Zew przedsiębiorczości

0
6

Polski system edukacji od lat kształtuje pokolenia, które nie umieją obliczać rzeczywistej raty kredytu, korzystają z pożyczek chwilówek i usług parabanków. Tymczasem, żeby podejmować trafne decyzje finansowe, trzeba umieć szacować, kalkulować i wykonywać różne działania matematyczne.

– Nauka przedsiębiorczości, ekonomii i zarządzania kuleje w polskich szkołach.  Jeśli edukację ekonomiczną rozpoczynałoby się od najmłodszych lat, w przyszłości sytuacje, takie jak afera Amber Gold czy rozpacz frankowiczów,  nie powtórzyłyby się – stwierdza Jakub Przeździecki z Forum Obywatelskiego Rozwoju, organizatora konferencji dla nauczycieli „Edukacja ekonomiczna w XXI w.”.
O tym, że przedsiębiorczość jest jedną z podstawowych  kompetencji, które mają być rozwijane w ramach systemu edukacji, mówiono w Polsce już w 1925 roku. Wtedy Stanisław Grabski, ówczesny minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego, wydał okólnik o tym, że młodzieży szkolnej należy wpajać umiejętność i zasady oszczędzania pieniędzy. Miały temu służyć m.in. szkolne kasy oszczędności (pierwsze powołano w 1927 roku).
Według nowej podstawy programowej nauczanie przedsiębiorczości to priorytet. W raporcie Europejskiej Sieci Informacji o Edukacji sprzed trzech lat wyróżniliśmy się nawet na tle innych państw swoim programem edukacji przedsiębiorczości. Jako jeden z nielicznych krajów mamy obowiązkowy przedmiot: przedsiębiorczość. Czy rzeczywiście polska szkoła jej uczy?

Programy, które nie procentują

Od najmłodszych lat dzieci pośrednio lub bezpośrednio uczestniczą w gospodarce rynkowej. Choć w szkołach podstawowych edukacja ekonomiczna nie jest obecna jako osobny przedmiot, jej funkcję przejmuje głównie matematyka. W podstawie programowej czytamy, że do najważniejszych umiejętności uczniów szkoły podstawowej należy „myślenie matematyczne – umiejętność korzystania z podstawowych narzędzi matematyki w życiu codziennym oraz prowadzenia elementarnych rozumowań matematycznych”. Podobnie ta kwestia wygląda w gimnazjum. Dodatkowo edukacja ekonomiczna ma być realizowana podczas nauczania wiedzy o społeczeństwie (według podstawy programowej). Na czwartym etapie edukacji, czyli w liceum, pojawiają się dwa przedmioty związane z ekonomią: obowiązkowy  nauczany w zakresie podstawowym – podstawy przedsiębiorczości (co najmniej 60 godzin w ciągu trzech lat) oraz dodatkowy – ekonomia w praktyce. Ten drugi został wprowadzony nowym programem nauczania MEN w roku szkolnym 2012/2013 jako przedmiot uzupełniający, rozwijający zainteresowania. Licealiści uczą się na nim, jak w całości zrealizować przedsięwzięcia: od pomysłu przez przygotowanie planu, wdrożenie go aż do analizy efektów.
Choć są to przedmioty stosunkowo nietrudne, to uczniowie traktują je jako zło konieczne. Powodem jest brak umiejętności nauczycieli. Prowadzą nudny wykład, są niezaangażowani, nie czują potrzeby takiego nauczania. Zdarzają się twórczy nauczyciele, którzy korzystają z dodatkowych, ciekawych materiałów, ale wielu uczy przedsiębiorczości w oderwaniu od realiów codziennego życia, przedstawiając zagadnienia jak sprawy abstrakcyjne.
Arkadiusz Walczak, dyrektor Warszawskiego Centrum Innowacji Edukacyjno-Społecznych i Szkoleń (WCIES), zauważa: – Ciągle w Polsce kształcimy specjalistów z danego przedmiotu, a nie nauczycieli, którzy mają uczyć. Co z tego, że ktoś dużo wie, jeśli nie umie przekazać swej wiedzy. Do niedawna dość często przedsiębiorczości uczył historyk lub geograf. Przedmioty związane z przedsiębiorczością mają również niski status, ponieważ nie są przedmiotami maturalnymi.

– Nawet na studiach ekonomicznych większość studentów nie do końca wie, jak oblicza się raty kredytu czy też jak porównywać opłacalność różnych lokat. Co więcej, z doświadczenia wiem, że spora część doradców kredytowych nie zna na pamięć wzorów, np. na wyliczanie malejącej raty kapitałowej dla kredytów hipotecznych realizowanych w walucie zagranicznej – zauważa dr Przemysław Kusztelak z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego.

Kulawa matematyka

Choć edukację ekonomiczną w pewnym stopniu wprowadza się na matematyce, to wciąż nie ma matematyki finansowej i praktycznej, której powinno się uczyć od pierwszych klas podstawówki. Oprocentowanie kredytów, lokat itp. liczy się tylko w profilach rozszerzonych, czyli w kasach matematycznych. Uczniowie klas humanistycznych, w których obowiązują jedynie podstawy matematyki, nie otrzymują wystarczających narzędzi, by w dorosłym życiu podejmować korzystne decyzje związane np. z wyborem kredytu. Matematyka po 25 latach powróciła jako obowiązkowy przedmiot na maturze od 2010 roku. Matematycy alarmują, że choć poziom trudności egzaminu jest niski, w 2014 roku zdało go tylko 75 proc. maturzystów. A my chcielibyśmy, żeby matematycy zamiast bić na alarm, przygotowali odpowiednio uczniów do matury z matematyki. – Na usunięcie przed laty matematyki z matury pozwoliła sobie tylko Polska. Skutki tej lekkomyślności będziemy niwelować jeszcze dziesiątki lat – podsumowuje Bronisław Pabich ze Szkoły Matematyki Alfa w Krakowie.
O tym, że poziom nauczania matematyki jest coraz niższy, świadczy też to, że na początku studiów uczelnie muszą prowadzić zajęcia wyrównawcze, by nowo przyjęci studenci mogli nadrobić zaległości.
Matematyki w szkole nie jest dużo, zwłaszcza w profilu podstawowym. Według wytycznych MEN obligatoryjna liczba zajęć z matematyki na różnych poziomach nauczania powinna wynosić:

  • szkoła podstawowa – co najmniej 450 godzin (w ciągu sześciu lat)
  • gimnazjum – co najmniej 385 godzin (w ciągu trzech lat)
  • liceum – co najmniej 300 godzin, przy czym klasy o profilu matematycznym mają więcej godzin (przez trzy lata).

Zdarza się, że na którymś etapie są tylko trzy godziny tygodniowo matematyki. To uniemożliwia przećwiczenie omawianych tematów, a przede wszystkim kształtowanie umiejętności analizowania i matematycznego myślenia.
Poza tym pomimo szybkiego rozwoju technologii nauczyciele matematyki dość rzadko stosują pomoce multimedialne. Jak wynika z „Raportu o stanie edukacji – Liczą się nauczyciele” z 2014 roku, z programów komputerowych do rozwiązywania zadań matematycznych korzysta co trzeci nauczyciel matematyki w szkole podstawowej, co czwarty w gimnazjum i zaledwie co piąty w liceum, technikum i szkole zawodowej. Często nie robią tego z powodu braku umiejętności stosowania nowych technologii – aż 77 proc. nauczycieli matematyki szkół podstawowych i 73 proc. nauczycieli matematyki w gimnazjum zgłasza potrzebę uczestnictwa w szkoleniach z tego zakresu. Nauczyciele nie mają obowiązku doskonalenia zawodowego, choć robią to często na własną rękę. Czasem nie mają w ogóle możliwości udziału w szkoleniach. – Sytuacja wygląda bardzo różnie, ponieważ system doskonalenia nauczycieli jest uzależniony od decyzji lokalnych samorządów. W Warszawie mamy ośrodek doskonalenia, który oferuje bezpłatne szkolenia dla nauczycieli z warszawskich szkół – mówi Arkadiusz Walczak, dyrektor WCIES. W szkoleniach WCIES w ciągu roku uczestniczy 30 tys. nauczycieli.

– Na przykład zaciąganie kredytu to temat bardzo ważny społecznie i silnie działający na emocje w kontekście kredytów na kupno mieszkania i ich późniejszego spłacania. Ludzie np. na ogół wierzą, że kredyt spłacany przez 30 lat jest korzystniejszy niż kredyt na 20 lat, a przecież stosunkowo łatwo (z użyciem kalkulatora) jest policzyć całkowitą kwotę do spłacenia przy obu wariantach – podkreśla prof. Zbigniew Semedeni z Instytutu Matematyki Uniwersytetu Warszawskiego.

Szczypta historii zwiększa sumę

Edukacja ekonomiczna jest interdyscyplinarna. Nie chodzi w niej tylko o matematykę. Liczą się też umiejętność negocjacji czy znajomość związanych z nią wydarzeń historycznych, np. wiedza o wielkim kryzysie.
– Młodzież w liceum często nie zna skutków masowego dodruku pieniędzy. Nauka historii jest bardzo ważna. To przecież nie tylko wojny i daty, ale też procesy. Historia jako nauka o błędach powinna wyczulać kolejne pokolenia na takie sytuacje. I to właśnie po to, by nie powtarzać błędów naszych przodków, również tych gospodarczych – mówi Jakub Przeździecki z FOR-u.

Pozwólmy dzieciom się liczyć

„Poznając mechanizmy działania gospodarki rynkowej, stajemy się świadomymi uczestnikami rynku, którzy potrafią rozsądnie i umiejętnie gospodarować swoimi finansami. Jak wynika z doświadczenia krajów takich, jak Szwecja czy Stany Zjednoczone, gdzie podstawowe zasady funkcjonowania rynku poznają już przedszkolaki, odpowiednio wcześnie rozpoczęta edukacja ekonomiczna pozwala wystrzec się wielu błędów przy podejmowaniu ekonomicznych decyzji w dorosłym życiu. Z badań wynika, że wiek ok. 10 lat, kiedy dziecko potrafi już sprawnie rozwiązywać działania matematyczne, to najlepszy moment na to, by zacząć wprowadzać go w świat gospodarki rynkowej” – pisze Daniel Greps w książce „Zacznij się liczyć – edukacja ekonomiczna dla najmłodszych”.  Trzeba uświadamiać najmłodszym dzieciom, że pieniądze nie rosną na drzewach ani w bankomatach. Z badań wynika, że 35 proc. rodziców w ogóle nie rozmawia ze swoimi dziećmi na temat finansów, a połowa z tych, którzy prowadzą takie rozmowy, robi to sporadycznie. Tę elementarną wiedzę młodzież musi więc wynieść ze szkoły.
– Z praktyczną ekonomią mamy do czynienia każdego dnia.  Kupno drożdżówki, liczenie zadań z procentami na matematyce, podejmowanie decyzji zakupowych przy określonych zasobach gotówki, wrzucanie drobnych śpiewającej na ulicy pani to wszystko jest ekonomią  – zauważa Jakub Przeździecki z FOR-u.

Zew biznesu

W edukacji powinniśmy postawić na ekonomię eksperymentalną, czyli uczenia się ekonomii poprzez własne doświadczenie. – Matematyka na poziomie podstawowym powinna być użyteczna, dlatego warto ją ściśle powiązać z ekonomią, by uczeń widział jej przydatność w życiu. Jeśli zadania będą wykorzystywały kwestie usług bankowych, kredytów mieszkaniowych, lokat, oprocentowania kart kredytowych, to tym lepiej dla tych uczniów – zauważa Arkadiusz Walczak. W niektórych szkołach realizowane są ciekawe projekty, które taką wiedzę w formie zabawy przekazują uczniom. Czasem włączają się inne publiczne placówki. Dwa lata temu w Bibliotece Suskiej przeprowadzono po raz pierwszy warsztaty „Zacznij się liczyć” dla trzecioklasistów. Dzieci poznały m.in. historię pieniądza, zasady funkcjonowania rynku. – Dzieci nie miały poczucia, że się czegoś uczą, tylko że się dobrze bawią. Wszystko było przemyślane i dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. Zaoferowaliśmy im coś zupełnie innego niż szkoła –  edukację „przy okazji”, edukację zakamuflowaną – podsumowuje projekt Wojciech Gach, dyrektor Biblioteki Suskiej.
Od kilku lat FOR organizuje konkurs na komiks ekonomiczny, który ma być alternatywą dla nudnych i skostniałych podręczników. Powstają gry internetowe, które uczą oszczędzania, zarządzania budżetem, inwestowania, prowadzenia biznesu, np. www.twojbudzetrodzinny.pl, www.business-zone.com.pl.
Dr Przemysław Kusztelak z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego proponuje np., by każdy uczeń dostał do ręki pewną wirtualną sumę pieniędzy, np. 20 zł. Jego zadanie polegałoby na inwestowaniu tej kwoty przez np. cały semestr, tak by osiągnąć jak najwyższe zyski. Uczniowie, którzy zyskaliby najwięcej, otrzymaliby nagrodę – w postaci np. ocen z przedmiotu, dyplomów bądź innych nagród. W tej sytuacji zyskaliby dodatkowe bodźce do starania się – finansowy, element rywalizacji, oceny z przedmiotu, chęć pokazania innym, że umieją inwestować itd.  – Na WNE UW stosujemy taki model nauczania, np. na przedmiotach finansowych zadaniem studentów jest inwestowanie pewnej założonej sumy pieniędzy na giełdzie. Tworzą portfele inwestycyjne (są rynki, na których można grać fikcyjnymi pieniędzmi) i następnie analizowane są wyniki. Oczywiście przekładają się one na oceny końcowe z przedmiotu. Największą jednak radość sprawia studentom możliwość rywalizacji z wykładowcą, a wygranie z nim jest najlepszą nagrodą – przekonuje dr Przemysław Kusztelak.

LEAVE A REPLY

Please enter your comment!
Please enter your name here