Wygaszony Krater

0
7

Gdy słyszę, że firma ogłosiła upadłość, myślę, że zwolniła pracowników i wstrzymała produkcję. Tymczasem bywa, że nadal produkuje. W tej historii, którą opowiem, z czasem nawet została odkupiona od likwidatora przez byłego właściciela i nabrała blasku.

Po rynkowych przemianach 1990 roku branżą, która miała mieć szansę rozwoju właśnie w Polsce – zdaniem wielu eksper-tów – miało być odlewnictwo. To trudny asortyment i można powiedzieć, że brudny i ciężki. Przemysł ten nie wytwarza gotowych produktów rynkowych, a jedynie elementy dla różnych branż. Zachodni przemysłowcy wolą w lżejszy i łatwiejszy sposób zarabiać wielkie pieniądze. Ich przedstawiciel z Niemiec, oglądając zmodernizowaną Odlewnię Żeliwa Wulkan w Częstochowie, do jej głównego akcjonariusza powiedział: – Panie Zatoń, majątku na tej firmie to pan nie zrobisz, ale dochód z niej uzyskany pozwoli panu godziwie żyć.

Od optymizmu do dramatu

Tymczasem mgr inż. Janusz Zatoń dzięki swojemu uporowi i zaangażowaniu załogi przeprowadził prywatyzację metodą akcjonariatu pracowniczego prawie upadłej odlewni żeliwa funkcjonującej w centrum Częstochowy i zaczął mieć nadzieję, że będzie bogaty. W połowie lat 90. uporał się z problemami związanymi z ochroną środowiska (zastrzeżenia ekologów były uzasadnione). Doprowadził do uzyskania niezbędnych certyfikatów umożliwiających eksport. Stworzył własne zaplecze przygotowujące produkcję odlewów (robiła to spółka Lawa), zwłaszcza tych dla budownictwa, których pewna francuska firma żądała od niego coraz więcej. Mało tego, francuski potentat zapowiadał, że zamierza zamknąć jeden ze swoich zakładów, aby kupować odlewy tylko z Częstochowy.

Zachęcony obietnicą prezes Zatoń, dysponując istotnym kapitałem z osiągniętych zysków spółki Wulkan, postanowił wybudować nowy zakład odlewniczy o nazwie Krater. Tym bardziej że w okolicy było dużo wolnych hal po wygaszonej produkcji, a na rynku znalazł używaną, ale w pełni sprawną, linię odlewniczą, którą za okazyjną cenę (500 tys. zł) odkupił. Przykra niespodzianka spotkała go jednak już na starcie. W zakupionej pustej hali potrzebne było tzw. piętro minus jeden. Trzeba było do tego wynająć wyspecjalizowanych pirotechników, bo Częstochowa jest położona na litej skale Jury Krakowsko-Częstochow-skiej. Wzrosły koszty, wydłużył się o kilka tygodni proces inwestycyjny, ale i tak po pół roku od rozpoczęcia prac odlewnia Krater była gotowa do produkcji. Inż. Zatoń zbierał pochwały, bo stworzył 120 nowych miejsc pracy w mieście z szybko rosnącym bezrobociem. Akurat ograniczała produkcję Huta Częstochowa.

Ofiara schłodzenia gospodarki

Firma pracowała na wydłużoną jedną zmianę i przez rok wyprodukowała 4,5 tys. ton odlewów. Wynik produkcyjny był dobry, ale ekonomiczny już nie. Ujemny wynik był efektem działań polskich władz. Rządząca na przełomie wieków koalicja AWS i Unii Wolności (Jerzy Buzek i Leszek Balcerowicz) przyjęła właśnie strategię schładzania gospodarki. Odlewy są potrzebne zarówno w motoryzacji, jak i w budownictwie, i wielu innych branżach. Jednak przy schładzaniu całej gospodarki krajowy popyt na odlewy zmalał, a francuski potencjalny kontrahent wcale nie zamknął swojej fabryki – jak obiecywał w liście intencyjnym – wręcz przeciwnie, zmniejszył swoje zamówienia w Częstochowie. Najgorsze jednak co się może przytrafić eksporterowi (70 proc. produkcji sprzedawano w Unii Europejskiej i USA), a takim była Grupa Wulkan (w tym Krater), to nagłe umocnienie krajowej waluty. W momencie gdy Janusz Zatoń podejmował decyzję o budowie nowej odlewni, kurs euro do złotego wynosił 1:4. Gdy produkcja odlewów w Częstochowie się zwiększała, rósł w siłę złoty. W krytycznym momencie ta relacja wynosiła blisko 1:3 (obecnie 1:4,2). Na szczęście z czasem siła złotego osłabła, ale zagranicznych zamówień było mało (pierwszy w tym wieku kryzys), a trzeba było spłacać kredyt na inwestycję i to zaciągnięty w euro.

Odkupił swoją upadłą fabrykę

Był rok 2005. Banki żądały szybkiej spłaty kredytu inwestycyjnego, nabywców na odlewy było coraz mniej, a na wyjmowanie pieniędzy ze spółki matki Wulkan i tworzenie kapitału zapasowego dla młodej spółki Krater nie godzili się mniejszościowi akcjonariusze tej pierwszej. Jedynym wyjściem było ogłoszenie upadłości spółki Krater. Jak twierdzi Janusz Zatoń, na tej operacji głównie on stracił. Banki odzyskały swoje, załoga była nieliczna (zmalała do 30 osób) i przez jakiś czas jeszcze pracowała w upadłej firmie.

Likwidator okazał się wyrozumiały, a spółka matka Wulkan SA jakiś czas organizowała dostawy materiałów i sprzedawała wyroby z odlewni Krater. Z czasem jednak wszystko wygasło, a likwidator zaczął organizować przetargi na sprzedaż firmy w całości. Grunt pod nią był wprawdzie własnością spółki Wulkan, ale nowy właściciel mógł go nabyć lub wydzierżawić. Po dwóch nieudanych ogłoszeniach przetargu, gdy nikt nie chciał nawet zobaczyć odlewni, likwidator zgłosił się do byłego właściciela, aby to on nabył fabrykę, którą stracił. Na negatywną reakcję Janusza Zatonia likwidator przedstawił mu logiczne argumenty. Zapowiedział, że jesli on nie kupi będzie sprzedawał firmę po kawałku, każdy element za śmiesznie niską cenę, np. wózek widłowy wycenił na 2 tys. zł. Były właściciel przypomniał sobie, jak to wszystko mozolnie gromadził, żal mu się zrobiło i postanowił zapłacić wcale niemałą cenę za swój były zakład. Zwłaszcza że pojawiały się oznaki wychodzenia gospodarki europejskiej (szczególnie budownictwa) z kryzysu, a portfel zamówień na odlewy z Częstochowy zaczął pęcznieć.

Udane nowe życie

Nie było kłopotu ze skompletowaniem załogi. Prezes Zatoń wyeliminował – jak przyznaje – błędy w zarządzaniu, do których się przed sobą przyznał. Załoga była mniej liczna. Krater nie był już spółką córką Wulkanu ze zmieniającymi się prezesami (było ich czterech), ale zakładem numer 2 z kierownikiem. Wyeliminowano kradzieże, które – wszystko na to wskazywało – były. Złom tanio, ale się sprzedaje. Zapotrzebowanie na konkretne odlewy miał zwłaszcza pewien Hiszpan z Bilbao, właściciel firmy Fytasa. Dostarczał on zaciski hamulcowe dla wyspecjalizowanej dużej firmy Brembo, która swoje hamulce montowała akurat w Częstochowie. Dla niego taka mała fabryka obok odbiorcy produktów oznaczała ogromne oszczędności związane z transportem „żelastwa” na trasie ok. 2000 km. Inż. Zatoń wspomina, że Hiszpan musiał go długo przekonywać do transakcji, bo w drugim swoim życiu Krater był zakładem rentownym i miał odbiorców na swoje wyroby, a wszystko funkcjonowało jak w przysłowiowym zegarku. Był rok 2007. Pojawiały się pierwsze symptomy kryzysu w branży motoryzacyjnej. Janusz Zatoń przyznaje, że chociaż pieniądze z transakcji nie pokryły wszystkich wcześniej poniesionych strat, to jednak dobrze je wykorzystał na uruchomienie nowych linii w spółce Wulkan.

Ziele na Kraterze

Janusz Zatoń wręcz rzutem na taśmę sprzedał zakład u zarania kryzysu. Postąpił w tym momencie jak dobry polski kapitalista i zapytał załogę, czy zechce przejść do pracy u Hiszpana. Poszli jak w dym. Wszyscy chętnie znaleźli się w firmie Fytasa. Chyba liczyli na to, że dzięki nowemu właścicielowi będą spędzać urlopy na Wyspach Kanaryjskich. Tymczasem przyszły lata 2008 i 2009, w których przemysł motoryzacyjny prawie zamarł. Wiele fabryk samochodów wstrzymało produkcję. Firma Brembo przestała zamawiać zaciski w firmie Fytasa. Hiszpański właściciel, nie mając innego wyjścia, wysłał polską załogę na przymusowy urlop, zwany zasiłkiem dla bezrobotnych. Tylko część załogi byłej odlewni Krater znalazła zatrudnienie w spółce Wulkan, a firma Fytasa przestała istnieć, także w Hiszpanii.

Miejsca, gdzie jeszcze kilka lat temu odlewano stal, inż. Janusz Zatoń nie chce oglądać. Hiszpańska upadłość spowodowana wyłącznie kryzysem była bardziej dramatyczna od tej polskiej, którą sam mocno przeżył. Teren po byłej odlewni prawdopodobnie porasta trawa albo inne ziele.

LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here