Świat plagiatuje Urbaniaka

Czas czytania
5 minut
Przeczytałeś już
Odsłony
1 650

Świat plagiatuje Urbaniaka

30 Wrzesień 2015 - 10:00
Kategoria:
0 Komentarze/y)

Największą polską karierę na światowym rynku muzycznym w ostatnich dziesięcioleciach zrobił przebój Michała Urbaniaka „Papaya Dance”. Szczególne triumfy odniósł w Ameryce Łacińskiej. Tam w 2007 roku zapanował wręcz szał na jego punkcie. W sumie powstało ponad 1800 wersji utworu i sprzedano kilkaset tysięcy płyt. Z Michałem Urbaniakiem rozmawia Andrzej Kazimierski.

  • Skomponować szlagier to marzenie każdego kompozytora. Jak się to Panu udało?

- Chyba tak, jak się tworzy wiele rzeczy – niespodziewanie. Był 1975 rok, kiedy to zupełnie przypadkowo – lub pod wpływem impulsu – będąc na przyjęciu u przyjaciela poszedłem do drugiego pokoju, by trochę pograć na pianinie. I tak powstała „Papaya”. Następnie Ula Dudziak, moja ówczesna żona, napisała do tej kompozycji słowa i oryginalna wersja wydana została przez wytwórnię Arista w autorskim albumie pt. „Urszula”. Już wtedy utwór spotkał się z dużym zainteresowaniem melomanów. To, co stało się 22 lata później, przeszło nasze oczekiwania. Okazało się, że to nie tylko ponadczasowa kompozycja, ale także światowy szlagier, który w różnych częściach globu jest grany do dzisiaj.

  • Czyli w tworzeniu przebojów czuje się Pan spełniony?

- Nie do końca i nie chodzi tu o moje oczekiwania artystyczne, bo ja, jak każdy twórca, chcę tworzyć coś nowego i coraz lepszego, to jest normalna sprawa. Ja czuję się w pewnym sensie okradziony z tego utworu. „Papaya” to szlagier znany na całym świecie, ale mało kto zna nazwisko jego prawdziwego autora. Ten utwór został wydany w różnych aranżacjach podpisanych przez ponad 40 osób jako jej kompozytorów. Na Filipinach, gdzie rozpoczął się szał „Papayi”, najwięcej zarobił facet, który wydał album pt. „The World’s Greatest Dance Steps”, w którym prezentuje m.in. różne wersje „Papaya Dance”. Album rozszedł się w 80 tysiącach egzemplarzy. Potem wystąpił w amerykańskiej telewizji w programie oglądanym przez ponad 12 mln ludzi. Kradzież jest podwójna, bo zarówno artystyczna, jak i finansowa. Należnych mnie i Uli tantiemów nie wypłacono. A są to naprawdę bardzo duże pieniądze, które otrzymuje ktoś zupełnie nieuprawniony.

  • Jak to możliwe, przecież świat muzyczny dba o przejrzystość praw autorskich. Istnieją pewne zasady, umowy?

- Tak, ale to zależy gdzie. Inaczej jest w USA czy w Europie, a inaczej w Azji i Ameryce Łacińskiej. Nam po wielu latach starań udało się jakieś niewielkie pieniądze uzyskać, m.in. z Filipin, ale sam koszt obsługi tej sprawy był bardzo duży. Walczymy o swoje, ale to jest trudna i droga walka.

  • A jakie efekty przynosi? Czy może jest to walka z wiatrakami?

- Z pewnością nie takie, jakich bym oczekiwał, ale są pewne efekty. Za te wersje, które są na mnie zarejestrowane, pieniądze wpływają. W najbliższym czasie ten utwór będzie oprawą muzyczną reklamy w telewizji meksykańskiej i z tego będą pieniądze z tytułu praw autorskich. Czyli coś się dzieje.

  • Czy gdzieś Pan i pani Ula Dudziak popełniliście błąd w oficjalnym określaniu swoich praw do tego utworu?

- Nie. Zachowane zostały takie same procedury jak zwykle. Po prostu tak wyszło. Pozostawały długotrwałe i drogie procesy sądowe. A w każdym kraju, mimo że na pierwszy rzut oka prawo autorskie jest podobne, to jednak różni się w niuansach.

  • Czyli mam z tego rozumieć, że inaczej jest w Polsce, a inaczej np. w USA.

- Trudno jest porównywać nasz polski rynek do amerykańskiego. Tamten ma najdłuższy, ponad 150-letni staż funkcjonowania w warunkach wolnej gospodarki rynkowej. Polski rynek ma dopiero ćwierć wieku. Więc to, co w USA robi się z przysłowiowego automatu, w Polsce jest wdrażane jako nowość. Tam jest pełna kontrola tego, co jest odtwarzane w mediach, na nośnikach elektronicznych, w Internecie. Z wszystkiego są odprowadzane autorskie tantiemy. Fakt, iż czasami są one beznadziejnie niskie, np. 0,003 centa za utwór, i twórca za światowy hit dostaje 3 tys. dolarów, ale są. W Polsce ten system też funkcjonuje, chociaż jeszcze wymaga korekt. Z tego, co wiem, zajmujący się tym ZAiKS bardzo się stara, by wszystko dobrze funkcjonowało. Ja nie narzekam. Za publikacje moich utworów systematycznie otrzymuję pieniądze.

  • Czy z tych pieniędzy muzyk może się utrzymać?

- To jest tylko dodatek. Muzycy zarabiają na czym innym, przede wszystkim na występach na dużych imprezach, festiwalach, na kompozycji na zamówienie, np. do filmu. Jeżeli działam w branży muzycznej, to oczywiste jest, że muzyka jest moim biznesem. Nam, artystom muzykom, jest o tyle trudniej, że sztukę tworzymy, wykorzystując emocje, a w biznesie potrzebny jest spokój i logika działania. Dlatego do takich spraw zatrudniamy menedżerów. Ja z muzyki żyję całkiem dobrze, ale na to pracowałem wiele lat.

  • A co Pana zdaniem należy zrobić, by twórczość muzyczna była uczciwie wyceniana i aby twórcy bez problemów otrzymywali należne im tantiemy od jej prezentacji?

- Jeżeli ma to dotyczyć klasycznych źródeł prezentacji muzyki, czyli radia, telewizji, płyt, to tu pewne zasady już wypracowano, chociaż z pewnością margines piractwa jest i możemy go tylko ograniczać, mam bowiem świadomość, iż go nie zlikwidujemy. Natomiast przyszłością są nowe nośniki do samodzielnego kopiowania muzyki po zakupieniu kodu do jej odtwarzania. Te nośniki sprawiedliwie przekazują muzykę od twórców do słuchacza. Skraca się drogę do odbiorców i eliminuje większość pośredników. Ja to propaguję i tak sprzedaję swoją twórczość.

  • Od kilku lat przekazuje Pan swoje doświadczenie muzyczne innym, młodym zafascynowanym jazzem i innymi formami muzycznymi.

- Urbanator Days to warsztaty, które już po raz dziewiąty organizuję w Łodzi. W tym roku odbędą się one na przełomie września i października. Jest to mój własny autorski projekt polegający na tym, że muzycy amatorzy i miłośnicy różnych form muzycznych przez dwa dni odbywają warsztaty pod okiem wybitnych artystów światowej sceny muzycznej. A w tym roku będą to naprawdę znaczące nazwiska światowego jazzu, soulu czy rapu. Między innymi grający na kontrabasie i gitarze basowej Al MacDowell, gitarzysta Femi Temowo, trębacz Michael „Patches” Stewart. Także w poprzednich latach gościłem na tych warsztatach artystów z najwyższej światowej półki. „Weź swój instrument i przyjdź”, pod takim hasłem zapraszam do uczestniczenia w tym wydarzeniu muzycznym. Udział jest bezpłatny. Warsztaty zakończy wspólny koncert – jam session, a po nim parada nowoorleańska uczestników warsztatów na ulicy Piotrkowskiej. To spotkanie sprawia, iż ludzie głębiej wchodzą w tajniki muzycznych form. Kilku dotychczasowych uczestników warsztatów jest dziś dobrej klasy muzykami. To mój wkład w propagowanie muzycznych pasji. Muzyka bez pasji nie jest prawdziwa.

  • Pańska kariera muzyczna to pasmo sukcesów – zasługa to talentu czy szczęścia?

- Różnie mi się w życiu układało, ale faktycznie bez talentu i szczęścia nie osiągnie się pewnych rzeczy. Ja bym do tego dołożył pasję oraz wytrwałość w jej realizacji. Za swój ogromny, może i największy sukces uważam to, że gram taką muzykę, jaka całe życie mnie pasjonowała – amerykańską czarną muzykę. Mnie murzyńscy muzycy uznali i zaakceptowali, cały czas gram z nimi. Uczę się od nich, a oni ode mnie. Mogę się pochwalić tym, że uznany w muzycznym środowisku magazyn „Down Beat” w plebiscycie na najwybitniejszego muzyka jazzowego przyznał mi laur zwycięzcy aż w pięciu kategoriach.

  • Kto dla pana jest wzorcem muzycznym?

- Całe życie Miles Davies. Miałem przyjemność nagrać z nim płytę „Tutu”. Nie mogę pominąć Louisa Amstronga, Charliego Parkera, Johna Coltrane’a, ale Miles zawsze był moim wzorem, także życiowym. Muzyka była jego życiem. Chociaż jedną rzeczą trochę mi się naraził. Powiedział kiedyś, że muzyka nie jest dla przyjaciół, wybiera się do niej najlepszych. To straszne, chociaż prawdziwe stwierdzenie. Ja tego nie potrafię się nauczyć. Zdarza się, że chętnie zamieniłbym jednego muzyka na innego, ale ten pierwszy, choć słabszy, to mój znajomy i oddany przyjaciel. A Miles twardo: „Muzyka nie jest dla przyjaźni". Ale to jest właśnie muzyczna pasja.

  • Jak Pan określiłby siebie jako muzyka, kim Pan jest: jazzmanem, kompozytorem, skrzypkiem, saksofonistą, biznesmenem?

- Wszystkim po trochu. Może to zabrzmi dziwnie, ale uznaje się za przedstawiciela amerykańskiego czarnego jazzu i za Amerykanina. W Nowym Jorku mieszkam od 40 lat i czuję się nowojorczykiem, chociaż urodziłem się w Warszawie i pierwsze 20 lat życia mieszkałem w Łodzi. Tworzyłem i tworzę różne formy muzyczne, w tym muzykę filmową. Udało mi się skomponować największy polski światowy szlagier. A co dalej, to się okaże. Plany mam szerokie.

Dodaj nowy komentarz

Plain text

  • Znaczniki HTML niedozwolone.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
Graficzne pułapki CAPTCHA
Wprowadź znaki widoczne na obrazku.