Na dworcach kolejowych i w metrze, na terenie peryferyjnych blokowisk, ale również w zabytkowych centrach miast, jak grzyby po deszczu wyrastają kolejne bohomazy określane na wyrost przez ich autorów mianem street artu. Wśród nich nielegalne murale i „tagi”, cała masa najróżniejszych malowideł i naprędce nabazgranych sprayem tekstów. Często wulgarnych, o antysemickich czy nazistowskich treściach.
Problem ten najmocniej dotyka metropolie, gdzie nielegalne graffiti stało się już nieodzownym elementem krajobrazu. Aby się o tym przekonać, wystarczy krótki spacer ulicami Warszawy, Gdańska, Poznania czy Krakowa. Zdarza się tam, że wandale nie mają skrupułów, by pisać choćby po pomnikach, świątyniach oraz ścianach innych hiArchiwumcznych budowli. – Znaczna część z „malunków” nanoszonych na murach odnosi się wprost do tematyki kibicowskiej – mówi kom. Katarzyna Padło z Zespołu Prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie. – To malowanie herbów klubów sportowych lub ich nazw, ale też „walka na słowa” obrazująca próby zaznaczenia i zdominowania danego terytorium przez osoby określające swoją przynależność do któregoś z klubów. Oznaczanie hasłami danego miejsca to z jednej strony nanoszenie tagów identyfikujących „sympatię” dla określonego klubu, a z drugiej niszczenie znaków nanoszonych przez sympatyków klubu przeciwnego. Stąd spora ilość napisów. Poza malowidłami o treściach kibicowskich są też i takie, które powstają pod wpływem chwili, wandale tworzą serduszka, „zawijasy”, inicjały wybranych osób i inne mniej lub bardziej znaczące tagi – najczęściej w wielu miejscach i nie zawsze mając świadomość tego, że niszczenie w ten sposób obiektów jest przestępstwem. Takie sytuacje niejednokrotnie dotyczą osób dorosłych, nierzadko będących pod wpływem alkoholu w chwili malowania graffiti – opisuje kom. Padło.
Potwierdzeniem tych słów jest historia pewnego obywatela Francji, który po wyjściu z pubu „ozdobił” flamastrem kilka kamienic w sercu Krakowa, nanosząc na ich murach fantazyjne – według niego – serduszka. W ten sposób zniszczył hiArchiwumczne elewacje, za co postawiono mu zarzut zniszczenia zabytków. Wkrótce przekonał się, że miejscowy sędzia nie podziela jego pasji do ulicznej sztuki. Nałożono na niego obowiązek naprawienia szkody poprzez pokrycie kosztów usunięcia miłosnych malowideł.
Zjawisko pseudograffiti przybrało w ostatnich latach niepokojące rozmiary. Doszło do tego, że na ulicach poszczególnych miast – w skrajnych przypadkach pojedynczych dzielnic, a nawet osiedli – z nocy na noc powstaje od kilkudziesięciu do kilkuset nowych „arcydzieł”. Sytuacja stała się poważna choćby ze względu na koszty, jakie generuje usuwanie tworzonych w ten sposób szkód. Nie dziwi więc fakt, że w wielu ośrodkach miejskich postanowiono stanowczo przerwać falę powtarzających się dewastacji.
W ujmowaniu sprawców pomaga rosnąca aktywność zwykłych obywateli, którzy coraz częściej reagują, telefonując na numery alarmowe, by poinformować o dokonywaniu dewastacji. Takie zgłoszenie może być anonimowe i świadkowie chętnie korzystają z tego przywileju. Eliminowaniu zjawiska pseudograffiti sprzyja również dobra współpraca pomiędzy policją a zarządcami budynków, którzy zamalowują napisy wkrótce po oględzinach dokonanych przez funkcjonariuszy.
Malowanie po murach się nie opłaca. Choć mało który z wandali zdaje sobie z tego sprawę, może być ono ścigane nie tylko jako wykroczenie, ale również przestępstwo. Wszystko zależy od skali dewastacji, rodzaju powstałych szkód, treści oraz sposobu naniesienia napisów. Zanim ktoś sięgnie po spray, powinien się dziś poważnie zastanowić. Poza pokryciem kosztów usunięcia malowideł grozi mu również więzienie. W niektórych przypadkach, takich jak naniesienie graffiti na zabytkach czy zniszczenie mienia o wartości powyżej 250 tys. zł, nawet pięć lat za kratkami.
SŁAWOMIR WOJTAŚ
Cały artykuł w numerze 5/2014 Eurogospodarki.