy najmu (18 marca) Robert Damski wysyła do Strzałkowskich kolejne wezwanie do dobrowolnego opuszczenia leśniczówki. I nakazuje przeprowadzkę na poligon. Leśniczy traktował to wszystko jak pomyłkę. Do czasu. W połowie maja Strzałkowscy dostali zawiadomienie, że mają zapłacić komornikowi 12 tys. 877 zł kosztów przeprowadzenia egzekucji!

Pytany przeze mnie Damski o to, dlaczego nalicza, choć niczego nie zrobił, stwierdził, że ma prawo, i odesłał mnie do uchwały Sądu Najwyższego z 14 grudnia 2001 roku. I jak się okazało ona właśnie dobrze tłumaczy, o co chodziło. Otóż przy eksmisjach komornik najpierw dostaje od właściciela lokalu zaliczkę na poczet opłat i wydatków. Nadleśnictwo jeszcze w lutym 2011 roku zapłaciło Damskiemu prawie 13 tys. zł na poczet kosztów eksmisji Strzałkowskich. Jeśli komornik nie przeprowadzi eksmisji, musi część zaliczki na opłaty zwrócić. Ale wspomniana uchwała daje mu możliwość, by zwrócił zaliczkę nie ze swojej kieszeni, ale z kieszeni eksmitowanego. Pod warunkiem że doręczy eksmitowanemu wezwanie do dobrowolnego wyprowadzenia się. I tak też komornik próbował sprawę załatwić. A kiedy opłaty i koszty naliczył, zaczął je szybko egzekwować. Kiedy sprawa po mojej publikacji nabrała medialnego rozgłosu, komornik musiał się z części kosztów wycofać. Bo jeszcze, jak się na koniec okazało, namnożył opróżnianych izb i tym samym kosztów. Zapewniał, że przez pomyłkę.

Kawalerka po cioci

Podobna historia w listopadzie 2015 roku przytrafiła się pani Monice, matce trojga dzieci. Mieszkała w poznańskiej komunalnej kawalerce (bez centralnego ogrzewania i ciepłej wody). Mieszkanie było po ciotce. Czynsz wynosił 400 zł, ale gdy budynek przejął prywatny właściciel, czynsz wzrósł do 1500 złotych. A że lokatorka nie miała ani pieniędzy, ani umowy najmu, sąd orzekł eksmisję. Komorniczka wyznaczyła ją na 29 listopada. Lokatorów z tak zwanych prywatnych zasobów mieszkaniowych nie obejmuje okres ochronny od 1 listopada do 30 marca, zawsze można ich wyrzucić na ulicę. Po wielu staraniach pani Monika zyskała prawo do lokalu socjalnego. Potem gmina znalazła jej pomieszczenie tymczasowe, by tam poczekała na mieszkanie komunalne. A kiedy pani Monika dostała dach nad głową tuż przed wyznaczonym terminem eksmisji spakowała się i z kawalerki wyniosła. I nawet nie przypuszczała, że będzie musiała płacić pełne koszty eksmisji. Poznańska komorniczka Gabriela Gogola-Kulesza prowadząca to postępowanie wyliczyła koszty na 5830 zł. Końcowe postanowienie o ich wysokości sporządziła... 2 listopada, czyli prawie cztery tygodnie przed eksmisją, choć postanowienie może dotyczyć jedynie kosztów, które już powstały. Komorniczka obciążyła dłużniczkę: kosztami opróżnienia trzech izb – ponad 3,8 tys. zł, wynagrodzeniem dla osób uczestniczących w eksmisji między innymi ślusarza – ponad 300 zł, opłatą za asystę policji. Choć eksmisji nie było. Nie przeszkadzało jej, że kilka dni wcześniej Trybunał Konstytucyjny uznał, że przepisy dotyczące opłat za niby-eksmisje są niekonstytucyjne.

Czy komorniczka prawidłowo naliczyła koszty, które miała ponieść dłużniczka? – spytałam w poznańskiej Izbie Komorniczej. – Wątpliwości budzi kwestia ich wysokości oraz „adresata” kosztów egzekucyjnych – odpowiedział Marek Grzelak, rzecznik prasowy Izby Komorniczej w Poznaniu. – Z uzyskanych z kancelarii komorniczej wyjaśnień wynika, iż nastąpiła „niedokładność i nieprawidłowość w postanowieniu pierwotnie wydanym”. Dalej usłyszałam, że komorniczka po ponownym przeanalizowaniu sprawy uznała, iż koszty naliczyła prawidłowo, jednak źle „została wskazana strona postępowania nimi obciążona oraz kwota, którą dłużniczka musi zwrócić wierzycielowi”. Jak duża była ta pomyłka? 1745 zł plus 22 proc. VAT. Tyle bowiem, zgodnie z przepisami, zapłacić musiał wierzyciel, a nie dłużnik. Poznańskiej Izbie Komorniczej nie podobała się cała egzekucja i postanowiono przeprowadzić kontrolę w poznańskiej kancelarii komorniczej. Po mojej dziennikarskiej interwencji Gogola-Kulesza obiecała obniżyć koszty, jakie poniesie Monika. O ile? Tylko o te 1745 zł. A czy czasem opłaty w takim razie nie powinny zostać zmiarkowane? – Dłużniczka powinna złożyć w kancelarii komorniczej wniosek o zmiarkowanie – zgadza się Grzelak.

Przepisy do szybkiej zmiany

Jeśli posłowie nie zmienią szybko przepisów, to następni dłużnicy będą płacili za eksmisje, których nie było. Nawet po kilkadziesiąt tysięcy złotych. Znam historię z Warszawy, w której komornik, eksmitując jedynie na papierze lokatorkę z jednego mieszkania (reszta od lat stała pusta), doliczył jej koszty opróżnienia wszystkich pomieszczeń. Wyszły tysiące złotych.

Ale wróćmy do spraw państwa Strzałkowskich i pani Moniki. Mają po dwa wątki. Pierwszy to nieprawidłowo naliczone koszty. Drugi to pytanie, jakie opłaty za opróżnianie pomieszczeń, zanim Sejm nie zmieni art. 51 ustawy o komornikach sądowych i egzekucji, powinni pobierać komornicy w sytuacji, gdy nie doszło do przymusowej eksmisji?

– Odpowiedź jest prosta. Powinni pobierać opłaty miarkowane zgodnie z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego z 2011 roku – mówi Lidia Staroń, niezależna senator zajmująca się od lat prawem egzekucyjnym. Staroń nieraz składała projekty rozwiązań, które mogłyby zapobiec takim jak wyżej opisane sytuacjom. Robiła to jeszcze w czasach, gdy była posłanką PO. Ale sejmowa Komisja Sprawiedliwości i Praw Człowieka tak długo je procedowała, że zdążyła skończyć się sejmowa kadencja.

– A przecież to są niezwykle ważne dla ludzi przepisy – podkreśla senator.

Artykuł pochodzi z nr 2/2016 Eurogospodarki

Dodaj nowy komentarz

Plain text

  • Znaczniki HTML niedozwolone.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
Graficzne pułapki CAPTCHA
Wprowadź znaki widoczne na obrazku.