W tej sprawie padły oskarżenia najcięższego kalibru:
o zdradę interesów narodowych
o łupienie Polski jak kraju kolonialnego
o zarzynanie krajowej produkcji w interesie obcej konkurencji
o współpracę polskich władz z zagranicznymi strukturami mafijnymi.
Sprawa, choć pojawiła się w mediach dobrych kilka lat temu, dotąd nie została wyjaśniona. Ruch wokół niej bywał ożywiony, ale zazwyczaj krótkotrwały. Kilka redakcji pospiesznie zaczynało drążyć temat i szybko to drążenie zarzucało.
Mój dziennikarski nos podpowiada mi, że przyczyną większości falstartów nie były jedynie tajemnicze konszachty na szczytach, ale przede wszystkim jeden prosty fakt, który dla dziennikarza jest, a przynajmniej powinien być niezmiernie istotny.
W tym sporze jedna strona była aktywna, chętna do rozmów, tłumaczeń i wynurzeń, a druga milczała jak grób.
Nikt przed nami nie zdołał skutecznie dotrzeć do lansowanego na głównego bohatera negatywnego tej opowieści Jana Krzysztofa Bieleckiego, byłego premiera polskiego rządu. Eurogospodarce się to udało.