Piłka toczy się w długach

0
3

Europejskie kluby zadłużone są po uszy, jednak nie ma to najczęściej większego wpływu na ich funkcjonowanie, bo długi stanowią ledwie mały odsetek ich rosnącej wartości rynkowej. Poważne kłopoty dotyczą nielicznych.

Piłka nożna to dzisiaj biznes, wokół którego krążą ogromne pieniądze. Można na nim zarobić krocie, a że jak każdy podlega prawom rynkowym, to też kryzysy go nie omijają. Przeinwestowanie grozi finansowym krachem. Czy zatem kluby piłkarskie są dobrą inwestycją, skoro osiągnięcie zysku w dużej mierze zależy od nieprzewidywalnego sukcesu sportowego? Ryzyko jest duże, o czym w ostatnich latach mogły przekonać się tak uznane firmy jak AC Parma we Włoszech czy Glasgow Rangers w Szkocji, zdegradowane w swych krajach do czwartej ligi. W Polsce długi doprowadziły do upadku byłych mistrzów kraju: Widzew Łódź, Polonię Warszawa i ŁKS Łódź.

Sukces powodem problemów

W świetle informacji o tym, że Manchester City skłonny jest zapłacić Barcelonie za Lionella Messiego 120, a może nawet 150 mln euro, a Paris Saint-Germain madryckiemu Realowi 100 milionów odstępnego za Cristiana Ronaldo, wydawać by się mogło, że europejski rynek futbolowy ma się całkiem nieźle i jego giganci kryzys mają już za sobą. Ma to związek z wejściem do gry arabskich szejków, inwestujących w wielkie piłkarskie firmy.
A jeszcze na początku tej dekady zadłużenie takich futbolowych potęg, jak Real, Barcelona czy Manchester United i Arsenal Londyn, sięgało setek milionów euro. Żeby choć w części je pokryć, Królewscy rozważali nawet sprzedaż terenów, na których znajduje się ich baza treningowa. Tylko wobec fiskusa zadłużenie hiszpańskich klubów Primera Division, ligi uznawanej za najlepszą na świecie, w najgorszym okresie sięgało pół miliarda euro. Natomiast zadłużenie klubów I i II ligi wobec wszystkich wierzycieli szacowane jest na 4,5 mld euro. Widmo bankructwa zajrzało w oczy przede wszystkim nie potentatom, lecz mniej utytułowanym zespołom, takim jak Sporting Gijon, Racing Santander, Villareal, Deportico La Coruna, Athletic Bilbao. Niemniej jednak w poważnych tarapatach znalazły się też kluby z czołówki – Valencia i zwłaszcza Atletico Madryt, które w 2014 roku fetowało mistrzostwo Hiszpanii i awansowało do finału Ligi Mistrzów. Okazało się jednak, że sukces na boisku wcale nie przekłada się na zyski, a niekiedy jest wręcz przeciwnie, stanowi on źródło problemów. Najlepszy rok w swojej historii Atletico zakończyło, mając ok. 100 mln długu wobec skarbówki. Sytuację w awaryjnym trybie próbowano ratować spektakularnymi transferami, m.in. Diego Costy, sprzedanego do Chelsea za ok. 40 mln euro.

Nierówny podział telewizyjnego tortu

W nie mniejszym stopniu zalegają z kumulującymi się od lat długami ci najwięksi w Primera Division – Real i Barcelona, ale dla nich to niewiel-kie zmartwienie. W sezonie są bowiem w stanie wygenerować na tyle duże wpływy, by nie tylko wystarczyło na spłacenie rat, ale także na codzienne funkcjonowanie klubu. Mogą też liczyć na pomoc banków, na przykład przy finalizowaniu transferów, bo wiadomo, że ich dochody utrzymają się na wysokim poziomie, a wartość rynkowa marki ciągle ma tendencję rosnącą. Poza tym sytuacja w Hiszpanii jest wyjątkowa ze względu na podział zysków ze sprzedaży praw do transmisji telewizyjnych, stanowiących znaczącą część klubowych budżetów. Drużyny Primera Division sprzedają stacjom te prawa na własną rękę i efekt jest taki, że dwie z nich – właśnie Real i Barcelona – zabierają z tego tortu ponad 150 mln euro, czyli tyle, ile pozostałe 18 zespołów. Daleko w tyle za nimi jest trzecia Valencia, która inkasuje 40 milionów. Liczy się medialność poszczególnych klubów i ich gwiazd, nade wszystko Leo Messiego i Cristiana Ronaldo. Jak policzono, argentyński geniusz ściąga dla Barcy każdemu klubowi ponad 25 proc. wpływów z reklam.

Podobna zasada sprzedaży praw do transmisji przez każdy klub z osobna obowiązuje we włoskiej Serie A, ale nie ma tam tak dużych dysproporcji, jak w Hiszpanii. Juventus Turyn, Inter Mediolan czy Milan otrzymują jedną trzecią całej kwoty, czyli trzy razy więcej niż ostatnia drużyna w lidze. Jak się okazało, przyznana kwota nie wystarczyła, by uratować przed bankructwem drużynę AC Parma, której upadłość włoski sąd ogłosił w 2015 roku. Klubu, który w 1993 roku wywalczył Puchar Zdobywców Pucharów, nie było stać nawet na opłacenie rachunków za energię elektryczną.

10 mln funtów za mecz!

Wpływy ze sprzedaży praw do transmisji telewizyjnych mogą w niedalekiej przyszłości zburzyć dotychczasowy porządek na europejskim rynku futbolowym. Zapewne doprowadzą do tego zmiany, do jakich doszło w Anglii. W wyniku renegocjowania umowy kluby Premier League za prawa do pokazywania ich meczów przez telewizje Sky Sports i BT zarobią przez trzy sezony ponad 5 mld funtów (ok. 7 mld dolarów), nie licząc kontraktów na rynek azjatycki i w USA, gdzie angielska liga cieszy się największą oglądalnością. Oznacza to tyle, że już jesienią 2016 roku każda transmisja z meczu angielskiej ekstraklasy będzie kosztowała około 10 milionów funtów. Jakże niewinnie wygląda przy nich 50-funtowy banknot, jaki w 1965 roku za transmisje w całym sezonie płaciła klubom BBC…

Ale dzisiaj Premier League to licząca się gałąź gospodarki brytyjskiej, wzbogacająca ją o blisko 3,5 mld funtów rocznie. Jak policzyli eksperci firmy doradczej EY, dochody pochodzące tylko z podatków wyniosły w 2014 roku 2,4 mld. Nie można też lekceważyć społecznych aspektów istnienia Premier League, dzięki której zatrudnienie ma ponad 103 tys. osób. Ponadto rozgrywki angielskiej ligi w sezonie 2014/2015 ściągnęły na mecze ok. 800 tys. turystów zagranicznych, a miesięcznie na zakłady bukmacherskie grający przeznaczają 285 mln funtów. Wpompowanie w angielską piłkę dodatkowych pieniędzy stworzy prawdziwą przepaść między angielskimi klubami a resztą Europy, chociaż już teraz ostatni zespół Premier League otrzymał z tytułu sprzedaży praw do transmisji dwa razy więcej pieniędzy niż uważany za krezusa mistrz Niemiec Bayern Monachium. Warto przy tym podkreślić, że na Wyspach wpływy od nadawców dzielone są między kluby według systemu 50-25-25. Połowa wynegocjowanej kwoty rozdzielana jest po równo, kolejne 25 proc. – w zależności od zajętego przez daną drużynę miejsca w tabeli, a pozostałe – według liczby meczów transmitowanych na żywo w telewizji.

Niewiele różni się system funkcjonujący w Niemczech, gdzie zyski z transmisji dzieli się z uwzględnieniem pozycji zajmowanych przez kluby w ostatnich czterech sezonach oraz liczby transmitowanych meczów w zagranicznych stacjach. Jednak wysokość telewizyjnego kontraktu – 2,5 mld euro na lata 2013–2017 – stanowi zaledwie jedną piątą tego, co zarobią w Anglii. Najlepsze drużyny – Bayern i Borussia Dortmund – za miniony sezon otrzymały po mniej niż 40 mln euro, Augsburg połowę z tego.

Na co spożytkują te niebotyczne pieniądze angielskie kluby? Owszem, stać je będzie – nawet te ze środka tabeli Premier League – na zakup piłkarzy z najwyższej półki. I nic dziwnego, że Manchester City oferuje Messiemu zarobki w wysokości 600 tys. funtów tygodniowo (ponad 31 mln rocznie), bo któż bogatemu zabroni? Przy nich blado wypada nawet propozycja arabskich właścicieli PSG dla Ronaldo – 350 tys. euro za tydzień. Dla porównania najlepiej zarabiającymi w Premier League są obecnie Eden Hazard (Chelsea), Yaya Toure (Manchester City), Wayne Rooney i Robin van Persie (obaj Manchester United), którzy wzbogacają swe konto o 180 tys. funtów tygodniowo.

Finansowe fair play

Jak tak dalej pójdzie, to 100-tysięczna pensja – oczywiście liczona w funtach – będzie normą na angielskich boiskach. Przy rosnących zyskach, kolosalne zadłużenie klubów nie ma większego wpływu na ich płynność finansową. Problem dostrzega jednak Europejska Federacja Piłkarska (UEFA), która od 2012 roku monitoruje przestrzeganie zasady finansowego fair play. Najogólniej rzecz ujmując, chodzi o to, by nie wydawać więcej pieniędzy, niż się zarabia. Zespołom, które reguły tej nie przestrzegają, grozi nawet wykluczenie z europejskich pucharów. Taką karę nałożono już na Malagę, a powodem były nieuregulowane zobowiązania wobec jej własnych pracowników. Mniej dotkliwe sankcje spadły m.in. na Barcelonę, której zarzucono nieprawidłowości przy transferze Brazylijczyka Neymara i zakazano kolejnych transferów w 2015 roku. Ukarano również Manchester City, gdyż angielski klub w 2012 i 2013 roku wydał o 151 mln funtów więcej, niż zarobił. Oprócz kary finansowej, Anglicy zobowiązali się do zarówno ograniczenia środków przeznaczanych na transfery, jak i niepodwyższania przez dwa lata pensji piłkarzy i innych pracowników.

Wedle informacji UEFA wprowadzenie finansowego fair play odnosi skutek. Kluby przede wszystkim znacząco redukują wydatki, a w konsekwencji również długi. Można jednak domniemywać, że nie dotyczy to tych najbogatszych, skoro ten sam Manchester City poważnie już myśli o transferze Messiego. Zapewne po stronie zysków klubowy księgowy zapisał już przyszłe wpływy z transmisji telewizyjnych…

Angielska euroliga

Siła przebicia angielskich klubów na rynku transferowym już dzisiaj jest nieosiągalna dla najbogatszych lig europejskich (Hiszpania, Niemcy, Włochy, Francja), a po rekordowych wpływach z telewizji będzie ona jeszcze większa. Rywalizować z nimi może jedynie kilka pojedynczych drużyn z Hiszpanii (Real, Barcelona), Niemiec (Bayern) czy Francji (PSG, Olympique Marsylia). Ale jednocześnie polityka finansowa klubów Premier League jest zadziwiająca, wręcz niezrozumiała. Mimo ogromnych zysków rokrocznie generują one wielomilionowe straty. Manchester City po zdobyciu mistrzostwa Anglii w 2014 roku zanotował 200 mln funtów deficytu, czyli tyle, ile za większościowe udziały w klubie zapłacił sześć lat wcześniej szejk Mansour bin Zayed. Chelsea, która triumfowała w Champions League, miała stratę 68 mln, a Liverpool w tym samym czasie zadłużył się na 50 mln funtów. Mimo że łączny zysk całej ligi ciągle rośnie i przekroczył 2,3 mld funtów, tylko 8 z 20 drużyn zakończyło tamten sezon na plusie. Nie lepszy był następny 2014/2015. Powód jest zasadniczy: ponad 1,5 mld funtów, czyli więcej niż połowę budżetu, pochłaniają zarobki piłkarzy, a prawie miliard angielskie kluby wydały na transfery. Jednak na potwierdzenie tego dominacją sportową nad zespołami hiszpańskimi już nie wystarczyło…

Owszem, zauważalna jest tendencja rosnących zysków, ale równocześnie przejadane są one na zaspokajanie coraz większych roszczeń zawodników. Jeśli więc nie nastąpi zamrożenie ich płac, co jest wielce prawdopodobne, futbol na Wyspach znajdzie się w punkcie wyjścia. Ale możliwy jest inny scenariusz, zgoła odmienny od zakładającego powstanie elitarnej euroligi, w której miałoby się znaleźć 20 najlepszych – czytaj: najbogatszych – klubów europejskich. W nowych okolicznościach finansowych taką dwudziestkę Anglicy mogliby stworzyć na własnym podwórku. Takie plany mają nadawcy telewizyjni, którzy z pewnością nie z pobudek charytatywnych coraz więcej pieniędzy inwestują w Premier League. Odzyskują je z nawiązką z abonamentów, sprzedaży dekoderów oraz z reklam. Niedługo może się więc okazać, że Liga Mistrzów wcale nie będzie im potrzebna do szczęścia. Czy taka centralizacja byłaby jednak korzystna dla futbolu na całym kontynencie, to już inna sprawa…

LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here