Muszą radzić sobie z zawodnym sprzętem i poczuciem olbrzymiej odpowiedzialności. Ratownicy medyczni zamiast prestiżu i godnej zapłaty mogą co najwyżej liczyć na wdzięczność osób, którym bez wytchnienia niosą pomoc, od której zależy zdrowie, a nawet życie poszkodowanych.
Mówi się, że uczyć się jest zawsze warto, choć niekoniecznie się to opłaca. Stwierdzenie to jak ulał pasuje do zawodu ratownika medycznego, który choć niesłychanie wymagający, nie przynosi adekwatnych profitów. – Aktualnie, by zostać ratownikiem medycznym, należy ukończyć studia pierwszego stopnia, czyli licencjat. W roku szkolnym 2012/13 przeprowadzony był ostatni nabór do szkół policealnych. Teraz trzeba odbyć studia zawodowe, co nie jest łatwe, a i ci, którzy je ukończyli, nie zawsze pozostają w zawodzie, który często przerasta wielu z nich – mówi mgr Roman W. Badach-Rogowski, specjalista ratownictwa medycznego, na co dzień ratownik medyczny w Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego SP ZOZ w Zielonej Górze. Nic dziwnego, że u wielu osób, które wybrały tę profesję początkowy entuzjazm i szlachetną chęć niesienia pomocy innym po pewnym czasie zastępuje bezsilność czy wręcz zrezygnowanie. Przy zarobkach na poziomie 2000 zł brutto i mniejszych, na jakie mogą liczyć ratownicy medyczni w niewielkich miejscowościach, z łatwością można to zrozumieć.
Uprawnienia zawodowe ratownicy medyczni otrzymali dopiero w 2007 r., sami ordynują leki, prowadzą resuscytację krążeniowo-oddechową, ratują życie i zdrowie ludzkie, a nie mają własnego samorządu, nie ma ustawy o zawodzie ratownika medycznego. Ratownicy medyczni chcieliby być traktowani przepisami prawa podobnie jak lekarze i pielęgniarki, a ich zawód nie jest nadal uznany jako zawód zaufania publicznego – podsumowuje pan Roman.
SŁAWOMIR WOJTAŚ
Cały artykuł w numerze 6/2013 Eurogospodarki.