W podatkowej pętli

4
16

Nawet kilkanaście razy w ciągu życia możemy zapłacić podatek od tych samych pieniędzy. Cichym pośrednikiem wielu transakcji jest bowiem państwo.

Michał miał w życiu szczęście. Ledwie przyszedł na świat, a już dostał 100 tys. dolarów darowizny od swojej babci żyjącej w Stanach Zjednoczonych. Staruszka za oceanem mieszkała od 30 lat i już dawno zdążyła się tam dorobić całkiem pokaźnego majątku. A teraz uznała, że te pieniądze nie będą jej aż tak potrzebne jak wnukowi. Roztropni rodzice wymienili całą kwotę na polską walutę, a okrągła sumka w wysokości 400 tys. złotych czekała, aż nasz bohater osiągnie pełnoletniość.

Darowiznę trzeba zgłosić

Michał miał też pecha. Jeszcze dobrze nie nauczył się mówić ani chodzić, a już zainteresowała się nim skarbówka. Sprawa wyszła na jaw niejako przy okazji. Przy wypełnianiu rocznego rozliczenia podatkowego jego rodzice poprosili urzędnika skarbowego o poradę. Chodziło o to, w którym miejscu mają wykazać darowiznę, którą od babci otrzymał ich niepełnoletni syn. Tu spotkała ich bardzo niemiła niespodzianka, której głowa rodziny – pan Jan – żałował potem jeszcze przez długie lata. Okazało się, że pieniądze przysłane z Ameryki powinny być zgłoszone w terminie do sześciu miesięcy od daty otrzymania. Wówczas mały Michał jako członek najbliższej rodziny byłby zwolniony z płacenia podatku od darowizny. Ponieważ jednak sprawa wyszła na jaw niemal po roku, musiał, a właściwie musieli jego rodzice, zapłacić stosowny podatek. Fiskus „skasował” ich na prawie 27 tys. zł. Sprawa mogła skończyć się jeszcze gorzej. Gdyby fakt niezgłoszonej i nieopodatkowanej darowizny został wykryty przez urzędników, wówczas podatek pochłonąłby 80 tys. złotych, czyli aż 20 proc. darowanej kwoty.

VAT na każdym kroku

Rodzice Michała troszczyli się o jego przyszłość. Sami nie byli jednak majętni, ledwo wiązali koniec z końcem. Ustalili więc między sobą – zresztą zgodnie z prawem, że część otrzymanej od babci kwoty będą przeznaczali na utrzymanie swojego syna. Aż do osiągnięcia przez niego pełnoletniości na ten cel co miesiąc miało iść 500 złotych. Resztę wpłacili na lokatę bankową. Chcieli, aby ich pociecha mogła wejść w dorosłe życie z pewnym zapasem kapitału pod ręką. Na pieniądze Michała, począwszy od pierwszych zakupów śpioszków i smoczka poprzez klocki Lego, a następnie tornister, zeszyty i trampki, cały czas czyhało państwo. Tylko przez pierwsze miesiące życia traktowało go preferencyjnie – ściągając w postaci VAT jedynie 8 proc. wartości zakupionych pieluszek. Na „hojności” władzy skorzystał też jego tata – kupił dla syna fotelik, w którym woził go do przedszkola. Później nie było już taryfy ulgowej, a w cenie każdego produktu „przemycona” była standardowa, 23-proc. stawka VAT. Przez pierwsze 18 lat życia na utrzymanie naszego bohatera poszło 108 tys. złotych. Choć wychowanie dziecka nie powinno być traktowane w kategorii kosztu, to jednak państwo nie zna takiej zasady. Opodatkowuje każdego – niezależnie od wieku. Nim Michał zdążył dostać dowód osobisty, już oddał w postaci podatków niemal 25 tys. zł.

Dwie zmory oszczędzających

Wciąż miał jednak lokatę, na której przezorni rodzice odłożyli aż 292 tys. zł. Ta kwota co roku rosła o kolejne 3 proc. Takim oto sposobem po 18 latach na bankowym koncie bankowym znalazło się aż 450 tys. zł. Byłoby o 50 tys. więcej, ale tutaj wszechobecne państwo zabrało swoją „dolę” w postaci podatku od zysków kapitałowych. Nieświadomi państwo Kowalscy popełnili tu kolejny błąd. Zamiast ulokować pieniądze w bezpiecznym funduszu inwestycyjnym, gwarantującym taką samą stopę zwrotu, założyli 12-miesięczną odnawialną lokatę. Gdyby zdecydowali się na fundusz – podatek Belki byłby zabrany tylko raz – w momencie wypłaty środków. W przypadku depozytu państwo zabierało daninę co roku. Drobna różnica, a kosztowała Michała prawie 10 tys. zł. Mało tego – sporą część oszczędności naszego bohatera „zjadła” panująca inflacja. Dla wielu jest ona kolejnym, tyle że ukrytym, podatkiem. Państwu z reguły zależy, aby ceny rosły. Dzięki temu zwiększają się nominalne wpływy budżetowe, a deficyt jest łatwiejszy do spłacenia. Wpływ inflacji odczuł także Michał. Wzrost cen o skromne 2 proc. rocznie wystarczył, aby wartość nabywcza jego pieniędzy spadła przez czas obowiązywania lokaty prawie o połowę. Realnie na lokacie zarobił więc nie 160 tys. zł, a jedynie marne 30 tys. zł.

Za kupno mieszkania też podatek

Nie ma co się martwić, i tak jest nieźle – pomyślał nasz bohater w dniu przejęcia pełnych praw do darowizny. Skonsultował razem z rodzicami, że najlepszym rozwiązaniem będzie teraz kupno nieruchomości. Zamiast pracować w stresie, bojąc się, skąd wziąć pieniądze na spłatę 30-letniego kredytu, mógł od razu kupić wymarzone mieszkanie. Padło na warszawski Żoliborz i ładny trzypokojowy lokal w świeżo wyremontowanej kamienicy. Tu do gry znów weszło państwo. Jako nowy nabywca Michał musiał zapłacić 2 proc. podatku od czynności cywilnoprawnych (PCC). Ponieważ kwota transakcji wyniosła 450 tys. zł, na rzecz państwa trzeba było odprowadzić aż 9 tys. zł. Jedyną możliwością uniknięcia opłaty PCC jest zakup nieruchomości na rynku pierwotnym. Wówczas nabywca jest zwolniony z tej formy daniny. Wynika to z faktu, że deweloper już jest obciążony VAT i konieczność odprowadzenia podatku od czynności cywilnoprawnych nie występuje.

Brak wiedzy kosztuje

W międzyczasie nasz bohater zdążył zdać maturę i pójść na studia. Nie chciał jednak mieszkać sam. Postanowił wynająć wolne pokoje swoim kolegom. Z płatnościami nie było problemów – znajomi studenci pieniądze na czynsz otrzymywali od rodziców. Przelewali je następnie na konto Michała. Dzięki temu nie musiał martwić o środki do życia. Mógł skoncentrować się wyłącznie na nauce, bez konieczności podejmowania dorywczej pracy. Większość jego kolegów takiego komfortu nie miała. Nie miała też wątpliwej przyjemności odebrania któregoś poranka telefonu z urzędu skarbowego. Wynajmujący mieszkanie popełnił ten sam błąd, co jego tata prawie 20 lat wcześniej. Zapytał fiskusa o poradę. W tym przypadku chciał wiedzieć, w jaki sposób ma opodatkować zyski pochodzące z najmu nieruchomości. Nieświadomy nie zgłosił tego faktu wcześniej, więc nie było już mowy o 8,5-proc. stawce podatku w formie ryczałtu. Nie wykazał również dochodu w rocznym zeznaniu podatkowym. Skończyło się sporym stresem oraz koniecznością odprowadzenia ponad 2,5 tys. zł dodatkowego podatku (już według 18-proc. stawki podatkowej). Skarbówka nie zapomniała także o karnych odsetkach podatkowych. Na jej konto z tego tytułu trzeba było przesłać jeszcze dodatkowe 100 zł. Mogło być jednak gorzej. Gdyby nasz bohater nie podpisał z kolegami żadnej umowy, a sprawa wyszłaby na jaw, wówczas urząd potraktowałby dochody z najmu jako nieujawniony dochód. Od takich pieniędzy obowiązuje 75-proc. stawka podatkowa.

Sprzedajesz – płacisz

Michałowi w kolejnych latach udawało się uniknąć podobnych problemów. Po ukończeniu studiów zapragnął jednak przeprowadzić się do innego miasta i poszukać pracy. Wystawił mieszkanie na sprzedaż i szybko znalazł chętnego. Na transakcji udało mu się nawet zarobić. Choć było to skromne 10 tys. zł, to zysk i tak cieszył. Żeby znów nie podpaść skarbówce, skonsultował się doradcą podatkowym. Ten oznajmił, że od uzyskanego dochodu musi zapłacić 19-proc. daninę. Tak oto do kasy naszego państwa trafiło prawie 2 tys. zł. To i tak znaczne mniej, niż płacono jeszcze do końca 2006 roku. Wówczas obowiązywał 10-proc. podatek nie od dochodu, ale od całej kwoty uzyskanej ze sprzedaży. Można było na transakcji stracić, ale i tak trzeba było oddać fiskusowi należną daninę. Michał mógł tego podatku uniknąć. Wystarczyło w ciągu dwóch lat od sprzedaży kupić inną nieruchomość. Wolał jednak od razu rozliczyć się z urzędem skarbowym i mieć problem z głowy. Kolejnego mieszkania kupować nie zamierzał.

Z ojca na syna

W Krakowie pracy było pod dostatkiem. Jako informatyk Michał zarabiał dużo. Jeszcze więcej wydawał. Prawie 450 tys. zł leżące na koncie stanowiło nie lada pokusę. Nasz bohater wszedł więc w posiadanie telewizora, samochodu, a na ręku pojawił się drogi zegarek. Cichym partnerem każdej transakcji było państwo, zawsze zabierając swoje 23 proc. w postaci VAT. Czasami było bardziej chciwe. Pieniądze przeznaczone na kupno benzyny w ponad połowie trafiały do państwowego budżetu. Okazjonalne kupno alkoholu obciążone było podatkami wynoszącymi ponad dwie trzecie płaconej ceny. Z biegiem lat majątek Michała stopniał. W banku zostało już tylko 200 tys. złotych. Ćwierć miliona zostało wydanych. Z tej kwoty w formie podatków pośrednich państwo zabrało mu przynajmniej 70 tysięcy.

Wkrótce nasz bohater ożenił się, a na świat przyszedł syn. Stwierdził wówczas, że należy nieco zacisnąć pasa. Podarował posiadane oszczędności swojemu potomkowi. Mały Janek miał więc w życiu dużo szczęścia. Ledwie przyszedł na świat, a już był posiadaczem pokaźnego majątku. Miał też w życiu pecha. Jeszcze dobrze nie nauczył się mówić, ani chodzić, a już zainteresowała się nim skarbówka.

Artykuł pochodzi z nr 4/2016 Eurogospodarki

4 COMMENTS

  1. To przykre, że państwo nas okrada. Najlepsze, że opodatkowuje emerytury. Człowiek nie dość, że dostaje jakieś ochłapy z tych pieniędzy, które odprowadził przez całe życie do ZUS-u, to jeszcze teraz płaci od emerytury podatek!

LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here