Warszawska giełda jeszcze dyszy

0
7

Powstała dwa lata po transformacji ustrojowej 1989 roku. Stała się symbolem przemian. Entuzjaści – ilu ich kiedyś było! – widzieli tylko jej dobre strony. Dzisiaj jest inaczej…

O giełdzie warszawskiej mówiono: barometr gospodarki, źródło środków finansowych na inwestycje, zabezpieczenie emerytalne, atrakcyjna formuła aktywnego oszczędzania. Dla wielu był moderatorem ekonomicznym i miarą sukcesu spółek, przejrzystością reguł gry rynkowej oraz mekką drobnych ciułaczy, a nawet centrum finansowym Europy Środkowej i Wschodniej. Dzisiaj fascynatów giełdy jak gdyby ubyło, GPW robi bokami. A miało być tak pięknie… i nawet było. Na początku. Niektórzy uważają, że GPW z czasów prezesa Rozłuckiego i giełda „po nim” to dwa różne światy. Podczas konferencji „WallStreet”, która odbyła się w maju br. w Karpaczu stwierdzono, że od trzech lat warszawski parkiet stoi w miejscu. Wskazywano, iż „udział drobnych inwestorów w obrotach spadł do najniższego poziomu w historii – 13 proc.”. Jednocześnie pulę polskich oszczędności szacuje się na blisko 600 mld złotych, z którymi nie wiadomo, co sensownego robić. – Gdyby nie podatek Belki… – wzdychają kandydaci na inwestorów indywidualnych, mając na myśli 19-procentowe opodatkowanie zysków giełdowych wprowadzone w 2002 r. Podobno wcale nie ratuje on budżetu, który ma się przecież podobno coraz lepiej, więc – też podobno – można by ten haracz błyskawicznie znieść. Na razie jednak wciąż istnieje.

Jak zostać liderem
Za czasów prezesury Ludwika Sobolewskiego bardzo dużo mówiło się o potrzebie (konieczności?) zdobycia przez Warszawę pozycji lidera na giełdowym rynku Europy Środkowej. Ba, nie tylko lidera, nawet hegemona! Plany zakładały: „pokonanie” Czechów z giełdy praskiej, wyprzedzenie Węgrów, a potem – Austriaków w Wiedniu. Kolejny etap w strategii przewidywał przejęcie (przejmowanie po kolei) parkietów środkowoeuropejskich. Pierwsze kroki w tym zakresie zaczęto i …pojawiły się schody. Zmieniono prezesa giełdy, po czym także jego zastępcę i następcę. Obecnie zarząd GPW:

  • koncentruje się na polskim rynku kapitałowym i na pełnym wykorzystaniu jego potencjału, w związku z tym nie bierze pod uwagę aliansu kapitałowego z CEE Stock Exchange Group AG (czyli z Wiedniem);
  • celuje w rozwój organiczny, w tym wzmacnianie międzynarodowej pozycji giełdy, zwiększanie jej atrakcyjności dla wszystkich uczestników rynku oraz budowanie wartości GPW dla akcjonariuszy;
  • pozostaje otwarty na współpracę z różnymi podmiotami w regionie, w tym z CEESEG, na rzecz zwiększania atrakcyjności Europy Środkowo-Wschodniej jako miejsca lokowania międzynarodowego kapitału; nie wyklucza też w przyszłości powrotu do koncepcji aliansu kapitałowego z Wiedniem.

Paweł Tamborski, prezes zarządu GPW, przekonuje: – Powinniśmy w pełni wykorzystać możliwości dalszego rozwoju GPW i zaproponować uczestnikom rynku ofertę, która przyczyni się pośrednio do wzmocnienia pozycji GPW w Europie Środkowo-Wschodniej, a tym samym przełoży się na wzrost wartości dla naszych akcjonariuszy. Na polskim rynku kapitałowym zniknęła niepewność dotycząca OFE. Sprawa ta rozstrzygnęła się lepiej, niż oczekiwał rynek, co – mamy nadzieję – będzie pozytywnie wpływać na potencjał warszawskiej giełdy.
Jak widać, mocarstwowe plany GPW, jeśli nie wyparowały całkowicie, na pewno zblakły.

We władzy urzędników
Ministerstwo Skarbu Państwa dzierży podstawowe karty do gry giełdowej i nie zamierza ich przedwcześnie odsłaniać. To daje pole do spekulacji. Tym bardziej że nowym prezesem giełdy został Paweł Tamborski, który dla tej akurat prezesury porzucił stanowisko… wiceministra Skarbu Państwa. Jeszcze gdy zasiadał w MSP, zapadła kluczowa decyzja o zakończeniu eksperymentu OFE – obowiązkowych funduszy emerytalnych. Zbieg okoliczności czy konsekwentne działanie?
„W 2014 r. Grupa Kapitałowa GPW osiągnęła rekordowe przychody ze sprzedaży, które wyniosły 317,6 mln zł, co oznacza wzrost o 11,9 proc. r./r. Przychody z rynku finansowego w 2014 r. wyniosły 200 mln zł (spadek o 2,6 proc. r./r.), natomiast z rynku towarowego wzrosły o 50,6 proc. r./r., do 114,5 mln zł, i na koniec 2014 r. stanowiły 36 proc. przychodów ze sprzedaży Grupy GPW (wobec 26,8 proc. w 2013 r.). Wzrost przychodów z rynku towarowego przełożył się na osiągnięcie zysku operacyjnego Grupy GPW w wysokości 135,4 mln zł (wzrost o 14,1 proc.  r./r.). Wynik finansowy netto Grupy GPW na koniec 2014 r. wyniósł 112,3 mln zł” – głosi jeden z komunikatów spółki. Informacja jest bardzo optymistyczna, ale jeśli dobrze się wczytamy, odkryjemy, że obrót akcjami w wymiarze finansowym w ub.r. zmalał. Zysk powstaje w coraz większym stopniu dzięki przejęciu w 2013 r. Towarowej Giełdy Energii. Dzięki przymusowi zbytu części energii, tzw. kolorowych certyfikatów, a ostatnio także gazu, jest maszynką do robienia pieniędzy. Tylko czy ma to coś wspólnego z rynkiem, skoro ceny energetyczne pozostają wciąż pod kontrolą prezesa Urzędu Regulacji Energii?

Czy hossa powróci?
W ubiegłym roku, który nie należał do łatwych, wypracowaliśmy solidne wyniki finansowe, które potwierdzają, że posiadamy zdrowe fundamenty i mamy potencjał do dalszego wzrostu biznesu. Wyniki te potwierdzają również, że koncentracja na podstawowej działalności związanej z rozwojem platform obrotu jest słuszną decyzją biznesową. Mimo niesprzyjającej koniunktury i czynników geopolitycznych zanotowaliśmy rekordowe przychody ze sprzedaży i osiągnęliśmy znaczący wzrost zysku operacyjnego – przekonuje prezes Zarządu GPW. Obserwując sytuację giełdy magazyn biznesowy „Forbes” zauważa, iż „indeks dużych spółek WIG20, mimo okresowych wzrostów, wciąż jest znacznie poniżej swojego maksimum, które zanotował 29 października 2007 r., gdy po pięciu latach hossy nastąpił długi okres spadków”. Analityk „Forbesa” podkreśla także, że „inwestowanie na giełdzie – także bierne, w indeksy – nie dawało w ostatnich latach zarobków. Od 2000 do 2014 r. stopa zwrotu z WIG20 była dodatnia przez dziewięć lat (licząc pełny rok), a ujemna przez sześć lat. Problem w tym, że poza dłuższym okresem, trwającym od 2003 do 2007 r., wyniki były w kratkę i trudno było przewidzieć trend. Inwestując na początku 2009 r., można było zarobić w końcu grudnia 33 proc., by w 2011 r. stracić 21 proc. ulokowanych w indeks pieniędzy”. Obserwatorzy giełdowi wskazują, że rekordowy indeks WIG20 z jesieni 2007 r. – wtedy osiągnął 3940 pkt – wciąż nie zdołał się powtórzyć. Warszawski parkiet nie może się nawet zbliżyć do tamtego rezultatu, huśtając się między 2400–2600 punktami.

Inwestorzy czują się zawiedzeni: – Raz zabawiłem się w giełdę, ale to nie dla mnie – powiedział w rozmowie prywatnej Paweł, duży, niezależny przedsiębiorca. – Znam szybsze i bardziej efektywne sposoby zarabiania pieniędzy… Wydaje się, że to dość popularna opinia.

Z Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych wynika, że w końcu marca br. otwartych było 1,427 mln rachunków maklerskich. Jednakże rachunków aktywnych – na których co najmniej raz na pół roku są dokonywane operacje – było mniej niż jedna siódma! Zwolennicy giełdy pocieszają, że hossa na warszawskim parkiecie jest tuż-tuż jest i rachunków aktywnych winno przybywać. Sam prezes Tamborski nie ukrywa, iż GPW „ratunku szuka za granicą”, bo „na krajowych ciułaczy, a tym bardziej na OFE nie ma co liczyć”: – W pierwszym kwartale byliśmy w Hongkongu oraz w Londynie, a w maju do Nowego Jorku zabieramy spółki, nie tylko te największe pod względem kapitalizacji. W kolejnych kwartałach będziemy także w Paryżu i Singapurze. Liczymy, że efekty tych działań będą widoczne jeszcze w tym roku – powiedział.

Od kilku miesięcy zdumienie obserwatorów budzi chińska giełda. – Shanghai Composite od początku 2015 r. poszedł w górę o 41 proc., a w trakcie całej, trwającej od lipca, fali wzrostowej zyskał już 125 proc. Choć Szanghaj znany był z wysokiej zmienności i dynamiki zmian indeksów, trudno się dziwić reakcjom, jakie wzbudza. Ta nagła i gwałtowna erupcja nastąpiła po trwającym niemal trzy lata marazmie. Można żywić nadzieję, że może i u nas tak w końcu będzie…

LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here