W filmowych kadrach

Czas czytania
12 minut
Przeczytałeś już
Odsłony
2 731

W filmowych kadrach

18 Czerwiec 2015 - 14:46
Kategoria:
0 Komentarze/y)

O tym, że „jest prawda czasu i prawda ekranu”, wiemy z kultowego „Misia” Stanisława Barei. Tak się składa, że w polskich filmach, w których mowa o giełdzie, prawda ekranu zazwyczaj radykalnie odbiega od prawdy czasu. Niestety.

Kadr z filmu „Ziemia obiecana”

Giełda jako samodzielny temat pojawia się w światowej kinematografii już od kilku dziesięcioleci. Takie obrazy, jak „Wall Street” z Michaelem Douglasem w roli Gordona Gekko czy oparty na prawdziwej historii „Spekulant” (tytuł oryginalny „Rogue Trader”), stały się klasykami kina. Wielkie afery i spektakularne krachy giełdowe zawsze potęgują zainteresowanie filmowców rynkiem kapitałowym. Właśnie dlatego po 2008 r., który był początkiem największego w ostatnich latach kryzysu finansowego, mieliśmy prawdziwy wysyp filmów, w których główne role grali maklerzy, inwestorzy, papiery wartościowe i topniejące w mgnieniu oka gigantyczne fortuny.
Polskie filmy, których głównym tematem jest rynek kapitałowy, można jednak policzyć na palcach jednej ręki. Jeśli w takim zestawieniu uwzględnić także seriale, w jakich pojawiają się giełdowo-maklerskie motywy – trzeba by jeszcze dodać palce drugiej ręki. I to wszystko.
To, że filmowcy rzadko sięgają po tego rodzaju tematykę, wynika z kilku powodów. Jednym z nich jest to, że kursy akcji, wahania indeksów i zawieszenie obrotu (a są przecież także choćby kontrakty terminowe, notowania warranty czy niesymetryczne opcje), to materia na tyle zawiła, że zazwyczaj skutecznie zniechęca reżyserów i aktorów. Nie bez znaczenia jest również to, że z rynkiem kapitałowym mamy przecież w Polsce do czynienia zaledwie od nieco ponad 20 lat.
Za czasów PRL z przyczyn oczywistych nasi artyści filmowi nie mieli możności podejmowania tego typu tematyki. Film był wtedy – zgodnie z leninowskim sloganem – najważniejszą ze sztuk i miał zupełnie inne zadania niż prezentowanie socjalistycznemu społeczeństwu „świątyń kapitalizmu”, jak czasami określa się giełdy. Mimo to niewiele brakowało, aby na początku lat 60. Zbigniew Cybulski zagrał maklera giełdowego. Taką właśnie rolę w filmie „Zaćmienie” (tytuł oryginalny „L'eclisse”) chciał mu powierzyć włoski reżyser Michelangelo Antonioni. Ostatecznie jednak w niezdolnego do miłości brokera imieniem Piero wcielił się, niestety, nie nasz gwiazdor, ale francuski aktor Alain Delon.

Niczym ziemia obiecana

Z giełdą, a właściwie z czymś, co jest dziwnym połączeniem rynku giełdowego, kantoru wymiany i restauracji, mamy jeszcze do czynienia w nakręconej w połowie lat 70. przez Andrzeja Wajdę „Ziemi obiecanej”. W takim właśnie miejscu, w zgiełku i hałasie swoje interesy z wielkim powodzeniem załatwia jeden z trzech głównych bohaterów filmu, Moryc Welt, którego zagrał Wojciech Pszoniak.
Do tego właśnie obrazu nawiązuje nakręcony w 1999 r. przez Waldemara Dzikiego „Pierwszy milion”. I tu – podobnie jak w „Ziemi obiecanej” – trzech młodych i ambitnych bohaterów marzy o zdobyciu wielkich pieniędzy. Pod koniec XIX wieku w Łodzi jest na to jeden sposób: postawienie fabryki włókienniczej, i taką właśnie drogę obierają Welt, Karol Borowiecki (w tej roli Daniel Olbrychski) oraz Maks Baum (Andrzej Seweryn). Przeszło 100 lat później w Warszawie okazją na zrealizowanie takich marzeń staje się handel papierami wartościowymi. Frik (grany przez Szymona Bobrowskiego), Kurtz (Przemysław Sadowski) i Piki (Aleksander Siemczew) zaczynają więc najpierw obracać obligacjami, a później także notowanymi na warszawskiej giełdzie akcjami.
Bohaterowie „Ziemi obiecanej” przekonują się nawzajem: „ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic. To razem właśnie mamy tyle, w sam raz tyle, żeby założyć wielką fabrykę…”, bohaterowie „Pierwszego miliona” mają za to swoje: „kupmy ich, zanim oni kupią nas”.
Dziki pozwolił sobie nawet w jednej ze scen na swoisty cytat z dzieła Wajdy. W „Ziemi obiecanej” łódzcy fabrykanci w trakcie spektaklu pospiesznie opuszczają teatralne loże. Powodem, jak swoimi kanałami dowiaduje się Welt, są pogłoski o zawirowaniach na rynku bawełny i plajcie części fabryk. W „Pierwszym milionie” giełdowi inwestorzy dokładnie tak samo w popłochu wybiegają z kawiarni. Tu Kurtz przynosi przyjaciołom wiadomość, że to reakcja na gwałtowny spadek notowań akcji Żywca.
Jeden z bohaterów „Pierwszego miliona” – Piki – pracuje w bankowym domu maklerskim. Do jego zadań należy m.in. przekazywanie zleceń klientów biura na giełdę. Robi to, jeżdżąc trzy razy w tygodniu (w 1993 roku, kiedy toczy się akcja filmu, sesje na GPW odbywały się z taką częstotliwością) do dawnego Domu Partii z komputerową dyskietką. Widzom inwestorom, którzy pamiętają te zamierzchłe czasy, z pewnością łza się zakręciła w oku.

Przemoc, seks i papiery wartościowe

Dzieło Dzikiego przez wielu giełdowych graczy uważane za najlepszy polski firm opowiadający o rynku kapitałowym jest jednak przede wszystkim filmem sensacyjnym. Mamy tu więc przemoc i seks. Nie obywa się także bez ofiar śmiertelnych.
Dokładnie ten sam sensacyjno-kryminalny motyw spotykamy w nakręconym w roku 1998 „Amoku”. Fabularny debiut dokumentalistki Natalii Korynckiej-Gruz to opowieść o młodym dziennikarzu Maćku Kascie (zagrał go Rafał Maćkowiak), który dostaje od szefa polecenie przygotowania materiału radiowego o nowo powstałej giełdzie. Mimo początkowych oporów mechanizmy i tajniki rynku kapitałowego zgadza się mu pokazać wytrawny gracz Max (Mirosław Baka). Maciek z sukcesem inwestuje i w kilka tygodni zdobywa takie pieniądze, jakich jego przełożony nie zarabia przez rok. – Giełda wciąga coraz bardziej, fascynuje go świat wielkich pieniędzy, a wszystko inne – praca w radiu, dziewczyna – przestaje się liczyć. – Pieniądze to wolność i godność – utwierdza go w podjętych decyzjach Max. Maciek wpada w amok.
W obu obrazach mamy też giełdowych rekinów – klasyczny schwarz charakter. Sama giełda pokazana jest w tych filmach w kontekście nieuczciwości, złodziejstwa, oszustwa i afer.
– Sensacja zawsze sprzedaje się najlepiej. Czegokolwiek by więc dotyczył film, najlepiej oprzeć go właśnie na sensacji. Nie dziwię się, że dokładnie tak samo jest z filmami dotyczącymi giełdy – mówi Adam Maciejewski, były prezes GPW. Przyznaje jednocześnie, że bolą go wszelkie przekłamania dotyczące giełdy, z jakimi styka się w kinie. Najlepszym przykładem może tu być firm „Wirus” Jana Kidawy-Błońskiego z 1996 roku. Mamy tu atak terrorystyczny na system komputerowy warszawskiej giełdy, a zaraz potem na system sterowania ruchem podmiejskich pociągów. Skutkiem jest potężna katastrofa. W opinii Adama Rucińskiego, byłego członka rady warszawskiej giełdy, a dziś prezesa firmy doradczej BTFG, reżyserzy nie chcą po prostu pokazać na ekranie prawdy, tylko pewną własną wizję artystyczną dotyczącą rynków finansowych. – W polskich filmach o giełdzie nie ma więc ani ciężkiej, mrówczej pracy, ani godzin spędzonych nad sprawozdaniami finansowymi spółek, ani rzetelnej, dogłębnej analizy, ani śledzenia raportów bieżących. Są za to ogromne, łatwo zdobyte pieniądze – wylicza Ruciński. Według niego nikt jednak nie oczekuje, od reżysera, że będzie miał pogłębioną wiedzę na temat rynku kapitałowego.
– W polskim kinie faktycznie tematyka giełdowa jest zdominowana przez różne ekstremalne sytuacje – przyznaje Jarosław Dominiak, prezes Stowarzyszenia Inwestorów Indywidulanych (SII). – To typowe ślizganie się po temacie.
Maciejewski, choć również wolałby, aby w polskim kinie zobaczyć można było bardziej rzetelny obrazu giełdy, rozumie, że filmowcy będą nadal stawiać na sensację. – Trudno byłoby chyba nakręcić komedię na taki temat – zauważa eksprezes GPW.

Język sumeryjski łatwiejszy od giełdy

Nakręcony w 1993 roku remake przygód inżyniera Stefana Karwowskiego (życiowa rola Andrzeja Kopiczyńskiego), czyli serial „40-latek, 20 lat później” dowodzi, że można żartobliwie pokazać giełdę. W 10. odcinku zatytułowanym „Bliźniak, czyli pieniądz robi pieniądz” główny bohater postanawia zostać giełdowym inwestorem. Robi to namówiony przez Ewę (Agnieszka Pilaszewska), kolejną dziewczynę syna Marka (Wojciech Malajkat), która jest urzędniczką w Ministerstwie Przekształceń Własnościowych i ma giełdę w małym palcu.
Zrobienie z Karwowskiego giełdowego gracza było – widać to szczególnie wyraźnie, gdy dziś śledzi się jego perypetie – zabiegiem edukacyjnym. Gdy kręcono serial GPW miała dopiero dwa lata i wciąż była nowością, o której przeciętny zjadacz chleba miał blade pojęcie. Dzięki „40-latkowi…” widz z pewnością sporo się dowiedział o rynku kapitałowym. Mamy tu także wiele komediowych, a nawet groteskowych postaci i scen. Karwowski odwiedza więc m.in. Stanisława Kropaczkę (Lech Ordon). Za czasów PRL był on majorem i prowadził na studium wojskowym wykłady o upadku kapitalizmu, ale w III RP został biegłym rewidentem i sporządza prospekty emisyjne spółek wchodzących na GPW. Wizyta upewnia inżyniera, że należy kupić akcje firmy Unifarb. Niedługo po giełdowym debiucie papiery zaczynają jednak tracić na wartości i wtedy Karwowski postanawia jako akcjonariusz porozmawiać z szefostwem przedsiębiorstwa. Nie cieszy to dyrektora Unifarbu Macoszczaka. – Co się porobiło. Mamy tysiące akcjonariuszy i wszyscy chcą tu rządzić. Dawniej to przynajmniej było wiadomo, o co chodzi: jak z ministerstwa albo z KW to prosić, a teraz wszyscy są ważni – żali się sekretarce na wieść o tym, że za drzwiami jego gabinetu czeka akcjonariusz spółki.
Zamierzonych przerysowań jest tu zresztą znacznie więcej: – Wkuwam do egzaminu maklerskiego – wyjaśnia ojcu Marek Karwowski, który zajmuje się zawodowo martwymi językami. – Tam są takie zagadnienia z zakresu marketingu i wyceny rynkowej, że sumeryjski to jest kaszka z mleczkiem. Może jeszcze język prekolumbijskich Majów mógłby się równać ze względu na skalę trudności.
Niektóre sceny bawią dzisiaj w sposób zupełnie niezamierzony przez autorów serialu. – Tu jest giełda, tu decydują minuty! – ponagla makler Dorian (Paweł Iwanicki), wyczekujący decyzji inwestycyjnej klienta. Obecnie, gdy na wielu światowych rynkach, w tym również na giełdzie w Warszawie, możliwe jest dokonywanie transakcji wysokiej częstotliwości (czyli HFT, od angielskiego High Frequency Trading), które trwają zalewie milisekundy, powyższa deklaracja może tylko śmieszyć.

Rynek kapitałowy tylko dla młodych

Kiedy indziej Dorian zdradza 40-latkowi, że średnia wieku w biurze maklerskim, w którym pracuje, to zaledwie 26,8 roku. Bo tylko będąc w takim wieku, człowiek jest w stanie ogarnąć giełdową rzeczywistość. Przykładem na to był 37-letni kolega, który nie dał rady i musiał się rozstać z pracą w domu maklerskim. I tu autorzy serialu trafili w sedno. Igor Chalupec, jeden z pierwszych maklerów giełdowych w Polsce (nr licencji 45), późniejszy wiceminister finansów i prezes Orlenu, gdy GPW startowała był dyrektorem Centralnego Biura Maklerskiego Banku Pekao, największej tego typu instytucji w kraju. Podczas pierwszej sesji giełdowej w kwietniu 1991 r. nie miał nawet 25 lat. Jego koledzy z zespołu byli w podobnym wieku.
O początkach wolnego rynku w Polsce opowiada również serial „Sukces…” z 1995 r. Nie mogło w nim również zabraknąć motywu giełdy. W czwartym odcinku zatytułowanym „Zdjęcie rodzinne” odcinku pojawia się prezes powstającej właśnie Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie Rosiecki. Czy to przypadek, że jego nazwisko brzmi podobnie jak Rozłucki? Grający tę postać Piotr Kozłowski – tak, jak realny pierwszy szef GPW – nosi wielkie okulary i wąsy oraz czesze się do góry. Zasadnicza różnica polega na tym, że serialowy Rosiecki jeździ eleganckim mercedesem, a Wiesław Rozłucki – jak przyznał w jednym z wywiadów – miał wtedy samochód socjalistycznej produkcji.
Pamiętajmy, że zarówno serial „Sukces…”, jak i „40-latek, 20 lat później” kręcono w czasach, gdy GPW była w powijakach. Natomiast „Ekipę” wyprodukowano w 2007 r., czyli wtedy, gdy warszawska giełda mogła się pochwalić nastoletnią historią. A to właśnie w tym serialu aż roi się od najróżniejszych błędów i przekłamań dotyczących rynku kapitałowego i finansowego.

Pomieszanie z poplątaniem

Oto mamy niespodziewany krach na środkowoeuropejskich rynkach. Powodem jest Słowacja, a dokładniej to, że jej rząd oszukiwał Unię Europejską. Faktyczne zadłużenie kraju miało być ukrywane w budżetach różnych funduszy i agend rządowych. – Słowacja już dawno przekroczyła próg deficytu budżetowego na poziomie 60 proc. PKB. Wiadomość ta do dzisiaj była ukrywana przed Europejskim Bankiem Centralnym – tłumaczy serialowy ekspert w sprawach giełdy, wyjaśniając (rzekomo) w ten sposób radykalne spadki na giełdach w regionie. W tym odcinku załamuje się więc rynek w Bratysławie, potem w Budapeszcie i Wilnie, a następnie także w Warszawie.
Widz, który choć pobieżnie zetknął się wcześniej z makroekonomią, ma nieodparte wrażenie, że aktorzy powtarzają z ekranu kwestie, nie rozumiejąc z nich ani słowa. Mówią zresztą kompletne bzdury. To, że oficjalne zadłużenie poszczególnych krajów jest znacznie niższe niż ich ukryty dług, to rzecz w Europie powszechna. Wystarczy wspomnieć, że oficjalny polski dług to obecnie ok. 59,2 proc. PKB, a ukryty – to 175,8 proc. PKB (za dlugpubliczny.org.pl).
Swoistym paradoksem z dzisiejszego punktu widzenia jest to, że to właśnie Słowacja jako pierwsze państwo w naszym regionie weszła do strefy euro. Kilka miesięcy temu europejską walutę wprowadziła także wymieniana w „giełdowym” odcinku serialu „Ekipa” Litwa.
Błędów mamy tu zresztą znacznie więcej. Szef nadzoru finansowego informuje np. członków rządu, że każdy zakup powyżej 5 proc. akcji giełdowej spółki musi być przez dom maklerski podany do publicznej wiadomości. W rzeczywistości taki obowiązek spoczywa na inwestorze, który kupuje papiery. Żadne biuro maklerskie, wbrew temu, co mówią bohaterowie „Ekipy”, nie straci licencji za to, że jego klient przekroczył 5-procentowy próg w akcjonariacie spółki z GPW, i nie poinformował o tym publicznie.
Zasadniczy problem tytułowej ekipy polega jednak na tym, że – najpewniej – zagraniczny koncern chce wykorzystać krach na giełdzie i zmonopolizować rynek mediów w Polsce. Aby się co do tego upewnić, premier Konstanty Turski (Marcin Perchuć) wzywa na dywanik prezesów trzech firm, które mogą być przedmiotem przejęcia. Co więcej, wymusza na nich podanie poufnych informacji dotyczących negocjowanych transakcji. Jego działania jota w jotę przypominają postawę… Władimira Putina. Aż włos się na głowie jeży.
Autorzy serialu nie zaprzątają sobie, ani widzom, głowy tym, że w Polsce obowiązują przepisy, które skutecznie blokują próby zmonopolizowania, jakiegokolwiek sektora gospodarczego. Że funkcjonuje Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. I że opisana w 10. odcinku serialu sytuacja, nie ma racji bytu w realnym świcie. Zresztą ani przy kręceniu tego serialu, ani jakiegokolwiek innego polskiego filmu, w którym jest mowa o giełdzie, nie zatrudniono konsultantów znających się na rynku kapitałowym. – Filmowcy celowo nie korzystają z tego typu ekspertów, bo zastosowanie się do ich rad popsułoby wizję, jaką mają reżyser i scenarzysta w głowie – uważa Adam Ruciński.
Innym przykładem może tu być głośny „Układ zamknięty” z 2013 roku Ryszarda Bugaja. To oparta na faktach historia właścicieli świetnie prosperującej spółki, którą nielegalnie przejmują skorumpowani prokuratorzy i naczelnik urzędu skarbowego. W filmie założona przez trzech udziałowców firma Nawar jest notowana na giełdzie. Mimo to nie wiadomo, kto jest posiadaczem kluczowego, jak się okazuje, 10-procentowego pakietu akcji przedsiębiorstwa. W rzeczywistości podobna sytuacja nie mogłaby mieć miejsca.
Urzędnicy, którym udaje się mimo to doprowadzić do wrogiego, nielegalnego przejęcia, mają jeszcze jeden problem. Odkrywają, że zamontowane w halach Nawaru linie produkcyjne nie są własnością spółki, ponieważ zostały wzięte na kredyt. Tego faktu w dokumentach przedsiębiorstwa nie sposób się doszukać. – Mieliście pod kluczem całą trójkę i nie potrafiliście z nich wydusić, że wzięli maszyny na kredyt – wrzeszczy na prokuratora Kostrzewę (rola Janusza Gajosa), jego wspólnik Kamiński, naczelnik US (Kazimierz Kaczor).
– Musiałoby zajść jednocześnie wiele bardzo niesprzyjających okoliczności, żeby coś takiego zdarzyło się w spółce giełdowej – mówi Ruciński, który przyznaje, że miał mieszane uczucia oglądając „Układ zamknięty”. – Może księgowy o czymś zapomniał, może biegły czegoś nie sprawdził, może zaginęły umowy, może nie można było ich znaleźć u kontrahenta. Ale żeby wszystko naraz?

Struśpol, Unifarb i Milanka

Z kolei w filmie „Ciacho” autorzy do tego stopnia prawdziwie chcieli przedstawić giełdową rzeczywistość, że do roli Emila Stępnia, dyrektora NewConnect, zatrudnili samego Emila Stępnia. Przedstawiciel GPW pojawia się na monitorze inwestorki giełdowej i zachwala Struśpol, jedną ze spółek notowanych na alternatywnym rynku. Takiej firmy nie ma i nie było na NewConnect. Na warszawskim parkiecie handluje się za to walorami Indykpolu.
Filmowcy zazwyczaj unikają używania w swych produkcjach autentycznych nazw przedsiębiorstw notowanych na GPW. Wyjątkiem jest wspomniany już wcześniej „Pierwszy milion”, w którym bohaterowie handlują papierami Żywca. Akcje tej firmy zadebiutowały na warszawskim parkiecie we wrześniu 1991 roku.
W większości rodzimych filmów, w których mowa o giełdzie, nazwy spółek są wymyślone, choć często – podobnie jak w „Ciachu” – nawiązują do prawdziwych. W „Amoku” gracze pozbywają się papierów Browaru. Pod tą nazwą kryje się – jak można przypuszczać – Żywiec. W „Ekipie” rząd martwi się wykupem akcji notowanych na warszawskiej giełdzie spółek medialnych – dwóch największych telewizji komercyjnych TTN (TVN?) oraz Pol TV (Polsat?), a także największego w kraju koncernu prasowego Planeta (Agora?).
Inżynier Karwowski decyduje się z kolei kupić w ofercie publicznej 999 akcji Unifarbu. Spółki o takiej nazwie na GPW nigdy nie było, jednak zarówno jej filmowa nazwa, jak i profil działalności ewidentnie nawiązują do autentycznego przedsiębiorstwa – Polifarb Cieszyn zadebiutował na parkiecie w Warszawie w maju 1993 roku.
Serialowy bohater sprzedaje zresztą dość szybko, i to z kolosalnym zyskiem, wszystkie papiery Unifarbu, a pieniądze inwestuje w kolejne walory. Tym razem kupuje 4232 akcje producenta koszul, firmy Milanka. I ta nazwa nic nie powie inwestorom giełdowym, którzy pamiętają początki GPW, ale podobnie brzmiąca Wólczanka będzie im świetnie znana. Ten łódzki producent męskich koszul wszedł bowiem do notowań na naszej giełdzie jako jedna z pierwszych spółek już w 1991 roku.
Baczny widz zauważy jednak na ścianie w biurze maklerskim, którego klientem jest Karwowski, plakat dotyczący publicznej oferty krakowskiej spółki Efekt. Ta nazwa jest prawdziwa. Firma pojawiła się na giełdowym parkiecie w tym samym roku, w którym kręcono serial o przygodach 60-letniego już inżyniera.

Rzeczywistość smutniejsza niż film

Szczególny jest obraz maklera w polskim filmie. Może to być geniusz – jak Dorian, broker obsługujący inżyniera Karwowskiego. Może być hazardzista – jak Witold Hoffman w „Pierwszym milionie” (rola Bartosza Żukowskiego). Może też być bogacz nieliczący się z pieniędzmi – jak Kacper Zarucki w serialu „Magda M” (Tomasz Kot). Te zazwyczaj niemające wiele wspólnego z rzeczywistością stereotypy to kolejna rzecz, za którą trudno chwalić polskich filmowców.
– Widać, że się nie przygotowują, a tematykę znają tylko po łebkach. Wiedzą jednak, że bardzo nieliczna grupa zdziwi się tym, co zobaczy na ekranie, a jeszcze mniejsza będzie tym oburzona – mówi Dominiak. – Rozgrzeszam filmowców – deklaruje szef SII. Dlaczego? Jego zdaniem w sytuacji, gdy najwyżsi przedstawiciele władz państwowych pozwalają sobie na to, by giełdę określać mianem ruletki, to nie ma się co denerwować na artystów (o tym, że giełda to kasyno, powiedział w Sejmie pod koniec 2011 roku prezes Narodowego Banku Polskiego Marek Belka).
– Mam jednak nadzieję, że kiedyś zostanie w Polsce nakręcony dobry, pokazujący w przystępny sposób, ale fachowo i prawdziwie, to czym naprawdę jest giełda – dodaje Dominiak.

Dodaj nowy komentarz

Plain text

  • Znaczniki HTML niedozwolone.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
Graficzne pułapki CAPTCHA
Wprowadź znaki widoczne na obrazku.