Strona główna Archiwum Dyplomowani bezrobotni

Dyplomowani bezrobotni

0

Nic dziwnego, że administracja państwowa postanowiła wkroczyć do akcji, skoro nawet tzw. kierunku zamawiane przez państwo zyskują na popularności stosunkowo wolno, choć stworzone na nich warunki (zarówno w kwestii wyposażenia i przygotowania zajęć, jak i systemów stypendialnych), to coś, o czym studenci prawa, psychologii czy dziennikarstwa mogą tylko pomarzyć.
O jakich działaniach mówimy? Narodowe Centrum Badań i Rozwoju postanowiło przeznaczyć 140 mln zł do podziału dla uczelni, które przedstawią program wykorzystania środków do zacieśniania współpracy z przedsiębiorcami, czyli przyszłymi pracodawcami ich absolwentów. Pierwsze nasuwające się w tym kontekście pytanie brzmi: „Czy powyższa kwota to rzeczywiście
wystarczająca suma dla skali problemu?”. Drugie natomiast: „Czemu tego typu próby pojawiły się dopiero teraz, kiedy sytuacja stała się jednoznacznie zła?”.
Według aktualnych danych Ministerstwa Pracy, w Polsce mieszka 240 tys. absolwentów szkół wyższych bez zatrudnienia! Rzecznik praw absolwenta, Bartłomiej Banaszak, twierdzi, że według jego wyliczeń 18% absolwentów studiów nie jest w stanie znaleźć stałego zatrudnienia. A średni czas poszukiwania pracy przekracza już 11 miesięcy.
Drugim rozwiązaniem, które ma zmienić zaistniałą sytuację, jest wchodząca od 1 października br. nowelizacja Ustawy o szkolnictwie wyższym, która nakłada na uczelnie obowiązek śledzenia losów swoich absolwentów. Na pytania o mocne i słabe strony swojego wykształcenia, trudności i możliwości na rynku pracy itp. studenci mają, według resortu, odpowiadać po 3 i po 5 latach od zakończenia studiów. Część uczelni przeprowadzała tego typu ankiety na własną rękę jeszcze zanim nowelizacja weszła w życie, ale zdaje się, że kandydaci na studia nie zapoznają się z tymi badaniami. Dla przykładu, według statystyk Politechniki Warszawskiej, ponad 50% jej absolwentów szukało pracy krócej niż miesiąc. Co trzeci zarabia ponad 5 tys. zł. Według statystyk Uniwersytetu Jagiellońskiego, najwyższe pensje spośród ich absolwentów – ok. 4,2 tys. zł – otrzymują magistrowie informatyki, biotechnologii, biochemii i biofizyki. Dane te opracowywane są jednak na podstawie metodologii samych uczelni, a więc nie można ich bezwarunkowo porównywać, choć nawet w przybliżeniu wydają się być znaczące.
Nad wprowadzeniem odpowiedniego systemu, który pozwoli uczelniom obserwować losy zawodowe swoich wychowanków, pracują specjaliści z Uniwersytetu Warszawskiego oraz Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Oczywiście dane będą anonimowe, a uczelnie będą mogły dostać jedynie odpowiednie statystyki dla konkretnego kierunku czy rocznika, a nie – dla każdego absolwenta.
Tymczasem tegoroczni maturzyści wydają się zupełnie nie przejmować tym, jak po studiach wygląda sytuacja ich starszych
kolegów. Na Uniwersytecie Warszawskim najwięcej osób złożyło dokumenty na kierunek Dziennikarstwo i Komunikacja Społeczna (26 chętnych na miejsce), pomimo przesytu absolwentów tego kierunku na rynku pracy. Podobnie popularności nie tracą: prawo, psychologia, nauki polityczne i anglistyka. Z tego wynika, że studenci bardziej niż praktyczne umiejętności i możliwe ścieżki kariery, które oferują im uczelnie, cenią sobie prestiż studiów np. prawniczych, które w polskim społeczeństwie wciąż postrzegane są jako elitarne i gwarantujące świetlaną przyszłość, choć w rzeczywistości obraz ten zaczyna się powoli dezaktualizować. Dlaczego? Choćby ze względu na to, że popularność kierunku często prowadzi do zwiększania liczby miejsc, a co za tym idzie przychodów uczelni, ale także konkurencji w danej dziedzinie na rynku pracy. Zupełnie odwrotnie jest z bardzo obleganymi kierunkami typu sinologia, japonistyka czy filologia szwedzka, na których limit miejsc jest przeważnie bardzo mały, a absolwenci mają niemalże gwarancję zatrudnienia.
Przedstawione przeze mnie dane wyraźnie wskazują, że polskie uczelnie nie są dobrze przygotowane do warunków współczesnego rynku pracy. Uniwersytet nie jest oczywiście szkołą zawodową, ale nie jest też kółkiem wzajemnej adoracji specjalistów, którzy nie są potrzebni polskiej gospodarce, ani nawet kadrze uczelni. Pozostaje trzymać kciuki, aby nowy rok akademicki nie okazał się kolejnym spod znaku nadprodukcji „dyplomowanych bezrobotnych”.
DANIEL WARDZIŃSKI
źródło: Eurogospodarka nr 10/2012