Strona główna Finanse Ofiary LiCHFy

Ofiary LiCHFy

0
Ofiary LiCHFy

Podczas protestu kilku tysięcy frankowych kredytobiorców na ulicach Warszawy pojawiły się transparenty „LiCHFa”. Kredytobiorcy się domagali, by państwo – jak obiecywała premier Ewa Kopacz – stanęło w końcu po ich stronie. By wymogło na bankach przewalutowanie kredytów po kursie z dnia zaciągania zobowiązania. – Nigdy nie było żadnych franków! – krzyczeli.
Pismo z banku to koszmar
Kredytobiorcy uważają, że wszystkie propozycje rozwiązania problemu zadłużonych we frankach szwajcarskich, jakie płyną z banków, to oszustwo. Że banki po raz kolejny chcą się obłowić.
Ktoś pokazuje pismo z banku. Przysłane listem poleconym za potwierdzeniem odbioru. Dla zadłużonych we frankach każde takie pismo z banku to koszmar. Wiedzą, że bank może, na przykład, zażądać ubezpieczenia niskiego wkładu. Lub „poprosić” o weryfikację zdolności kredytowej. Nawet jeśli raty spłaca się rzetelnie i regularnie. – Szlag mnie trafił. Informują, że mogę przewalutować kredyt z niskim spreadem i bez prowizji. Taka promocja. Będę miał 600 tysięcy kredytu przy naszych stopach procentowych. A do banku przez sześć lat wpłaciłem ponad 200 tysięcy. Zaciągnąłem niecałe pół miliona kredytu – wyrzuca z siebie.
Frank miał się osłabić
Każdy z demonstrujących ma własną historię. Mówią o tym, jak doradcy przekonywali, że kosztujący 2 złote frank szwajcarski jeszcze może się osłabić. Że złoty jest mocny i będzie się umacniał, bo z Unii Europejskiej napłyną miliardy euro, a przecież Polska wejdzie do strefy euro w ciągu dwóch, trzech lat i wtedy zniknie ryzyko kursowe, no prawie zniknie. Że co prawda zawsze trzeba się liczyć z tym ryzykiem, ale żeby frank miał kosztować 3 złote, to musiałaby wojna wybuchnąć, ha, ha, ha. – Łgali? Ten chłopak, co mi kredyt sprzedawał, nie kłamał. Tak go wyuczyli. Ale te sukinsyny z centrali…
To była największa z dotychczas zorganizowanych demonstracji poszkodowanych – jak mówią sami o sobie – klientów banków. Frankowiczów, frankowców. W całej Polsce kredyty we frankach spłaca około 700 tysięcy osób.
Kredyt wzięty w latach 2006-2008
Wśród protestujących nie było ani A., ani B., ani C. Każde z nich zaciągnęło kredyt we frankach szwajcarskich w latach 2006–2008. B. i C. w sierpniu 2008 roku, gdy frank kosztował 2 złote. A. – w 2006 roku, po nieco korzystniejszym kursie, 2,6 złotego. A., B. i C. zadłużyli się na setki tysięcy złotych. Umowy kredytowe przewidują, że spłacać długi bankom będą przez kilkanaście (A.) i ponad 20 lat (B. i C.). Dlaczego więc nie wyszli pod Pałac Prezydencki? Dlaczego nie nieśli transparentów?
Przewalutowanie już po roku
A. nie musi manifestować. Tak, był frankowym kredytobiorcą. Wymarzyli sobie mieszkanie w prestiżowej dzielnicy Warszawy. W przedwojennej kamienicy, z klimatem. Znaleźli, jeszcze przed drastycznym skokiem cen nieruchomości. 120 metrów kwadratowych, nieco ponad pół miliona złotych, ale do remontu. Oszczędności? Owszem, były. Ale i tak trzeba było zapożyczyć się na 400 tysięcy złotych. Sam remont i urządzenie mieszkania pochłonęły ponad 100 tysięcy. Znajomy żony, doradca finansowy, zasugerował kredyt we frankach. – Zobaczycie, opłaci się. Opłaciło się. Złoty się umacniał. Przez ponad dwa lata płacili niższe raty. A raczej – mogliby płacić, gdyby chcieli. Bo w spłatę kredytu pchali każdą zarobioną złotówkę, ciesząc się z topniejącego frankowego kapitału. A. pamięta dokładnie ten dzień w 2009 roku, gdy żona zadzwoniła do niego z paniką w głosie. – On mówi, żebyśmy przewalutowali. Natychmiast.
A. trochę się dziwił – wszyscy mówili, że umocnienie franka jest chwilowe, że przecież złoty jest niedowartościowany. Ale żona naciskała. Wykorzystali zapis w umowie, pozwalający na bezpłatne przewalutowanie. – Każdego dnia myślę, co bym zrobił, gdybyśmy się nie zdecydowali – mówi. Czy gdyby nadal miał kredyt we frankach, niósłby transparent „LiCHFa”? – Pewnie tak, jeśli wcześniej nie zszedłbym na zawał.
Złodziejski spread
B. na demonstrowanie nie ma czasu. Gdy w 2008 roku kupowała trzypokojowe mieszkanie na warszawskim Żoliborzu, miała etat i kilkanaście tysięcy złotych pensji, a frank szwajcarski kosztował 2 złote. Bank ustalił ratę na prawie 1,4 tysiąca franków. Potem po wpisie do księgi wieczystej (sześć miesięcy czekania) rata miała się obniżyć. Nie obniżyła się. Szwajcarzy obniżyli stopy procentowe, a bank B. – skrócił czas kredytowania. O 10 lat. Jednostronnie, miał do tego prawo, wpisał sobie je do umowy kredytowej. B. zacisnęła zęby. Nie chciała z bankiem niczego negocjować – w międzyczasie straciła etat. Wysokie dochody z umów cywilnoprawnych nie wyglądają w banku równie dobrze, co stała pensja. Więc B. płaciła co miesiąc prawie 1,3 tysiąca franków – przeliczonych na złotówki, przeklinając kilkunastoprocentowy spread i z przerażeniem śledząc rosnący kurs szwajcarskiej waluty. Gdy w 2011 roku frank przebił 4 złote, a bank ściągnął jej z konta ponad 5,5 tysiąca złotych, zadzwoniła do swojego doradcy. – Dlaczego dopiero teraz? Oczywiście, że możemy wydłużyć czas kredytowania do pierwotnie zapisanego w umowie. Proszę napisać wniosek. Ściągniemy z konta 150 złotych tytułem opłaty.
B. napisała wniosek. Rata, niecałe 850 franków, wydała jej się znośna, zgodnie z anegdotą o rabinie i kozie. W każdym razie do dnia, w którym Szwajcarzy ogłosili, że przestają bronić kursu franka, B. wierzyła, że nie tylko kiedyś spłaci kredyt (bo w to wierzy w sumie cały czas), ale że będzie mogła kiedyś nie pracować w czasie wakacji albo czytać książkę w łóżku czy wannie, a nie w tramwaju, w biegu. Albo pójść na demonstrację w słusznej sprawie. Na tę przeciw lichwie nie mogła. B. ma wolny zawód. Jak ma zlecenie, w ciągu dwóch godzin może zarobić i sześćset złotych. Jak nie ma zleceń – przeczesuje Internet, by jakieś znaleźć. W tę sobotę akurat miała.
B. nie ma wątpliwości: nie przewalutuje kredytu po obecnym kursie. Musiałaby się pogodzić z tym, że choć wpłaciła do banku grubo ponad 250 tysięcy złotych, musi w ciągu 22 lat oddać jeszcze ponad 750 tysięcy, oczywiście z odsetkami. Chciałaby przewalutowania po kursie z dnia podpisania umowy. Zgadza się, że bank powinien wyliczyć, ile musiałaby wpłacić do momentu przewalutowania, gdyby zaciągnęła analogiczny kredyt w złotych. Jest dziwnie spokojna, że nic nie musiałaby dopłacać, ale gdyby się okazało, że jednak tak – dopłaciłaby. Pod warunkiem że bank rozliczyłby się ze złodziejskiego, jak mówi B., spreadu, który pobierał przez ponad dwa lata, rekompensując sobie z nawiązką niezwykle atrakcyjną marżę kredytu.
Emigracja za ratą kredytową
C. też nie miał szans demonstrować. Kredyt we frankach zaciągał dokładnie w tym samym czasie co B. Ale o ile mieszkanie B. kryzys na rynku nieruchomości ominął, jego – identycznej wielkości, ale po drugiej stronie Wisły, na Białołęce, jest warte w tej chwili niemal jedną trzecią mniej niż w 2008 roku. Nikt by go zresztą nie kupił. Gdy C. i jego żona (w zaawansowanej ciąży) brali kredyt na niemal ukończone M4, wydawało się, że lada chwila w okolicy powstaną przedszkola, szkoły. Nie powstały, a doniesienia o przepełnieniu placówek opiekuńczych i oświatowych w dzielnicy w sierpniu i wrześniu są stałym punktem na łamach lokalnych gazet. Ale C. już nie musi się przejmować, że dla jego dziecka brakuje miejsca w przedszkolu, że ma się uczyć na zmianę drugą i pół i kończyć lekcje o 18.00. W 2011 roku, gdy się wydawało że z frankiem gorzej być nie może (przy kursie 3,9 zł na spłatę raty szła cała pensja C. i jeszcze nie starczało), podjęli decyzję o wyjeździe. Mieszkanie – z trudem, ale udało się im wynająć. Pieniądze z wynajmu to połowa raty dla banku, resztę C. przelewa z Londynu. Mówi, że chciałby wrócić do Polski, ale dopóki państwo nie weźmie banków za twarz w sprawie kredytów we frankach, nie ma na to szans. – Chcemy mieć drugie dziecko. Nie będzie drugiej pensji, może przez rok, może dwa lata. Nie damy rady w Polsce się utrzymać i płacić do banku co miesiąc prawie 3 tysiące złotych. Gdybyśmy chcieli sprzedać mieszkanie, zostaniemy z 300 tysiącami długu, a przecież trzeba jeszcze gdzieś mieszkać – mówi. Na szczęście ma świetny fach – informatycy z Polski są mile widziani nad Tamizą. Żona na razie też pracuje, dorywczo. Na Boże Narodzenie wyjechali na Teneryfę. Odpocząć. C. mówi jeszcze, że słyszał o Polakach, o frankowiczach, którzy wyjechali za granicę i nie płacą. Banki podobno zajęły mieszkania, sprzedały – ale część długu została, no i rosną odsetki. No, ale żyć ze świadomością, że ten dług przejdzie na dzieci, na wnuki?
Powrót z długiem do mamy i taty
Na demonstracji nie było też ani D. ani E. A przecież obydwaj mogliby o sobie powiedzieć, że są ofiarami franka. D. spłacał kredyt zaciągnięty w 2007 roku tak długo, jak mógł. Gdy frank przebił 3,5 zł, D. przestało wystarczać na ratę. Próbował pożyczać u rodziny, znajomych. Po kilku miesiącach poszedł do banku prosić o wakacje kredytowe. – Umowa nie przewiduje – usłyszał. Po dwóch niespłaconych ratach bank przewalutował kredyt na złotowy i zaproponował sprzedaż mieszkania. D. swoją kawalerkę sprzedał za niezłą cenę, ale i tak zostało mu do spłaty 100 tysięcy złotych. Wrócił do rodziców, dokłada się do utrzymania. Obliczył, że przy jego zarobkach – 3,5 tysiąca złotych brutto z premią za wykonanie planu – D. jest przedstawicielem handlowym znanej firmy spożywczej, kredyt spłaci, jak dobrze pójdzie, kilka lat przed emeryturą. – Chyba że przestanę jeść, to wtedy szybciej – próbuje żartować. Demonstrować nie będzie, bo nie wierzy, że to coś da. – Banki mogą wszystko. I dalej będą mogły, tak myślę. Ale jest coś, przeciw czemu chętnie by zaprotestował. Nienawidzę czytać komentarzy, że chciałem kogoś wyrolować. Że trzeba było brać w złotych, a nie łasić się na łatwy zysk. Gdy starałem się o kredyt, we frankach oferowały mi go cztery banki. W złotych – żaden – mówi.
Rozpad związku przez franka
E. nie zaciągnął kredytu we frankach. Ale dziewczyna, z którą się spotykał przez kilka lat, tak. 100 tysięcy franków wystarczyło na zakup niedużej kawalerki. W ciągu sześciu lat udało się spłacić ponad 20 tysięcy. E. wie, bo ich rodziny dobrze się znają. Kredyt spłaca ojczym, a dziewczyna od czterech lat leczy depresję. E. nie wie, czy to przez franka, czy może bardziej przez niego – bo nie wytrzymał tego sprawdzania kursu pięć razy dziennie, płaczów o to, że znowu 15 groszy poszedł do góry, tych rozmów o spreadzie i o tym, że nie ma mowy o wyjściu do kina, bo… rata.
Jeden z transparentów „LiCHFa” niósł natomiast F. Co prawda nie ma kredytu we frankach, ale spłaca taki jego córka. – To nie jest życie, to jakaś cholerna niewola. I ten strach, czy pójdzie do góry, kiedy się zatrzyma. Wydawało się, że kurs 3,5 złotego to już tragedia. A teraz cała rodzina cieszy się, że frank spadł poniżej 3,9 zł. Powinni za to wisieć. Kto? F. nie wie dokładnie. Ale czuje, że kredyty we frankach to afera. Tysiąc razy większa niż Amber Gold.  
Bankowe pakiety „antykursowe”
Pod koniec lutego duża część banków przygotowała dla klientów spłacających kredyty we frankach pakiet „antykursowy”. Co proponują?
Po pierwsze, przewalutowanie kredytu po bieżącym kursie, ale albo bez bankowego spreadu, albo z minimalnym. Część banków zachęca też klientów brakiem prowizji, jeśli zdecydują się na taki krok np. do końca lipca.
Po drugie, obniżenie spreadu. Czasowe – zwykle do końca lipca tego roku.
Po trzecie, obniżone oprocentowanie. Szwajcaria ma ujemne stopy procentowe, ale tylko w niewielu bankach w Polsce LIBOR, będący częścią marży, już uwzględnia ten fakt. Część banków obniży go dopiero w kwietniu. Banki zapowiadają, że oprocentowanie kredytu nie może być ujemne.
Po czwarte, bezpłatne wydłużenie okresu kredytowania – ale tylko w tych przypadkach, gdy klient nie zaciągnął kredytu na maksymalny okres.
Po piąte, wakacje kredytowe. Ma być o nie łatwiej, również w tych bankach, które nie oferowały takiego rozwiązania w umowie.
Natomiast propozycja szefa Komisji Nadzoru Finansowego zakładająca, że kredyty frankowe zostaną przewalutowane po obecnym kursie i podzielone na dwie części – jedną hipoteczną zabezpieczoną nieruchomością i drugą, którą klient będzie spłacał „solidarnie” z bankiem (za każde spłacone tysiąc złotych bank umorzy drugi tysiąc) – nie znalazła uznania w oczach ani banków, ani klientów. Ani, co warto podkreślić, ekspertów finansowych, którzy zwracają uwagę, że nie uwzględnia ona w najmniejszym stopniu obciążeń finansowych, które ponieśli klienci banków, choćby w związku z zawyżaniem spreadu.