Nie radziłbym jednak nikomu w rozmowie (nawet towarzyskiej, a już nie daj Boże – biznesowej) z dowolnym milionerem popisywać się wiedzą o tej metodzie…
W Polsce mieliśmy wielokroć już krezusów na pęczki, a w tym nawet miliarderów. Było to np. po I wojnie światowej przed reformą Grabskiego i wprowadzeniem złotego. W czasach nam bliższych można przypomnieć wysyp bogaczy na początku reformy Balcerowicza i przed denominacją złotego. To uzmysławia, jak kruchy jest los milionerów i ich fortun. Przed denominacją wystarczyło mieć używany telewizor i już się było „milionerem”.
Niemniej milionerzy, tacy bez cudzysłowu – istnieją. Czasami uchylają przed mediami rąbka tajemnicy, w jaki sposób doszli do owych bogactw. Zawsze uczciwie, zawsze ciężką pracą. A te oskarżenia, te sądy, te procesy – cóż, zawiść. Czasami milionerzy wskazują kilka dróg dojścia do dużego czy nawet wielkiego majątku osobistego.
Zmarły niedawno Jan Kulczyk relacjonował, że pierwszy milion (baksów, nie złotych) otrzymał od ojca, by wystartować we własnym biznesie. No i wystartował. A tata Kulczyk ów milion dolarów i pewnie więcej zarobił jeszcze za PRL. Jako „przedsiębiorca polonijny”. Młodszych czytelników odsyłam do poszukania sobie, kto to był „przedsiębiorca polonijny” i na jakich zasadach funkcjonował. Okaże się, że do Polski kapitalizm zawitał… za czasów socjalizmu!
W tymże socjalizmie dr Mieczysław Wilczek wymyślił proszek do prania IXI. Jego wrogowie rozpowiadali, że to było socjalistyczne OMO. Ale patent Wilczka wart był miliony. Z kolei Zygmunt Solorz-Żak pierwsze pieniądze zarobił na paczkach z Niemiec do Polski. Michał Sołowow zaczynał ponoć w budownictwie. Wszystko to proste w założeniu, ale wymagające ciężkiej, żmudnej pracy. Sobiesław Zasada zaczynał ponoć od zamków błyskawicznych. Te dały mu pieniądze na udział w rajdach samochodowych, talent kierowcy zaowocował kontraktami profesjonalnymi i tak zrodził się całkiem spory koncern motoryzacyjny. To, że później było różnie, to rzecz inna.
A przecież jest droga inna, krótsza, niemal bez pracy, zajmująca kilka drobnych chwil – gra liczbowa, popularnie zwana totolotkiem. Co kilka tygodni, słyszymy triumfalne komunikaty: wygrana 5, 15, 25 milionów złotych. Wygrane trafiają do różnych miejsc w kraju, na przysłowiowe zadupie i do samej stolicy. Nie znamy tylko nazwisk zwycięzców. A przecież byłoby ciekawie wiedzieć, co oni robią ze swoimi wygranymi? Inwestują? Przepijają? Rozdają? Wyruszają w Andy przez Kordyliery i z powrotem?
Jakaż to świetna reklama byłaby dla „gry w numerki”: wygrał, a za wygraną zbudował imperium…, bo ja wiem – pończosznicze. Albo jeszcze lepiej: trzech wygrywających połączyło siły i wygrane, założyli spółkę deweloperską.
A tu nic, cisza. Co ludziska robią z tymi swoimi milionami?! Wstydzą się? Sąsiad o mentalności spiskowca twierdzi, że to wszystko „kit”. Nie ma żadnych wygranych, poza tymi za „trójki” i „czwórki”. Miliony trafiają w „czarną dziurę” – prawda czy fałsz?