Strona główna Rynek „Mateczna” dotacja

„Mateczna” dotacja

0
„Mateczna” dotacja

Jestem praktykującym dziennikarzem, a jednocześnie doświadczonego pszczelarzem, producentem miodu.
O tym, że pszczelarstwo – nie tylko polskie, ale i światowe – przeżywa ciężkie czasy, głośno jest we wszystkich mediach. To, co najbardziej szkodzi pszczołom, to wszechobecna – wielkości łebka od szpilki – roztocz Varroa destructor (stąd nazwa choroby – warroza). Aż dziw, że Unia Europejska tak bardzo zatroskana o rolnictwo i ekologię, tak mało angażuje się w ratowanie pszczół. Można się starać o dotacje do posiadanego hektara gruntów uprawnych, czyli obszarowe (przynajmniej u nas), dotowany jest chów bydła mięsnego i owiec (w wielu krajach), dopłaca się też rolnikom za późne koszenie łąki (czytaj: suchej trawy), by chronić ptactwo. Jednak dla rodzin pszczelich, bez wątpienia podwyższających plony zbierane w UE, a dziś będących w potrzasku, dotacji nie wdrożono.
W 2010 r. dzięki staraniom Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi powstał Krajowy Program Wspierania Pszczelarstwa. Na najbliższe lata (2015–2016) dysponuje on kwotą 16,6 mln euro, z czego 50 proc. przypada na środki unijne. Drugą połowę kwoty dokłada polski budżet.
Mało, ale odczuwalnie
Wsparcie z puli krajowej i unijnej dociera do pszczelarzy poprzez Agencję Rynku Rolnego, za pośrednictwem jednego ze związków branżowych zrzeszających pszczelarzy. Tych związków jest podobno sześć, ale najbardziej znane to Polski Związek Pszczelarski oraz Związek Pszczelarzy Zawodowych. W ramach wsparcia pszczelarze otrzymują całkowity lub częściowy zwrot kosztów za zakupione leki weterynaryjne (pastylki do odymiania i paski do zawieszenia) zwalczające warrozę. Częściowo refunduje się też zakupiony sprzęt pszczelarski, np. miodarki do pozyskiwania miodu, odstojniki do miodu czy wytapiarki do wosku, a od 2015 r. także nowoczesne wielokorpusowe ule.
Dzięki systemowi dotacji pszczelarz może zakupić różnorodny sprzęt, jak np. elektrycznie napędzaną miodarkę i odstojnik ze stali kwasoodpornej czy też solarną wytapiarkę do wosku. Nie ma wątpliwości, że dzięki tym zakupom (z 50-proc. refundacją poniesionych kosztów) znacznie poprawia się jakość miodu pozyskiwanego z własnej pasieki, łatwiej się też pracuje. W tym miejscu warto pochwalić urzędników z Agencji Rynku Rolnego, którzy stworzyli ów system dopłat bez nadmiernej biurokracji. Dzięki współpracy z organizacjami pszczelarskimi jest on wysoce skuteczny, bo pieniądze terminowo trafiają na konta inwestujących pszczelarzy.
Matki to interes
Prawdopodobnie na wniosek pszczelarskich związków dotacjami objęto też wymianę matek pszczelich. Taka wymiana – zwłaszcza gdy pszczoły są atakowane przez silnego wroga (Varroa destructor) – wzmacnia liczebnie pszczelą rodzinę i ułatwia pracę w pasiece, bo matki z profesjonalnej hodowli są oznakowane kolorowym, dobrze widocznym znaczkiem. Dzięki tym oznaczeniom pszczelarz wie, ile królowa ma lat (np. w tym roku obowiązuje kolor niebieski) i nie utrzymuje zbyt starych matek (czyli trzyletnich i starszych). Były już takie okresy, gdy pszczelarz mógł uzyskać całkowitą refundację kosztów zakupu matek pszczelich, nie więcej jednak niż do 20 proc. zarejestrowanych w związku pszczelarskich rodzin.
Wprowadzenie tej refundacji dało sygnał hodowcom reprodukcyjnych matek do podwyżki ich cen. Pojawili się też nowi „producenci” matek, co nie było złe, bo w gospodarce rynkowej konkurencja jest zjawiskiem naturalnym i koniecznym. Niestety, wraz z umasowieniem „produkcji” zapotrzebowanie na młode królowe wzrosło, pogorszyła się natomiast jakość oferowanego materiału. Na zebraniach kół pszczelarskich słychać było narzekania, że nawet połowa zakupionych matek nie zostaje przyjęta przez rodziny pszczele. – Kupujcie matki zapłodnione – doradzali ich hodowcy. – Młode matki nie będą ginąć w trakcie lotów godowych. Okazuje się, że często nie trafiały one do swoich rodzin w wyniku oddziaływania telefonii komórkowej. Problematyczny okazało się sztuczne zapładnianie (inseminacja matek pszczelich była w Polsce na wysokim poziomie) – matki są krótko płodne, bo otrzymują zbyt mało trutowego nasienia. – Kupujcie w takim razie matki naturalnie zapłodnione, które zostały w pasiece hodowlanej sprawdzone pod kątem czerwienia* – doradzali hodowcy. Takie królowe są trzykrotnie droższe od egzemplarzy jednodniowych niezapłodnionych, ale wydawało się, że warto je kupować nawet w sytuacji, gdy ARR obniża refundację kosztów do 50 proc.
Zaproszenie za rok
Postanowiłem skorzystać z tych rad i zakupić dwie takie naturalnie unasiennione matki (mogłem pięć), oczywiście ze sprawdzonym czerwieniem. Wybrałem też sprawdzonego dostawcę, podlegający Centralnej Stacji Hodowli Zwierząt zakład w Pruszkowie. Wcześniej korzystałem z usług tej firmy.
Zaraz po podjęciu decyzji dowiedziałem się jednak, że w tym zakładzie nastąpiła rewolucja kadrowa i kieruje nim obecnie znany w warszawskim Klubie Pszczelarza stosunkowo młody człowiek (pszczelarze to głównie seniorzy). Raz w miesiącu odbywają się w klubie pszczelarskie dyskusje i ten właśnie pszczelarz – może nazwijmy go panem Robertem – ma zazwyczaj odrębne zdanie od reszty, z ekspertami włącznie. Trochę mnie to zaniepokoiło, ale klamka zapadła.
W połowie czerwca – najlepszy okres na dokonanie wymiany matek – postanowiłem zapytać, kiedy dotrze do mnie opłacony z góry – poprzez Wojewódzki Związek Pszczelarski w Warszawie – materiał hodowlany. Otrzymałem odpowiedź od samego pana Roberta, że to musi potrwać i matki będą na przełomie czerwca i lipca. Przygotowałem dwie rodziny na ich „powitanie”, a gdy minął określony termin ponownie wykonałem telefon. Usłyszałem, że znowu mam czekać dwa tygodnie. Zacząłem się martwić, pozbawione wcześniej matek rodziny pszczele wyhodowały sobie własne matki, a ja jednak postanowiłem czekać. W połowie miesiąca usłyszałem, że matki otrzymam po 20 lipca. Nie jest już to dobry termin na wymianę matek, bo w Polsce znika pokarm dla pszczół (brak kwiatów), ale nie miałem wyjścia.
22 lipca zadzwoniłem do Pruszkowa. Uprzejma młoda pani poinformowała mnie, że naturalnie zapłodnionych matek nie udało się w tej pasiece uzyskać, więc i ja „swoich” nie otrzymam. Zapraszają za rok, ma się to udać. Kto się da na to nabrać? – pytam.
Mam świadomość, że produkcja matek pszczelich naturalnie zapłodnionych ze sprawdzonym czerwieniem nie jest prosta. Oprócz tzw. ulików weselnych trzeba mieć w okolicy tzw. trutowisko (miejsce „zbiórki” trutni), ale być może najbardziej skomplikowane jest sprawdzenie czerwienia? Coś w tej produkcji wysokiej jakości matek pszczelich zawiodło. Prawdopodobnie amatorszczyzna i brak doświadczenia hodowcy.
Zakupiłem już matki do zasiedlenia nimi osieroconych wcześniej rodzin. Oczywiście bez obiecanych dotacji i były zapłodnione sztucznie (też drogie).
Obecnie nawet nie wiem, kto jest moim dłużnikiem. Czy Wojewódzki Związek Pszczelarski w Warszawie, któremu powierzyłem swoje środki? Czy podległa ministrowi rolnictwa Centralna Stacja Hodowli Zwierząt, której podlega zakład zwany niegdyś Stacją Unasienniania Zwierząt w Pruszkowie? Bo chyba nie sam pan Robert, który podjął się zadania, nie wiedząc, jak je wykonać.
Wieść niesie, że takich „nabitych” w pszczelarskie dotacje jest wielu i oni opłacili nieostrożnie, nie jak ja dwie, ale kilkadziesiąt matek, które nie odnowią im pasieki i nie dostarczą nowego materiału genetycznego przyczyniającego się do większego miodobrania, a także nie ułatwią walki z wszechobecną warrozą.
H.P.
*Czerwienie – składanie jaj przez matkę pszczelą do komórek plastrów.