Moje ulubione biuro podróży przysłało e-maila z ofertą wakacyjną. – To już? Przecież dopiero co rozpakowałam walizki po feriach zimowych? – jęknęłam, spoglądając na kalendarz. Kupowanie wakacji kojarzy mi się z końcem roku szkolnego, ostatnimi podrygami zadań domowych, sporów wokół nieuważania na lekcjach… Ale nic się nie zmieniło, środek marca, czyli do wakacji ho, ho! i jeszcze trochę. A jako samotna matka w wersji smart nie daję się skusić na 10-proc. rabat i gwarancję najniższej ceny, pod warunkiem wpłacenia 40 proc. zaliczki na
poczet wyjazdu. Nigdy.
Oferty first minute są na pewno bardzo atrakcyjne, przede wszystkim dla samych biur podróży – żywa gotówka w tym biznesie (zresztą jak w każdym innym) jest w cenie, a jeśli jeszcze można nią bez przeszkód obracać przez kilka miesięcy… Cóż, najwyraźniej kiepski ze mnie sponsor. Jeśli już decyduję się na wakacje z biurem podróży, zawsze kupuję „lasty”. No, bo – jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. Zdecydowana większość biur podróży samotnych rodziców traktuje jak ostatnich frajerów. „Dziecko do lat 12 gratis!”, „Dziecko gratis!”, a nawet „Dwoje dzieci gratis!”. Drobniejszym druczkiem zaś „przy dwóch pełnopłatnych osobach dorosłych”. Dzięki wielkie.
Biura podróży najwyraźniej opanowali talibowie, murem stojący za nierozerwalnością instytucji małżeństwa, nieprzyjmujący do wiadomości, że dzieci posiadają również rodzice samotni, albo tylko – pojedynczy. A nawet – o tempora, o mores! – że współcześnie się zdarza, iż rodziny chcą lub muszą odpoczywać oddzielnie. Że w lipcu to ojciec wyjedzie na tydzień z dzieckiem do Hiszpanii, a w sierpniu z latoroślą na wyspy greckie chce polecieć mama. Bo akurat tak mogą w pracy wziąć urlop. Albo – on chce zwiedzać, ona – leżeć na plaży. Albo – rodzice co prawda spędzą z dzieckiem wakacje razem, calutkie dwa tygodnie, ale rozpieszczanego wnuka chce jeszcze na tydzień na Kanary zabrać dziarski dziadek. Bez sugerowanej przez biuro podróży babci.
Samotni, albo tylko pojedynczy, rodzice to we współczesnym świecie (również w naszym pięknym kraju) niezły kawałek konsumenckiego tortu. Zachodzę w głowę, dlaczego branża turystyczna to ignoruje i zmusza nas do płacenia pełnej stawki za małe dzieci (takie do 11. roku życia) w przypadku większości ofert. Zdarzają się biura podróży, które oferują wakacje w modelu 1+1 (osoba dorosła i dziecko), proponując w przypadku dziecka wyłącznie opłatę za przelot. Wyjątek potwierdza regułę. Ubiegłorocznym hitem było dla mnie porównanie dwóch ofert na ten sam wyjazd na jednym z największych portali pośredniczących w zakupie wakacji. Tydzień na jednej z greckich wysp, last minute, w wersji dwie osoby dorosłe kosztował 1,4 tys. zł. W wersji osoba dorosła i dziecko w wieku ośmiu lat – 1,7 tys. zł. Dlatego – jak Kuba Bogu, tak Magdalena biurom podróży.
Nigdy first minute! Precz z wiarą w rabaty od cen regularnych! Zdecydowane TAK! dla „lastów”, a najlepiej – superekstra last minute w wersji HIT! Oczywiście – wyłącznie na początku sezonu (bo im dalej w las, czyli bliżej połowy sierpnia, tym prawdopodobieństwo plajt w branży większe). Oczywiście – wyłącznie w biurach dużych, renomowanych (choć i renoma nie płaci rachunków i już nieraz renomowane biura upadały).
I nie, nie uważam, że samotnym rodzicom należą się przywileje. Ale karać ich, chyba też nie ma szczególnie za co. Marzy mi się oferta dla rodziców – nieważne podwójnych czy pojedynczych. Hotele z klubami dla dzieci, figle-migle… Za możliwość czytania książki na basenowym leżaku przez dwie, trzy godziny, bez konieczności zerkania co pół sekundy, co porabia latorośl, mogłabym oddać naprawdę dużo. Czekam, aż moje ulubione biuro podróży się domyśli, że może nawet zmieniłabym zdanie i kupiłabym superekstra first minute wakacje w hotelu dla rodzin, gdybym nie czuła się tak z góry skreślona. Na razie wciąż to samo. Wklepuję na stronie internetowej: liczba osób dorosłych – 1, liczba dzieci – 1, wiek dziecka – 8. „Przykro nam, taka konfiguracja oferty nie istnieje”. No jak to nie istnieje?! A my?