Zdzielić pozwem przez łeb

0
6

Czy pozwy do sądu cywilnego o ochronę dóbr osobistych lub do karnego o pomówienie mogą być sposobem na uciszenie dziennikarza? Mogą. Przede wszystkim mediów lokalnych. Czy prawo prasowe chroni przed takimi naciskami? Nie chroni.

Uważam, że dziennikarz, który dopuścił się zniesławienia, pomówił, naruszył czyjeś dobre imię dlatego, że czegoś nie sprawdził, nie badał sprawy, pisał pod tezę i nie wykazał się zawodową rzetelnością, powinien ponieść tego konsekwencje. Przeprosić i zapłacić wspólnie z wydawcą odszkodowanie. Mam jednak pewne wątpliwości. Czy powinien odpowiadać karnie z art. 212 kodeksu karnego? A za pomówienie powinien iść do więzienia?

Zakaz straszenia dziennikarza

Artykuł 43 prawa prasowego mówi: „Kto używa przemocy lub groźby bezprawnej w celu zmuszenia dziennikarza do opublikowania lub zaniechania opublikowania materiału prasowego albo do podjęcia lub zaniechania interwencji prasowej – podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”. To właściwie cała ochrona przed naciskami, jaką dysponuje dziennikarz. Oprócz twardego kręgosłupa. Mało? Bardzo. A zastraszać i zniechęcać do publikowania na pewne niewygodne tematy można, nie tylko używając gróźb czy pięści. Można sięgnąć po narzędzia zgodne z prawem, czyli straszyć pozwem o pomówienie lub o naruszenie dóbr osobistych.
Robią tak bardzo często firmy, które sprzedają na pokazach „cudowne” garnki czy urządzenia niby-medyczne, parabanki. Generalnie te, które wpędzają klientów w długi, a potem te długi bezwzględnie egzekwują albo sprzedają równie bezwzględnym windykatorom.

Obrona czy atak?

Od kiedy media zajmują się sprawą SKOK-ów (spółdzielczych kas oszczędnościowo– kredytowych), Krajowa Kasa zapowiada pozwy sądowe przeciwko politykom, ministrowi finansów i przede wszystkim dziennikarzom. Robi to nie pierwszy raz. Pozywa też nie od dzisiaj. Po wielu tekstach dotyczących nieprawidłowości w działaniu SKOK-ów sypały się i sypią nadal pozwy. Blanka Mikołajewska dziennikarka „Polityki”, a teraz „Gazety Wyborczej”, stawała przed sądem wiele razy. Jak mówi: z apelacjami i kasacjami to było ponad 20 spraw. Kasy czasami żądały przeprosin, a innym razem nawet 5 mln odszkodowania. Dwa razy sprawy kończyły się przeprosinami. Reszta była rozstrzygana na korzyść dziennikarki i czasopisma, w którym pisała. „Gazeta Wyborcza”, która ze SKOK-ami też się procesowała, w większości przypadków wygrywała. Przepraszała za drobiazgi.
Ostatnio wśród dziennikarzy gruchnęła wiadomość, że SKOK-i zamierzają pozywać media przed sądami w Stanach Zjednoczonych. Czy to możliwe? Zadzwoniłam do Andrzeja Dunajskiego, rzecznika prasowego Krajowej Kasy, by się dowiedzieć, o co chodzi. Dunajski o amerykańskich pozwach, jak mówi, nie słyszał. Ale podkreśla, że to, co się dzieje z polskimi kasami, jest obserwowane na świecie. Teraz członkiem Rady Dyrektorów Światowej Rady Unii Kredytowych jest Rafał Matusiak z Kasy Krajowej. On jest bardzo w Unii ceniony. To, co się u nas pojawia w mediach o SKOK-ach, może wpłynąć na jego pozycję. Dunajski cały czas powtarzał, iż to nie jest tak, że to kasy oszczędnościowo-kredytowe atakują. One są atakowane. Nie mają żadnej innej, oprócz procesowej, możliwości obrony swojego dobrego imienia.
A czy Krajowa Kasa pozwami próbuje zastraszać i ostatecznie zamknąć usta dziennikarzom? O to także zapytałam Dunajskiego. Przecież procesy za granicą będą jeszcze bardziej dotkliwe dla dziennikarza i wydawcy niż te w kraju. Odpowiedzi wprost nie otrzymałam. Rzecznik zapewniał, że SKOK-i nie prowadzą żadnej wojny z mediami. Nie chcą nikomu zamykać ust. Blanka Mikołajewska zapowiedzi pozwów przed zagranicznymi sądami nie chce nazywać zastraszaniem. To raczej próba wywarcia nacisku, by dziennikarze zaniechali pisania o kasach.

Wyciszyć krytykę

Pozywanie dziennikarzy to nie jest specjalność SKOK-ów. Podobnie na krytykę dziennikarską reagowała w 1997 roku firma Amway sprzedająca bezpośrednio kosmetyki i chemię gospodarczą. W tymże 1997 r. Henryk Dederko nakręcił „Witajcie w życiu”. Bardzo krytycznie zaprezentował koncern. Firma zareagowała pozwem. Oskarżyła twórców filmu o jednostronne i negatywne przedstawianie jej działania. Rozpowszechnianie filmu zostało na wniosek Amway objęte sądowym zakazem publikacji. Potem rozpoczął się wieloletni proces. Przez lata Dederko udowadniał, że dochował dziennikarskiej rzetelności. Udowodnił. Dopiero w 2014 roku – sąd oddalił zarzuty firmy. A dwa lata wcześniej zezwolono wreszcie na emisję filmu w TVP. Ale tak naprawdę to Amway osiągnął swój cel. Krytykę koncernu wyciszono na 17 lat.

Pisma przedprocesowe, pozwy, procesy

Pozew i proces to najcięższa amunicja, jaką można wytoczyć przeciwko dziennikarzowi.
Zazwyczaj zaczyna się od pism przedprocesowych, czyli od straszenia pozwem. Dwa lata temu pisał o tym „Press”. Chodziło o firmę Eco-Vital z Poznania. Sprzedawała na pokazach za tysiące złotych emerytom „cudowne” garnki. W 2013 r. trzy tygodniki lokalne: „Kurier Słupecki”, „Tygodnik Podhalański” i „Gazeta Gryfińska” napisały o spółce. Wszystkie w podobnym tonie: Eco-Vital wykorzystuje naiwność starszych osób. Od razu najmniejsze nieścisłości w tekstach spółka wykorzystała, by wysłać do redakcji pisma przedprocesowe. Żądała od każdej redakcji 25 tys. zł zadośćuczynienia za naruszenie dóbr firmy. Groziła procesem.
– Eco-Vital naiwnie sądzi, że postraszeni pozwem przestaniemy się interesować ich działalnością. Nic bardziej mylnego – tak wtedy zareagował Jerzy Jurecki, wydawca i dziennikarz „Tygodnika Podhalańskiego”. Ale nie wszystkie media mogą sobie na to pozwolić. Dla małych redakcji 25 tys. zł zadośćuczynienia to ogromna suma, a proces to trzęsienie ziemi. Nawet kilkudziesięciotysięczne odszkodowanie może oznaczać upadek gazety. Dlatego niejedna z nich dla świętego spokoju publikuje kłamliwe sprostowania i przestaje pisać.
W przypadku Eco-Vitalu i lokalnych tygodników skończyło się na pogróżkach. Niedawno opisywana spółka zniknęła z rynku, ale na jej miejsce powstały nowe firmy córki. Piszę „córki”, bo mają tego samego ojca – założyciela Pawła Matysa, te same metody działania i tych samych prawników. Eco-Vitalu już nie ma, ale masowo rozsyłane pisma grożące pozwem dały efekt. Nawet jedna z dużych komercyjnych stacji telewizyjnych w reportażu o sprzedawcach garnków nie wymieniła nazwy jednej z takich firm. Chodziło o Vital-Mix z Białegostoku, a z prezes Iwony Jaśkowskiej zrobiła Iwonę J.

Jeśli napiszesz, trafisz przed sąd

Pełnomocnicy spółek i różnych instytucji stosują kruczki prawne, by postraszyć dziennikarza. Dzieje się to nawet już na etapie zbierania materiałów do publikacji. Wtedy, gdy dziennikarz dopiero zadaje pytania. W zeszłym roku, gdy do bohatera mojego reportażu wysłałam pytania, adwokat odpowiedział, że mam przestać niepokoić jego klienta, bo następne pismo o podobnej treści potraktuje „jako przestępstwo nękania w formie pomocnictwa” i oczywiście – co sugerowało pismo – spotkamy się w prokuraturze lub w sądzie. Więcej o nic się nie dopytywałam. Nie mam czasu odwiedzać siedleckich prokuratorów. Napisałam tekst, a po jego publikacji… przyszedł pozew. Nieraz koledzy opowiadali mi, że gdy wysyłali jedynie e-maile, by wyjaśnić jakiekolwiek wątpliwości, od razu odzywał się firmowy prawnik. Dopytywał co, jak i kto zamierza napisać. Jeśli się zorientował, że tekst będzie krytyczny, straszył pozwem o pomówienie i postępowaniem o odszkodowanie. Oczywiście odpowiedzi na zadane pytania nigdy nie przychodziły. Dlaczego? To proste. Wtedy łatwiej dziennikarza przyłapać na jakieś nieścisłości i wytoczyć proces. A może powinno być tak, że jeżeli dziennikarzowi odmówi się odpowiedzi na pytania, to oznacza, że opisywana osoba, firma bądź instytucja rezygnuje z prawa do pozwu?

Ryzyko niezawinionego pozwu

Jest wpisane w nasz zawód. Każdy dziennikarz, który przymierza się do tekstu śledczego, do interwencji dziennikarskiej, musi mieć świadomość, że sprawa może skończyć się w sądzie. Z nim na ławie oskarżonych. I to wcale nie dlatego, że piszący był nierzetelny, ale w myśl zasady: nikt o aferze nie pisze i nie mówi – to afery nie ma.
Każdy ma prawo obawiać się pozwu. Dziennikarze także. Ci w dużych ogólnopolskich redakcjach są w niezłej sytuacji. Mają do dyspozycji prawników, a redakcje pieniądze na prowadzenie procesów. Natomiast ci w redakcjach lokalnych gazet podejmują takie ryzyko… na własny rachunek (dosłownie). Wydawcy często po pierwszym piśmie przedprocesowym takiego zbyt dociekliwego reportera po prostu zwalniają. Trzeba mieć odwagę, by w prasie regionalnej czy samorządowej podejmować aferowe tematy.

LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here