Strona główna Archiwum Stabilizacja stanu krytycznego – budżet na rok 2013

Stabilizacja stanu krytycznego – budżet na rok 2013

0

Kiedy spojrzymy na zawarte w tym budżecie i trudne do przełknięcia liczby, a następnie zasięgniemy opinii ekspertów twierdzących, że i tak są one zdecydowanie na wyrost, ciężko oprzeć się wrażeniu, że Polska jest pacjentem w stanie krytycznym, a „stabilność” jego zdrowia to niekoniecznie dobra wiadomość.
Dochody budżetu oszacowano na blisko 300 mld zł, a wydatki mają wynieść o 35 mld zł więcej. Tak prognozuje się więc deficyt budżetowy, a jak doskonale wiemy z autopsji, w większości dotychczasowych przypadków deficyt zakładany w budżecie, a ten, który faktycznie notowano, to dwie zupełnie różne rzeczy. Nawet zakładając, że rządowi uda się utrzymać wydatki w ryzach na tyle, żeby zmieścić się w tej liczbie, dług publiczny przekroczy 800 mld zł, co znaczy, że od 1989 r. zwiększył się ponad czterokrotnie, choć w powszechnym mniemaniu, utrwalanym przez edukację szkolną, zadłużenie Polski to głównie zasługa Edwarda Gierka. Co prawda jego zobowiązania wobec Klubu Paryskiego z lat 70. zostały ostatecznie uregulowane, ale w tzw. międzyczasie dług państwa został zwielokrotniony, co znaczy, że sama obsługa zadłużenia będzie dotykać kolejne pokolenia Polaków w sposób coraz bardziej dotkliwy. W 2013 r. każdy z nas zapłaci państwu dodatkowe 400 zł, choć może liczyć też na większe wsparcie publicznej kasy. To z kolei zwiększa deficyt, ten zwiększa dług, a ten zwiększy 400 zł w 2013 r. do jeszcze większej sumy w 2014 r. i… błędne koło się zamyka.
Bez szans na podwyżki w tym roku są pracownicy „budżetówki”, co było zresztą do przewidzenia. Podobnie ma się sprawa 10 mln emerytów i rencistów, którzy teoretycznie dostaną o 4% więcej, ale przy blisko trzyprocentowej inflacji i ciągłym wzroście cen i tak wychodzi na to, że ich sytuacja nie ulegnie poprawie. Premier w swoim wystąpieniu z dumą zapewniał, że w 2013 r. nie będzie podwyżek podatków, co jednak nie jest do końca prawdą. Chociaż nie zwiększą się podatki, oprócz akcyzy na wyroby tytoniowe (palacze mogą spodziewać się podwyżki na paczce o ok. 80 gr), to zmniejszą się ulgi, m.in. tzw. kwota wolna (zwiększy dochody z PIT) czy bardzo popularna ulga internetowa. Co ciekawe, Rada Ministrów założyła też z góry, że w 2013 r. o 4 mld zł zwiększą się przychody z mandatów, fotoradarów itp. Na jakiej podstawie stwierdzono, że Polacy popełnią więcej przestępstw drogowych póki co nie wiadomo, ale policjanci mogą spodziewać się skoncentrowanej na sobie wzmożonej presji przełożonych, a kierowcy większego zainteresowania stróżów prawa.
Wiadomo, że zmniejszy się zasobność Funduszu Drogowego. W 2013 r. wyniesie on 15 mld zł, choć w 2012 r. było to 18 mld zł. Donald Tusk zapewnił, że wynika to ze zmniejszenia dopłat unijnych na te cele i dla porównania podał, że w 2007 r. Fundusz dysponował 6 mld zł. „Poziom jest bardzo imponujący w ramach tego istniejącego już planu drogowego” – dodał premier. Szkoda tylko, że równie imponujące nie są efekty inwestycji i że kiedy autostrady już powstają, to przeważnie zarabiają na nich prywatne firmy, a koszty podróżowania są nieproporcjonalnie wysokie do standardów nawierzchni.
Rząd zobowiązał się również do rozwiązania kwestii tzw. umów śmieciowych. Cywilnoprawne kontrakty zawierane przez pracowników są, co prawda, niezwykle elastyczną formą zatrudnienia, ale jednocześnie nie regulują składki emerytalnej oraz zdrowotnej. Co za tym idzie, są to kolejne pieniądze, którymi interesuje się rząd, a musi się nimi interesować coraz bardziej, bo wzrost gospodarczy na poziomie 2,2% PKB, to naprawdę niezbyt imponujący wynik. A patrząc realistycznie, jest on bardzo trudny do osiągnięcia. Jest możliwy tylko pod warunkiem, że poprawi się sytuacja gospodarcza Niemiec, a to stoi pod sporym znakiem zapytania.
Na żart zakrawa również prognozowana stopa bezrobocia – 13% na koniec 2013 r. Bardziej prawdopodobne jest to, że takim poziomem zamkniemy rok bieżący, bo już teraz wynosi on 12,6% i stale rośnie. Być może uda się osiągnąć ten pułap, jeśli przyjmiemy „elastyczną” metodologię Eurostatu, która sugeruje, że bezrobocie w Polsce wynosi 10%. Niezależne ośrodki statystyczne bardziej przychylają się do opinii, że dawno przekroczyło ono granicę 15%.
Rząd prognozuje też, że o 1,9% wzrosną wynagrodzenia, w co ciężko uwierzyć w okresie, kiedy czeka nas raczej walka o utrzymanie pracy niż o lepszą pensję. Kiedy zsumujemy to z brakiem podwyżek w budżetówce, już niebawem możemy spodziewać się zalewającej Polskę fali strajków. I jednego z najtrudniejszych okresów dla większości z nas po 1989 r.
PIOTR WARDZIŃSKI
źródło: Eurogospodarka nr 11/2012