W zeszłym roku Polacy wyrzucili na śmietnik 2 mln ton jedzenia – wynika z danych polskiego Banku Żywności. Oznacza to, że w przeciętnej czteroosobowej rodzinie każdego dnia marnuje się przeszło 0,5 kg produktów spożywczych. To jednak tak naprawdę tyle co nic. 7 mln ton rocznie wyrzucają przedsiębiorstwa. Połowa strat powstaje, jeszcze zanim produkty trafią do sklepów. Odpowiedzialne za to są firmy związane z rolnictwem oraz przetwórstwem. Swoje dokładają także sieci handlowe, dystrybutorzy oraz branża gastronomiczna.
Polacy są bezpieczni
Żywność marnujemy zarówno z powodu niegospodarności, jak i powszechnego nadmiaru jedzenia. Nieefektywne są też mechanizmy rynkowe, które sprawiają, że często bardziej opłaca się wyrzucić coś na śmietnik, niż oddać do skupu lub Banku Żywności. W opracowanym na zlecenie DuPont indeksie GFSI (Światowy Indeks Bezpieczeństwa Żywnościowego) Polska znalazła się w grupie 29 państw o najwyższym poziomie bezpieczeństwa żywnościowego. Wskaźnik bierze pod uwagę m.in. ogólną dostępność żywności, poziom cen i jakość oferowanych produktów. Tak więc przeciętny Polak o jedzenie się nie martwi. Są kraje, w których kupowanie jedzenia jest jeszcze łatwiejsze niż u nas. Jak podaje ONZ ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO), w Stanach Zjednoczonych, które są liderem indeksu GFSI, aż połowa kupionego jedzenia trafia na śmietnik. W innych wysokorozwiniętych krajach nie jest wiele lepiej.
Nadmiar
Jeszcze nigdy nie produkowano na świecie tak dużo żywności, a jej ceny nie były tak niskie. Wytwarzamy aż dwukrotnie więcej jedzenia niż jeszcze w połowie lat 80. XX wieku. Wysoka produkcja pociąga za sobą niskie ceny. Indeks cen żywności FAO – po uwzględnieniu inflacji – jest dziś praktycznie na tym samym poziomie co 30 lat temu. Natomiast przeciętny obywatel świata stał się ponad dwa razy bogatszy. Nadmiar żywności w krajach wysokorozwiniętych oraz w tych rozwijających się, niestety, sprzyja marnotrawstwu. Konsumpcja nie nadąża za rosnącą produkcją. Najnowszy raport ONZ nie pozostawia złudzeń – aż 1,3 mld ton, czyli blisko jedna trzecia globalnej podaży żywności trafia do śmieci.
Niedobór
Ilość żywności, która ląduje w śmieciach, wystarczyłaby do zaspokojenia potrzeb wszystkich głodujących na naszej planecie: blisko miliarda osób. Najbardziej głodni pozostają mieszkańcy Afryki. Jedynie trzy kraje: RPA, Egipt i Botswana w indeksie GFSI uznano za stosunkowo dobrze zaopatrzone. Reszta państw Czarnego Lądu bardziej lub mniej walczy z powszechnym głodem. DuPont wskazuje, że w brzuchu burczy też ludziom w Bangladeszu, Nepalu i ogarniętej wojną Syrii.
Progres i regres
Kiedy w jednej części świata panuje epidemia otyłości i gorączka odchudzania, druga część świata głoduje. Wzrost produkcji żywności w Europie, Ameryce czy Azji w żaden sposób nie wpływa na to, jak rozwija się rolnictwo w Afryce. Dlatego wciąż jest przestarzałe i nieefektywne. Nie ma tam też pieniędzy na modernizację. Produkcja na czarnym kontynencie jest dziś niższa niż 50 lat temu! Intuicja podpowiada proste rozwiązanie – wystarczy efektywniej gospodarować zasobami, które posiadają rozwinięte gospodarki i zamiast marnować jedzenie, przerzucić je do Afryki i innych potrzebujących regionów. Próbują to robić liczne organizacje humanitarne, rządy czy unijne instytucje. W 2014 roku – według raportu GHA (Światowa Pomoc Humanitarna FAO) – wartość udzielonej publicznej pomocy była najwyższa w historii i wyniosła prawie 19 mld dol. Największy wkład w nią miały Stany Zjednoczone i Wielka Brytania. Polska w postaci składek członkowskich dla organizacji pomocowych dorzuciła ponad 1 mld zł. Większość z przekazanych pieniędzy trafiła na Bliski Wschód i do Afryki. W ostatnich latach największym beneficjentem był Sudan. Dziś – Syria.
Ślepa pomoc
W opinii wielu specjalistów oferowana pomoc często zamiast wspierać, szkodzi ubogim gospodarkom. W takim tonie wypowiada się m.in. profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego Adam Bieniek. Zauważa, że wsparcie nie trafia tam, gdzie jest najbardziej potrzebne, tylko do miejsc, które wskaże dana organizacja humanitarna czy rząd. Zdaniem Banku Światowego tylko 15 proc. dolarów wysłanych do Afryki czy Azji rzeczywiście trafia do potrzebujących. Oferowana żywność i inne artykuły wspierają korupcję i przyczyniają się do powstawania lokalnych napięć. W wielu przypadkach wykorzystywana jest również jako element gry politycznej. W Somalii członkowie Al-Kaidy rozdawali ryż i inne podstawowe produkty, chcąc zyskać przychylność lokalnej ludności i zwerbować nowych bojowników. Dorobić się na pomocy próbują także grasujący u wybrzeży kraju piraci. Konwoje z pomocą są łatwym celem dla napastników. Przedstawicielom agencji humanitarnych zarzuca się niekompetencję. Wokół prób międzynarodowej pomocy szczególnie głośno było w trakcie wojny domowej w Rwandzie w latach 90. XX wieku. Holenderska dziennikarka Linda Polman opisuje, że organizacje humanitarne pomagały członkom plemienia Hutu, które było odpowiedzialne za zabicie setek tysięcy rodaków pochodzących z plemienia Tutsi. Pomoc zamiast do ofiar trafiła do napastników, a nad jej „rzetelnym” podziałem czuwała – według różnych szacunków – nawet kilkusettysięczna armia żołnierzy Hutu. Materialne wsparcie na ogół pozwala tylko na krótko zaspokoić głód, ale w dłuższym terminie nie rozwiązuje problemu braku na co dzień wystarczającej ilości jedzenia.
Według prof. Bieńka skuteczniejsza byłaby np. nauka przedsiębiorczości. Na jej efekty należałoby jednak czekać kilka lat, rządy bogatszych państw stawiają więc na doraźną pomoc, której efekt, choć jest niewielki, odczuwa się od razu. Zawsze to dodatkowy atut w przetargu o wyborców. Jak podaje GHA, przed dwoma laty również prywatne przedsiębiorstwa przeznaczyły na pomoc blisko 6 mld dol., z czego do Afryki trafiła połowa tej kwoty.
Zamiast drenażu
Wydaje się, że kluczem do rozwiązania problemu jest nie większa pomoc, a nakłonienie przedsiębiorców do zwiększenia skali inwestycji na Czarnym Lądzie. Do tego potrzebny jest jednak wewnętrzny popyt na oferowane produkty. Choć w Afryce działa już całkiem sporo międzynarodowych korporacji, to skupiają się jednak głównie na poszukiwaniach ropy naftowej czy metali szlachetnych. Wydobyte towary są następnie wywożone za granicę, gdzie znajdują nabywców. Do lokalnej ludności – głównie z braku pieniędzy – nie trafia praktycznie nic. Mało która zagraniczna firma zajmuje się natomiast produkcją związaną z rolnictwem czy innymi usługami wspierającymi lokalną gospodarkę. Wśród wyjątków jest np. polski Ursus mający w Etiopii i Tanzanii fabryki maszyn rolniczych. Dla naszej firmy to dobry biznes. Dla lokalnych gospodarek również. Dzięki obecności w Afryce Ursus zmniejsza koszty produkcji, a miejscowi mają pracę. Realizowany przez polski rząd program GoAfrica zachęca także innych przedsiębiorców. Grupa Azoty chce wybudować w Kenii fabrykę nawozów. W RPA montownię maszyn górniczych posiada Kopex. Natomiast produkujący opakowania Can-Pack działa w Maroku i Egipcie. Wymienione przedsięwzięcia koncentrują się nie tylko na drenażu posiadanych przez Afrykę zasobów naturalnych, ale w realnym stopniu przyczyniają się do wzrostu jej gospodarczego potencjału.
Można zacząć od portfela
Aby żywność zaczęła płynąć do Afryki szerszym strumieniem, muszą znaleźć się chętni do jej kupna. Bieda sprawia, że mało kto chce dystrybuować swoje produkty w tym rejonie. Żywność taniej jest wyrzucić, niż narażać się na wysokie koszty transportu i ryzyko, że i tak się zmarnuje, bo ludzie nie mają pieniędzy, by ją kupić. Gdyby jednak w portfelu przeciętnego mieszkańca Afryki w końcu pojawiło się trochę gotówki, to z pewnością znaleźliby się tacy, którzy zobaczyliby w tym szansę na biznes. Dobrym rozwiązaniem problemów na Czarnym Lądzie jest też turystyka. Wyjazdy do Afryki (poza Egiptem czy Tunezją) wciąż mają elitarny charakter, a ruch jest stosunkowo niewielki. Według UNWTO (Światowa Organizacja Turystyki) w 2014 roku kontynent odwiedziło zaledwie 53 mln turystów (dla porównania do stukrotnie mniejszej Polski przyjechało w tym czasie prawie 16 mln osób). Niestety, zamożni turyści w wielu przypadkach wykorzystują niewiedzę i naiwność tubylców. Z jednej strony płacą kilka tysięcy dolarów za wyjazd na safari, z drugiej targują się o każdy cent przy kupnie lokalnych pamiątek. Rządy poszczególnych państw starają się temu zapobiegać. Przykład stanowi trekking na najwyższą górę Afryki – Kilimandżaro. Każdy wspinacz musi za to słono zapłacić. Oficjalny cennik obejmuje opłaty: pobytową, noclegową, ratunkową oraz za najem lokalnych tragarzy. Łącznie raptem za tygodniowy pobyt jest to ponad 1 tys. dol. Targowania w tym przypadku nie ma. Osobnym tematem jest kłusownictwo – kość słoniowa osiąga cenę ponad 1 tys. euro za kilogram. Jeszcze droższe są rogi nosorożca, za które na czarnym rynku płaci się nawet kilkadziesiąt tysięcy euro. Tylko kilka procent tej kwoty trafia do myśliwych. Reszta to łapówki, opłacenie pośredników czy transport. Jeśli zwierzęta – czyli to, co najczęściej przyciąga turystów – wyginą, Czarny Ląd straci kolejne źródło przychodu (w 2015 roku ruch turystyczny już spadł o 3 proc.). Portfele Afrykańczyków pozostaną puste, a oni sami będą głodować. Mechanizmy wolnego rynku są nieubłagane.