Niespełna rok pozostał do wejścia w życie wielkiej reformy emerytalnej. Politycy zdecydowali się na przyjęcie podobnego systemu, jaki od ponad dziesięciu lat obowiązuje w Polsce. W tej chwili w Czechach powstają nowe fundusze emerytalne, które podobnie jak polskie OFE będą zajmowały się oszczędzaniem na przyszłość swoich klientów. Założenia te do złudzenia przypominają polskie doświadczenia – część obowiązkowej składki emerytalnej będzie odprowadzana na osobisty rachunek ubezpieczonego w funduszu emerytalnym. Kłopot jest jednak w tym, że choć do startu reformy pozostało kilka miesięcy, to dziś ani władze funduszy emerytalnych, ani doradcy finansowi, ani tym bardziej potencjalni klienci nie są do końca przekonani, że zafundowana im przez polityków nowość przyniesie rzeczywiste korzyści.
Już dziś wiadomo, że 1 stycznia z nowymi usługami ruszy co najmniej osiem funduszy. Kolejne czynią starania o odpowiednie koncesje. Zasadniczy problem, jeżeli chodzi o rentowność funduszy emerytalnych, tkwi w liczbie osób, które do nich przystąpią. Już dziś analitycy ostrzegają, że niskie zainteresowanie odkładaniem poza systemem państwowym uniemożliwi funduszom wydajne inwestowanie. Dopiero wysokie wpływy pozwalają na dokonywanie transakcji przynoszących realne zyski. Obracanie niskimi wkładami będzie przypominało przetrzymywanie pieniędzy na lokacie bankowej, gdzie stopa zwrotu nie zniweluje nawet poziomu inflacji. O jakimkolwiek zysku nie ma co marzyć.
Kluczowym argumentem przemawiających za sukcesem reformy będzie sposób postrzegania jej przez klientów. – Chcą oni ocenić system pod kontem jego stabilności i wydajności. Startowi reformy emerytalnej nie pomagają wypowiedzi tych polityków, którzy obiecują, że naprawią go po następnych wyborach – zwraca uwagę Tomáš Matoušek, szef PF Česka pojišťovna (funduszu emerytalnego czeskiej ubezpieczalni). Zatem za kilka miesięcy może się okazać, że przygotowywana od dłuższego czasu reforma zakończy się totalną porażką. Trudno oczekiwać od obywateli, że dobrowolnie zdecydują się na oszczędzanie w instytucjach, o których nic nie wiedzą, które nie mogą się reklamować i przy których politycy będą majstrować od razu po kolejnych wyborach.
TOMASZ DAWID JĘDRUCHÓW korespondent z Czech
Cały artykuł w numerze 5/2012 Eurogospodarki.