Ponad połowie Polaków to dynda

0
6

Wprawdzie rocznie polscy kierowcy otrzymują mniej więcej 4 miliony mandatów karnych, ale opłacają zaledwie 43 proc. z nich. Wysokość kar w każdym roku przekracza 100 mln zł. W budżecie państwa można je ujrzeć jako tzw. dochody niepodatkowe.

Nowy rząd od 1 stycznia 2016 roku odebrał straży miejskiej prawo do kontrolowania prędkości na ulicach. Fotoradary wyłączono. Tylko te prowadzone przez miasta, należące do Inspekcji Transportu Samochodowego, pozostały. Na jak długo? Poprzedni rząd zaplanował zmiany egzekucji podatkowej, byle tylko fiskus otrzymywał większy kęs tej daniny. Przemeblowanie administracji podatkowej miało zostać wprowadzone od 1 stycznia 2016 roku, ale posłowie z Prawa i Sprawiedliwości złożyli wniosek o przesunięcie tej daty o pół roku.

Liczy się kasa

– Nie zapłacę, nie zapłacę i już! – wściekał się Krzysztof, dziennikarz motoryzacyjny, gdy po raz nasty w ubiegłym roku ukarano go mandatem karnym. – Chłopcy radarowcy czają się w krzakach, w ostatniej chwili wyskakują z „suszarką” i bach! Trzy stówy w plecy. Prosiłem o pouczenie, tłumaczyłem, że alfa romeo giulietta nie potrafi „kulać się” 30 km/godz. Ale nic. Mandat i mandat. Jego zawodowa powinność polega m.in. na tym, że co kilka dni podstawiają mu nowe autko coraz to innej marki, a on ma jeździć i opisywać wrażenia. Byłoby fajnie, gdyby nie owe mandaty. A 30 km/h to jeździ i daewoo matiz, i ferrari testarossa. I zero porównań, chyba że chodzi o kolor. Krzyśka trafiono na drodze lokalnej, na której wolno jeździć do 90 km/h, a on przyznawał się „tylko” do nieco ponad 120 km/h. Dopiero na autostradzie wolno pędzić do 140 km/h. I w tym konkretnym przypadku zasadzka polega na tym, że za niewielkim, ale ograniczającym widoczność zakrętem pojawia się znak ograniczenia prędkości do owych 30 km/h. To wymusza bardzo ostre hamowanie. Zaraz potem radar. No i sypią się mandaty, sypią.

Obecnie ściąganiem należności z mandatów zajmują się urzędy wojewódzkie. Po wprowadzeniu w życie nowej ustawy uprawnienia mają przejść do urzędów skarbowych. Podobno 300 urzędników zostanie przeniesionych do izb skarbowych, gdzie będą dysponowali większymi możliwościami w dochodzeniu spłaty. Wpłaty do izb skarbowych zasilają kasę Ministerstwa Finansów. A tu – wiadomo: 500 złotych na każde dziecko, darmowe leki dla emerytów, skrócony wiek emery-talny itp. wydatki. Ktoś musi za to zapłacić. Kto? „Spójrz na budżet państwa, a zrozumiesz, że abstynenci to wywrotowcy!” – pisał Julian Tuwim w wydanym w 1958 roku zbiorze anegdot „Cicer cum caule” (co się tłumaczy: groch z kapustą). Autor pił do akcyzy na alkohol i papierosy. Dzisiaj do abstynentów dorzuciłby zapewne pieszych i byłoby OK. Wiele wskazuje, że system pobierania mandatów od zmotoryzowanych, wbrew hucznym deklaracjom oficjalnym, w o wiele mniejszym stopniu ma na celu poprawę bezpieczeństwa na drogach i ulicach niż poprawę stanu kasy państwa i/lub samorządów. Tym bardziej że to system mało szczelny, o czym można się przekonać w Internecie.

Światłem go, znakiem, a na dokładkę radarem

Choinki znaków drogowych, czasami zaprzeczających samym sobie, zdobią polskie drogi. Wszyscy kpią z tego idiotyzmu z całą pewnością niepoprawiającego stanu bezpieczeństwa i nic się nie zmienia. Dlaczego? Dlatego że stanowi to podstawę wymierzania mandatów. Druga przesłanka do tak surowej oceny: fotoradary. Radary stawiała władza centralna na drogach do niej należących, a lokalna – na pozostających w jej jurysdykcji. Gmina Biały Bór na północy kraju doszła do tego, że jedną szóstą jej rocznych wpływów do samorządowej kasy stanowiły dochody z sieci gęsto porozstawianych fotoradarów. Innym sposobem na poprawę stanu budżetu są tzw. semafory świetlne, czyli popularne światła czerwone. Jeśli odpowiednio wyreguluje się czas palenia się poszczególnych kolorów i ustawi funkcjonariusza zaraz za tak oznakowanym skrzyżowaniem to mandatowa manna sypie się z nieba – mało kto zdąży przejechać skrzyżowanie na zielonym, a wielu będzie próbowało przecisnąć się na żółtym czy nawet na czerwonym. Właśnie na to czeka funkcjonariusz z bloczkiem mandatowym. To obrazek codzienny z warszawskiego ronda de Gaulle’a czy Dmowskiego.

Radary stacjonarne, które znalazły się w rękach Inspekcji Transportu Samochodowego (a ta niebawem, choć dokładnie nie wiadomo kiedy) ma być zlikwidowana i wejść w struktury policji) w jednej części, a w drugiej – w administracji samorządowej, stały się maszynką do trzaskania mandatów. Radary stacjonarne, które znalazły się w rękach Inspekcji Transportu Samochodowego (a ta niebawem, choć dokładnie nie wiadomo kiedy) ma być zlikwidowana i wejść w struktury policji) w jednej części, a w drugiej – w administracji samorządowej, stały się maszynką do trzaskania mandatów. o wiele efektywniejszą pod względem finansowym niż policyjne patrole zmotoryzowane, bo odpadły koszty samochodu i paliwa. Miały jednak tę wadę, że tkwiły w tym samym miejscu. Miejscowi nie dawali się na nie złapać. Dodatkowym utrudnieniem okazały się spory między samorządem („to nasza kasa!”) a władzą centralną („te pieniądze powinny wpływać do budżetu państwa!”). W efekcie czego samorządowe urządzenia wyłączono od 1 stycznia 2016 roku. Część urządzeń zdemontowano (w stolicy – 35, z czego bodaj cztery jeszcze stoją unieruchomione). Już by się chciało zakrzyknąć: „Hulaj dusza, piekła nie ma!”, jednak w trosce o bezpieczeństwo na drogach, zastawiono następną pułapkę na niesfornych kierowców.

Odcinkowy pomiar prędkości, polegający na monitorowaniu dłuższego odcinka drogi, a nie tylko jednego punktu, już u nas funkcjonuje. Już zbiera żniwo. Za pomocą kamer urządzenia robią zdjęcia pojazdowi, który wjeżdża na dany odcinek, i rejestrują czas przejazdu. Gdy się okaże, że kierowca pokonał dystans zbyt szybko, będzie musiał zapłacić karę. Zanim system został uruchomiony we wszystkich przewidzianych lokalizacjach, przez miesiąc jego istnienia mandaty dostało już 1,5 tys. kierowców. Pomiar prowadzony jest na obszarze zabudowanym na odcinku do 10 km, poza nim nawet do 20 km. Odcinkowy pomiar prędkości na razie (w 2015 roku) uruchomiono w czterech miejscach: Łuszczowie w woj. lubelskim na drodze krajowej nr 82 (2,9 km), w Łosiowie w woj. opolskim na drodze nr 94 (2,158 km), na odcinku Zwierki–Zabłudów w woj. podlaskim na krajowej drodze nr 19 (3,880 km) oraz w Karniewie na Mazowszu, na drodze krajowej nr 60 (1,79 km). System funkcjonuje od niedawna, ale jak pokazują pierwsze statystyki jest bardzo skuteczny: złapał aż 1,5 tys. kierowców.

Kara bezkarna

Od 1 stycznia tego roku wszystko mocno się pokomplikowało. Internauci radzą: „Zapłacić trzeba tylko i wyłącznie za te mandaty za przekroczenie prędkości, wystawione przez straże miejskie i gminne, które uprawomocniły
się (czyli zostały przyjęte) przed 1 stycznia 2016 roku. List ze zdjęciem z fotoradaru i wezwaniem do wskazania kierującego to jeszcze nie mandat – taką korespondencję można teraz w zasadzie bez konsekwencji zignorować! Druga dobra wiadomość dla tych, którzy obawiają się kary, jest taka, że strażnicy nie będą już mogli skierować do sądu wniosku o ukaranie z paragrafu o »niewskazanie sprawcy«, czyli z art. 96 § 3 kodeksu wykroczeń. Przed podjęciem decyzji o niepłaceniu mandatu warto się jednak upewnić, czy przesyłka nie została nadana przez Canard*, czyli instytucję, która nadal jest uprawniona do ścigania sprawców wykroczeń
drogowych. Jeśli sprawa trafiła już do sądu, to niezależnie od tego, na jakim etapie się znajduje, o ile nie doszło do prawomocnego wyroku, powinna zostać umorzona! Biorąc pod uwagę dotychczasową działalność
wielu straży miejskich, trzeba się liczyć z tym, że do wielu kierowców po Nowym Roku dotrze korespondencja sugerująca, że powinni zapłacić karę za wykroczenia ujawnione przed wejściem w życie nowych przepisów – takie wezwania, o ile nie doszło do przyjęcia mandatu lub prawomocnego wyroku, będą jednak bezprawne”.

Wyniki kontroli NIK-u wskazują, że po upływie dwóch lat od wystawienia tytułu wykonawczego skuteczność egzekucji nie przekracza 2 proc. W województwie mazowieckim – z powodu przedawnienia należności
z mandatów karnych kredytowych od stycznia 2011 do czerwca 2012 roku nie zapłacono ponad 28 mln zł. Do budżetu województwa śląskiego w tym okresie nie wpłynęło 18 mln zł, a w pomorskim prawie 14 mln zł.
Od 30 października 2015 roku ułatwiono dostęp do zdjęć pochodzących z żółtych skrzynek fotoradarów. Kierowca nie musi już zabiegać o fotografię, która pozwala wskazać sprawcę wykroczenia, co było ważne zwłaszcza w firmach dysponujących dużą flotą pojazdów. Właściciel pojazdu powinien otrzymać zdjęcie z fotoradaru już w pierwszej korespondencji. W Łuszczowie system w ciągu trzech pierwszych tygodni funkcjonowania zarejestrował
700 kierowców, którzy nie dostosowali się do ograniczenia prędkości. W Łosiowie – 450 kierowców, w Zwierkach – 50, natomiast trzy pierwsze dni w Karniewie przyniosły 150 mandatów. O ile zmniejszyła się liczba wypadków w Łosiowie, Zwierkach, Łuszczowie czy Karniewie – nie wiadomo. Proszę popatrzeć: w powyższej informacji nie ma nic o bezpieczeństwie, jest tylko o karach dla kierujących bądź posiadaczy pojazdów. Wychodzi szydło z worka.

Trzy dowody na złe intencje prawodawcy

Nowe, wyższe kary dla właścicieli pojazdów bez ważnego ubezpieczenia OC oraz wzrost cen ubezpieczeń komunikacyjnych – to zmiany w prawie, które weszły w życie od stycznia 2016 roku. Za brak ubezpieczenia OC dłużej niż 14 dni właścicielowi – w zależności od zarobków i rodzaju posiadanego pojazdu – grozi kara nawet do 3700 zł. Tym, którzy w tym momencie przyklasną prawodawcy, przypomnę o pojawiającym się „ale”.

Pierwsze „ale” dotyczy rejestracji samochodu. Nowego czy starego, nieważne. Gdyby wydział komunikacji rejestrował pojazdy dopiero po okazaniu opłaconego ubezpieczenia OC (tak działają w Niemczech), byłoby po problemie. Ale nie byłoby za co karać! Więc o co tu chodzi? Drugie „ale” dotyczy stawek ubezpieczeniowych. Od lat karmieni jesteśmy przez towarzystwa asekuracyjne tą samą, już nudną śpiewką: że stawki ubezpieczeń
komunikacyjnych nie pokrywają wypłacanych odszkodowań; że wszyscy nagminnie oszukują, i właściciele aut, i warsztaty, a jedyni dobrzy w tym bagnie to ubezpieczyciele.

Po pierwsze, nikt nie pamięta czasów, kiedy firmy ubezpieczeniowe w Polsce wypłacały 100 proc. szkody. Podobno było to rok lub dwa po bitwie pod Grunwaldem. Po drugie, to po kiego grzyba spółki asekuracyjne zatrudniają rzesze rzeczoznawców starających się na wszelkie sposoby zedrzeć skórę zarówno z poszkodowanego, jak i ze sprawcy? Jest i trzecie „ale”, które objaśnił mi pewien były pracownik działu ubezpieczeń komunikacyjnych. Firmom asekuracyjnym wcale nie chodzi o zbilansowanie wpłat i wypłat w procesie odszkodowawczym! Im o wiele bardziej zależy na liczbie wpłacających. Ubezpieczeniowcy mają w ten sposób setki milionów na grę na giełdzie, na fundusze finansowe i inwestycyjne, obligacje Skarbu Państwa i dopiero z tego ciągną krociowe zyski! Nic dziwnego, że jak przychodzi niezguła, który auta nie potrafi poprowadzić bezkolizyjnie i chce rąbek kasy wydrzeć z towarzystwa ubezpieczeniowego, jego pracownicy z irytacją pokazują mu gest Kozakiewicza. I każą czekać. Mamy zatem swoistą spółkę państwa z zyskami z mandatów karnych i największego towarzystwa ubezpieczeniowego PZU, które pozostaje w gestii Ministerstwa Skarbu.

Walor trwałości

Ciągła zmienność reguł gry na mandatowym boisku przynosi mało spodziewane rezultaty: lekceważenie przewinień grożących taką karą, niską stopę uiszczeń mandatów karnych czy zaangażowanie dziesiątków ludzi w pracę, która w finale traci sens. Ktoś – z narażeniem zdrowia i życia – kontroluje kierujących, ktoś analizuje zdjęcia i wnioski o ukaranie, ktoś je doręcza i w życie wchodzą nowe uregulowania. Nie nawołuję do zniesienia mandatów karnych, nie nawołuję do ich niepłacenia. Nawołuję do zdrowego rozsądku i do niezmienności reguł. I tyle.

* Canard – (franc. kaczka); Centrum Automatycznego Nadzoru nad Ruchem Drogowym, jednostka ITD, współfinansowana przez Unię Europejską. Ustawia odcinkowe pomiary prędkości.

Artykuł pochodzi z nr 2/2016 Eurogospodarki

LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here