Eurosceptycyzm, szczególnie jeżeli chodzi o wspólną walutę, nie jest niczym obcym. Szczególnie w ostatnich latach wiele krajów z bardzo daleko posuniętą rezerwą spogląda w stronę strefy euro. Nic dziwnego.Przykłady Grecji czy Hiszpanii nie zachęcają do inwestowania w projekt, który – zdaniem wielu analityków – chyli się ku upadkowi. Jednak Czesi swój dystans w dużej mierze zawdzięczają kategorycznej postawie swojego poprzedniego prezydenta. Vaclav Klaus, który na urzędzie głowy państwa spędził ostatnie 10 lat, zasłynął jako radykalny przeciwnik Wspólnoty Europejskiej, który najchętniej widziałby jej upadek. Niechęć tę wyrażał nie tylko w swoich wypowiedziach, ale i w czynach. Znamiennym było ciągnące się w nieskończoność powstrzymywanie się przed ratyfikacją przez niego traktatu lizbońskiego. Powodem do wielu komentarzy był też fakt, iż prezydent odmawiał umieszczania flagi Unii na terenie pałacu prezydenckiego czy swoim samochodzie.
Jednak czas Vaclava Klausa już minął, zaś nadejście zmian było jasne dla wszystkich. W zasadzie tylko jedna kandydatka na urząd prezydenta Czech otwarcie i radykalnie deklarowała się jako przeciwniczka, ale poparcie dla niej oscylowało w granicach błędu statystycznego, dlatego nie istniało zagrożenie, że linia prezydenta Klausa będzie kontynuowana. Kiedy wybory wygrał pochodzący z obozu socjaldemokratycznego Milosz Zeman, było jasne, że zmiana polityki względem Unii oraz eurowaluty jest nieunikniona. Na potwierdzenie tego faktu nie trzeba było długo czekać. W czasie swojej pierwszej wizyty zagranicznej na Słowacji prezydent Zeman otwarcie stwierdził, że w tej dziedzinie Słowacy są dla Czechów inspiracją. „Słowacja wyprzedziła Czechów we wprowadzeniu euro” – powiedział Milosz Zeman w czasie spotkania z władzami tego kraju. Skoro więc Słowacja okazała się być inspiracją dla czeskiej głowy państwa, należało zatem iść za ciosem – co Zeman niewątpliwie uczynił.
W zaledwie miesiąc po objęciu urzędu – w wywiadzie udzielonym dla niemieckich mediów – oświadczył, że w jego ocenie realnym jest wprowadzenie euro w Czechach w ciągu pięciu lat i nie ma wątpliwości odnośnie tego, że krok ten wcześniej czy później zostanie poczyniony. Tak radykalna zmiana podejścia urzędu prezydenta do sprawy musiała zaowocować ewolucją poglądów rządu. Dlatego praktycznie natychmiast ton wypowiedzi gabinetu dotyczących przyjęcia wspólnej waluty zmienił się.
Czy jednak euro jest w Czechach komukolwiek potrzebne? Jeżeli chodzi o polityków, ci traktują temat raczej w kategorii argumentu w walce o poparcie. Tak jak Vaclav Klaus oparł swoje działania na permanentnym krytykowaniu i deprecjonowaniu wszystkiego, co europejskie, tak obecne czeskie władze zdecydowały się na obranie o wiele dalej euroentuzjastycznego kierunku (prezydent Milosz Zeman jest przekonany, że nie tylko Turcja, ale i Rosja wejdzie do Unii; w jego ocenie jest to możliwe w ciągu najbliższych dwudziestu lat!). Jednak poza politycznym sukcesem większych korzyści z euro politycy mieć nie będą.
Zupełnie podobnie wygląda sytuacja, jeżeli chodzi o zwykłych obywateli. Przeciętny czeski Novak czy Havranek dziś zupełnie inaczej ocenia wspólną walutę niż jeszcze w chwili wejścia Czech do Wspólnoty. Sceptyczne podejście to nie tylko zasługa dziesięciu lat rządów Vaclava Klausa, który nieprzerwanie wpajał wszystkim niechęć do wszystkiego, co choćby tylko „pachniało” Unią. Nie bez znaczenia jest fakt obecnej sytuacji w eurozonie. Czesi doskonale widzą, co dzieje się w Hiszpanii i Grecji, dlatego wolą przyglądać się temu z dystansu.
Poza tym dochodzi zwyczajny ludzki strach przed drożyzną i spadkiem poziomu życia. Czeska korona nadal jest walutą stosunkowo mocną, toteż Czecha nie „boli” płacenie za zakupy za granicą. Trochę inaczej nastroje kształtują się w przypadku przedsiębiorców. Wyniki badań przeprowadzonych pośród stu największych czeskich firm nie pozostawiają złudzeń. Pozytywnie do wprowadzenia euro odnosi się zaledwie 25% przedsiębiorców. Z kolei 50% deklaruje, że na dzień dzisiejszy jest przeciwna takiemu krokowi (choć nie wyklucza zmiany swojego nastawienia w przyszłości). Pozostali nie mają wypracowanego zdania na ten temat.
Trudno spodziewać się, że po tylu latach antyeuropejskiej kampanii nasi południowi sąsiedzi nagle rzucą się w ramiona targanej niekończącym się kryzysem waluty. Jednak z miesiąca na miesiąc prezydent Czech umacnia swoją pozycję, dzięki czemu inni rządzący zaczynają spoglądać na temat szerzej.
Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, iż po łóżkowo-korupcyjnym skandalu w rządzie Petra Neczasa każdy kolejny gabinet będzie w mniejszym lub większym stopniu zależny od obecnego prezydenta. Przed nami również wybory parlamentarne, które niewątpliwie wygrają socjaldemokraci. Finał zatem może być taki, że mimo długoletniego sceptycyzmu Czesi przyjmą euro wcześniej niż Polacy zaczną się w ogóle do tego przygotowywać.
TOMASZ DAWID JĘDRUCHÓW korespondent z Czech
Cały artykuł w numerze 9/2013 Eurogospodarki.