W szponach windykatora

0
6

Z zainteresowaniem przeczytałem w grudniowym numerze „Eurogospodarki” tekst „Instytucje ściągające długi”. Wprawdzie nie ja, ale osoba z mojej rodziny, mój siostrzeniec, za którego momentami czuję się odpowiedzialny, wpadł w szpony jednej z takich instytucji. Coraz trudniej jest mu wydostać się z tego uścisku. Zmuszany jest do płacenia coraz wyższego haraczu.

Ale po kolei
Późniejszy dłużnik był w przeszłości oficerem i to w stopniu podpułkownika, pracownikiem jednej ze szkół oficerskich, które z czasem stały się wyższymi uczelniami. Mieszkał z żoną i synem w służbowym, trzypokojowym mieszkaniu będącym własnością wojska. Po politycznych przemianach armia postanowiła pozbyć się zbędnej własności i dała szansę wykupu mieszkań ich użytkownikom po bardzo atrakcyjnych cenach. Rodzina pana pułkownika, jak większość mieszkańców osiedla, skorzystała z tej możliwości. A sam pułkownik został nieprzypadkowo (nawet po przejściu w stan spoczynku liczą się stopnie wojskowe) wybrany prezesem wspólnoty zarządzającej dużą nieruchomością składającą się z kilkudziesięciu lokali.

Zarzucanie wędki
Do prezesa wspólnoty, zajętego w tym czasie ocieplaniem budynku, szybko dotarł dealer jednej z trzech działających wówczas sieci komórkowych. Do telefonu służbowego obrotna „sprzedawczyni telefonów” dodała aparat do użytku prywatnego – obiecując niskie opłaty abonamentowe. Pan pułkownik, jak to bywa z nowymi „prezesami”, korzystał prawdopodobnie wyłącznie z telefonu służbowego, a o prywatnym zapomniał. Ba… prawdopodobnie zgubił aparat albo został jego pozbawiony przez kieszonkowców (należał do tzw. nieelektrycznych i regularnie tracił portfele). Opłaty abonamentowe nie były rzeczywiście wysokie, ale jednak były. Dopóki jednak normalnie funkcjonował, opłaty wnosił.

Dramat zaczął się na pozór niewinnie
Pan pułkownik w zupełnie przypadkowych sytuacjach zaczął na kilkanaście minut tracić przytomność, na przykład idąc ulicą. Po czym wstawał i normalnie funkcjonował. Po jednym z takich upadków wylądował w klinice wojskowej przy ul. Szaserów w Warszawie. Lekarze nie stwierdzili oznak epilepsji. Zaczęli natomiast dopatrywać się tzw. choroby Olszewskiego (od nazwiska lekarza, który ją opisał). Przepowiedzieli, że w kolejnym etapie chory przestanie mówić. Niestety, po kliku miesiącach diagnoza się potwierdziła. Kolejne etapy miały polegać na ograniczeniu możliwości poruszania się, aż do problemów z normalnym pobieraniem pokarmu (tego etapu nie dożył). Syn pana pułkownika musiał zrezygnować z pracy. Czasu wystarczało mu wyłącznie na opiekę nad rodzicami. Jego matka prawie równocześnie zaczęła wykazywać objawy otępienia umysłowego II stopnia.

Jak dług, to odcinają telefon
Z dość wysokiej emerytury wojskowej pana pułkownika i niższej cywilnej jego żony trzyosobowa rodzina bez problemów utrzymywała się i opłacała rachunki. Te za prywatny telefon komórkowy też przychodziły, ale nikt ich nie opłacał, bo z telefonu nikt nie korzystał. Syn pana pułkownika próbował kilkakrotnie dodzwonić się na specjalną linię, ale gdy padały pytania o kolejne kody, piny, PESEL właściciela itp. – stawał się bezradny. Od ojca niczego nie mógł wydobyć, bo nie był on w stanie wypowiedzieć żadnego słowa. Możliwość pisania też z czasem utracił. W głębi ducha liczył na to, że gdy dług urośnie, operator odetnie połączenia, jak zazwyczaj czyniono w przypadku telefonu stacjonarnego. Tymczasem telefonia komórkowa nie zapomina nawet o najmniejszej należności. Ma inny sposób na niepłacących abonamentu. Dług sprzedaje jednej z wyspecjalizowanych firm windykacyjnych. Tak się stało i w tym przypadku.

Windykator nie daruje
O długu za nieużytkowany telefon komórkowy dowiedziano się dopiero po śmierci pana pułkownika. Jego żona zmarła pół roku wcześniej. Niczego nie można było wskórać. Operatora dług i śmierć teoretycznego użytkownika już nie interesowały. Należność została „sprzedana” firmie ściągającej długi. Zadłużenie nie było niby ogromne. Wynosiło kilkaset złotych, w tym więcej kosztów dodatkowych, odsetek itp. niż zasadniczego długu z tytułu nieopłacania abonamentu. Kilkaset złotych było jednak kwotą ogromną dla bezrobotnego chłopaka. Syn pana pułkownika, opiekując się rodzicami, utrzymywał się z ich emerytur. Wraz z odejściem rodziców, pieniądze przestały wpływać.

Bezradny życiowo i kompletnie bez kasy
Wystosował specjalne pismo do windykatora, opisując cały dramat i prosząc o darowanie chociaż naliczonych kar. Butny windykator nie wysilił się nawet na poinformowanie o swojej decyzji. Nadal atakuje pismami syna pana pułkownika. Co jakiś czas dolicza nowe kwoty podwyższające zadłużenie. Dług, według wyliczeń firmy windykacyjnej, wynosi już około tysiąca złotych. Z tego powodu, jako jedyny spadkobierca pozostałości po swoich rodzicach, młody człowiek boi się założyć sprawę spadkową. Tym bardziej, że firma windykacyjna zapowiada wizytę swojego „inspektora terenowego”. To brzmi groźnie.

Droga redakcjo, może mojemu siostrzeńcowi coś doradzisz… Jest zrozpaczony i zagubiony. To dobry człowiek. Niestety z serii tzw. życiowych niedorajdów, ale za to utalentowany artystycznie. Występował udanie (był w drugim etapie) w jednym z telewizyjnych programów odkrywających talenty. Teraz szuka stałej pracy w strachu przed „windykatorem”. Jako ochroniarz zarabiał miesięcznie mniej więcej tyle, ile wynosi telefoniczny dług po ojcu.

Stały czytelnik – wujek dłużnika (nazwisko znane redakcji)

LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here