Strona główna Finanse Uczeń ryzykuje jak górnik

Uczeń ryzykuje jak górnik

0
Uczeń ryzykuje jak górnik

Jak wynika z danych Ministerstwa Edukacji Narodowej, w roku szkolnym 2014/2015 w polskich placówkach edukacyjnych doszło do ponad 71 tys. wypadków, z czego zdecydowana większość, bo niemal 57 tys., przytrafiła się uczniom podstawówek i gimnazjum. Ponieważ chodzi do nich ok. 3,3 mln uczniów, statystycznie wypadkowi uległo jedno na 58 dzieci.
Co szósty ma pecha
Na szczęście większość incydentów kończy się co najwyżej nabiciem guza, skręceniem kostki czy rozbitym kolanem. Kiedy jednak uwzględni się, że nauka w podstawówce i gimnazjum trwa łącznie dziewięć lat, ryzyko, że przynajmniej raz w ciągu swojej edukacji uczeń ulegnie wypadkowi, wzrasta do prawie 16 proc. Innymi słowy: jednemu dziecku na sześć na pewno coś się przytrafi! Na nic zdadzą się próby zapobiegnięcia nieszczęściu. Jeśli przezorny rodzic zwolni swoje dziecko z ćwiczeń na WF-ie, bo wie, że blisko połowa wypadków zdarza się podczas lekcji z tego przedmiotu, to i tak będzie musiało być na zajęciach – tyle że siedząc na bocznej ławce. Może dzięki temu uniknie ryzyka złamania ręki w ferworze gry w koszykówkę, ale za to narazi się na cios zrykoszetowaną piłką do gry.
Niestety, oprócz lżejszych obrażeń w szkołach zdarzają się także wypadki śmiertelne. Od września 2014 do końca czerwca 2015 roku było ich w sumie 10 (do połowy z nich doszło w technikach i zasadniczych szkołach zawodowych). Dla porównania w ubiegłym roku śmierć podczas pracy poniosło łącznie 16 górników, a liczba zgonów wśród zatrudnionych w budownictwie sięgnęła blisko 70. Kiedy weźmie się pod uwagę, że uczniów jest w Polsce znacznie więcej niż pracowników kopalni czy budowlańców, wyjdzie na to, że ryzyko śmierci w szkole jest znacznie niższe. Jednak już prawdopodobieństwo odniesienia lżejszych obrażeń jest już większe. W 2015 roku wypadkowi uległo 1,35 proc. górników, a odsetek kontuzjowanych wśród pracowników placów budowy wyniósł jedynie 0,7 proc. W przypadku uczniów podstawówek i gimnazjów było to aż 1,7 proc. Dodam, że w tym czasie nie zginął w Polsce żaden kaskader filmowy.
Ofiary bójek poza odszkodowaniem
Firmy ubezpieczeniowe lubią posługiwać się tymi danymi, bo zapewniają im klientów. Ryzyko najcięższego w skutkach zdarzenia wynoszące jak 1 do 400 tys. (uwzględniłem też uczniów techników i zawodówek), choć niewielkie, jest porównywalne z prawdopodobieństwem zgonu w wypadku samochodowym i niemal 100 razy wyższe niż wynosi ryzyko śmierci w katastrofie lotniczej. Te dane w połączeniu ze znacznie bardziej prawdopodobną możliwością odniesienia lżejszego urazu sprawiają, że w obawie o los swoich dzieci rodzice bez chwili wahania dają się nakłonić na wykup oferowanego przez ubezpieczycieli, a rekomendowanego przez dyrekcje szkół ubezpieczenia od następstw nieszczęśliwych wypadków (NNW). I właśnie o to w tym wszystkim chodzi – klient, czyli w tym przypadku rodzic, ma się o swoje dziecko bać, a za pozorne zapewnienie mu bezpieczeństwa wyłożyć pieniądze.
W praktyce wygląda to najczęściej tak, że podczas szkolnej wywiadówki dowiaduje się o tym, że np. do końca września zbierane są pieniądze na wykupienie dziecku polisy ubezpieczeniowej, dzięki której jego pociecha w razie ewentualnego wypadku będzie mogła liczyć na odszkodowanie. Koszt to zazwyczaj od 20 do 50 zł. Ani słowa o tym, czy ubezpieczenie jest dobrowolne czy obowiązkowe, ani o tym, jakie są jego dokładne warunki. Brzmi znajomo? Tylko co bardziej dociekliwi dowiedzą się, że maksymalna kwota takiego ubezpieczenia wynosi przeważnie od 5 do 15 tys. zł oraz że jego kupno wcale nie jest obowiązkowe. Praktycznie nikt nie zapozna się z jego szczegółową specyfikacją, skąd dowiedziałby się m.in. tego, że uszczerbek na zdrowiu powstały w wyniku bójki między uczniami, w której np. jeden stracił zęba, nie jest w ogóle refundowany. Podobnie w razie wypadku podczas pozaszkolnych zajęć. Choć przeważnie polisa NNW chroni ucznia także przed i po zajęciach, to jednak w niektórych przypadkach koszt leczenia kontuzji odniesionej podczas treningu piłki nożnej będzie trzeba pokryć z własnej kieszeni. W natłoku innych codziennych obowiązków większość rodziców najpewniej pokornie uiści należną za ubezpieczenie kwotę i poczuje, że na wypadek nieszczęścia ma asekurację.
100 procent uszczerbku to śmierć
Rodzice, którzy ubezpieczają dzieci na 10 tys. zł, mocno się dziwią, gdy otrzymują odszkodowanie za doznane przez dziecko w szkole urazy. Owe 10 tys. zł wypłacone zostaje jedynie w przypadku 100 proc. uszczerbku na zdrowiu, czyli mówiąc wprost – w przypadku śmierci. Kalectwo czy tymczasowy uszczerbek na zdrowiu są znacznie niżej rekompensowane. Z tabel udostępnianych przez ubezpieczycieli wynika (dane dla PZU, Allianz oraz Hestii), że złamany ząb, np. przy upadku na szkolnych schodach, to co najwyżej 1–2-proc. uszczerbek na zdrowiu. Skręcona kostka to maksymalnie 3 proc., a złamana ręka to nie więcej jak 15 proc. pełnego uszczerbku. Oznacza to, że w ramach rekompensaty za trzy tygodnie chodzenia w gipsie dziecko w sprzyjających okolicznościach może liczyć co najwyżej na 1,5 tys. zł. Jeśli przez przynajmniej tydzień chodziło o kulach, bo skręciło kostkę – dostanie 600 zł, a za wybity ząb otrzyma maksymalnie 300 zł odszkodowania. Jeśli ktoś liczy na większe pieniądze, wówczas musi odpowiednio więcej zapłacić za kupno polisy.
Należy też wiedzieć, że ubezpieczenie dziecka, na którego wykup pieniądze dajemy wychowawczyni, prawie zawsze oferowane jest w wariancie podstawowym. W przypadku tego typu polisy rodzic nie ma co liczyć na dodatkowe pieniądze potrzebne np. na pokrycie kosztów długotrwałej rehabilitacji. Do tego konieczne jest nabycie polisy w opcji rozszerzonej, która, jak sprawdziłem, jest przeciętnie od kilkudziesięciu procent do ponad dwóch razy droższa od standardowej.
Ubezpieczeniowa żyła złota
Co prawda ubezpieczyciele nie udostępniają danych na temat tego, ilu uczniów skorzystało z oferowanego przez nich ubezpieczenia NNW, ani ile wypłacili z tego tytułu rekompensat, jednak z pewnym przybliżeniem możemy ustalić skalę ich działalności. Dotarłem do informacji, że w jednej ze szkół oferowane ubezpieczenie wykupiło ok. 80 proc. uczniów.
Zakładając, że podobny odsetek był także w pozostałych polskich placówkach, możemy wyliczyć, że polisę posiada w sumie ok. 2,7 mln uczniów szkół podstawowych i gimnazjów (oprócz nich w Polsce mamy także m.in. 1,4 mln uczniów szkół ponadgimnazjalnych, czego kalkulacja nie uwzględnia). Przy przeciętnym koszcie wynoszącym 40 zł daje to łączną wartość zebranych przez ubezpieczycieli składek na poziomie 108 mln zł (przyjmijmy, że każda polisa opiewa na 10 tys. zł). Wiedząc, że ryzyko wypadku (opierając się na danych MEN z roku szkolnego 2014/2015) w tej grupie wynosi 1,7 proc., daje to łączną liczbę 45,9 tys. ubezpieczonych dzieci, którym należało w 2014 lub 2015 roku wypłacić odszkodowanie. Przyjmując, że przeciętny uszczerbek na zdrowiu oceniono na poziomie 4,5 proc. (czyli przy 10 tys. polisy jest to 450 zł) całkowitego uszczerbku, daje to łączną kwotę rekompensat na poziomie 20,6 mln zł. Reszta, czyli przeszło 87,3 mln zł, stanowiła przychód ubezpieczycieli. Niewiele jest innych biznesów, które potrafią zapewnić aż tak wysokie profity. To, że sprzedawanie uczniom ubezpieczeń to świetny interes, potwierdzają także dane Komisji Nadzoru Finansowego. Według nich w całym 2015 roku z każdej złotówki wydanej na kupno ubezpieczenia wypadkowego (dane dotyczą nie tylko uczniów, ale także innych osób, które wykupiły polisy) w formie odszkodowania wypłacono niespełna 22 gr. Reszta, czyli prawie 78 groszy, została na kontach ubezpieczycieli. Niemal dokładnie tyle samo, ile w moich wyliczeniach.
W pakiecie gratyfikacja
Internetowe serwisy pełne są nieoficjalnych relacji nauczycieli, członków dyrekcji szkół czy pośredników ubezpieczeniowych świadczących o tym, że walka o uczniów w ubezpieczeniowej branży jest zażarta. Mowa jest o łapówkach, wywieraniu presji na rodziców czy odmowie dostępu do szczegółowej specyfikacji oferowanego ubezpieczenia. Tych wypowiadających się oficjalnie jest niewielu. Jeden z wyjątków to dyrektor I LO w Kędzierzynie-Koźlu Ryszard Więcek, którego słowa publikuje „Nowa Trybuna Opolska”. Powiedział, że co roku trafiają do niego propozycje od kilkunastu towarzystw ubezpieczeniowych, w tym także takie, które sugerują, że w podzięce za zarekomendowanie Radzie Rodziców ich oferty dyrektor może liczyć na dodatkowe gratyfikacje. Z kolei Mirosław Śnigórski z PSP nr 2 w Opolu dodaje, że na ewentualne prezenty się godzi, ale wyłącznie jeśli służą interesowi szkoły. Podaje przykład towarzystwa, z którym współpracuje, a które na swój koszt zamontowało monitoring i wyremontowało szkolne boisko. Z punktu widzenia ubezpieczyciela to całkiem rozsądne podejście – kamery w szkole to większy spokój na korytarzach, a nowe boisko np. z trawiastą, a nie betonową, nawierzchnią to mniejsze ryzyko kontuzji, co z kolei przekłada się na mniej wypłaconych odszkodowań.
Moim zdaniem właśnie w tym kierunku powinno to zmierzać – zamiast straszyć uczniów i ich rodziców, że śmierć czy kalectwo czają się na każdym kroku, można przyczynić się do tego, żeby chodzenie do szkoły było bezpieczniejsze. To, że ubezpieczyciele na tym zyskają, bo mniej wypłacą rekompensat – to pewne. Czy wraz ze wzrostem bezpieczeństwa uczniów obniżą cenę polisy? To już nie jest pewne.