Szmal, kasiora, kapucha, siano, flota… pieniądze podobno szczęścia nie dają, ale bez nich zorganizować dziś wesele, to jak ugotować bigos bez kapusty. Wiadomo, trzeba się pokazać, bo wszyscy patrzą!
Kryzys, nie kryzys, są rzeczy, na których się nie oszczędza! Rodzice zrobią wszystko, aby ich ukochana pociecha choć tę jedną noc poczuła się jak prawdziwa księżniczka. Sprzedadzą ojcowiznę, pożyczą od sąsiada, wezmą drugi etat lub kredyt, który przyjdzie im spłacać przez kolejnych dziesięć lat, byle tylko wyprawić ucztę jakiej świat nie widział! Musi być na bogato! Stoły uginające się pod ciężarem różnorakiego mięsiwa, osiem ciepłych dań, kawior, szampan i złota zastawa… Na tym umiłowaniu luksusu i gotowości do zapłacenia każdej ceny za uznanie w oczach innych korzysta cała masa osób, które wyspecjalizowały się w obsłudze przyjęć weselnych. Makijażystki, floryści, muzycy i właściciele domów weselnych. Fotografowie, operatorzy kamer, cukiernicy i wodzireje, wszyscy oni w ciągu kilkunastu ostatnich lat stworzyli prawdziwe imperium, nie branżę, ale istny przemysł weselny, który kręci się wokół grubych pieniędzy.
Niestety, wielu Polaków po prostu nie stać, żeby w ten jeden, jedyny dzień choć przez chwilę poczuć się jak ktoś zupełnie wyjątkowy!
Wysokie ceny usług weselnych to stan faktyczny, jest jednak druga strona medalu. Wraz z dynamicznym rozkwitem ślubnego przemysłu mogliśmy zauważyć równie szybki wzrost jakości oferowanych usług. Takie podejście to bez wątpienia cenna zmiana, na której zyskują osoby decydujące się na wyprawienie wesela. Choć koszt takiego przedsięwzięcia spędza sen z powiek wielu Polaków, ci którzy zdecydują się zaprosić rodzinę i znajomych na bal nad bale mogą liczyć, że za wydane pieniądze uzyskają coś naprawdę ekstra!
Mimo że struktura demograficzna Polski sprzyja rozkwitowi ślubnego przemysłu – obecnie rodziny zakłada wiele osób z wyżu lat 80. – to rozwój konkurencji i kryzys nie ominął rozchwytywanych dotąd, jak świeże bułeczki, domów weselnych. Choć ich właściciele nie mogą specjalnie narzekać na zainteresowanie, można usłyszeć, że rynek nie jest już tak gorący jak przed kilkoma laty, a Polacy z coraz większym żalem oglądają każdą złotówkę przed wydaniem.
Mimo pojawiających się na rynku obniżek, ceny w granicach kilkunastu, kilkudziesięciu tysięcy złotych to dla wielu nadal granica nie do przeskoczenia. Można oczywiście pożyczyć pieniądze na organizację wymarzonej imprezy i liczyć, że odpowiednim „gestem” wykażą się zaproszeni goście… Co jednak, gdy w grubych jak pajda chleba i apetycznie wyglądających kopertach znajdziemy starannie pocięte wydanie najnowszej gazety…
DANUTA KUŚ
Cały artykuł w numerze 3/2012 Eurogospodarki.