Strona główna Kalejdoskop Mistrzowie nie myślą o pieniądzach

Mistrzowie nie myślą o pieniądzach

0
Mistrzowie nie myślą o pieniądzach

Od pieniędzy krążących w sporcie może się zawrócić w głowie. Kiedy rok temu 22-letni wówczas Anthony Davis, jeden z dziesięciu najlepszych graczy NBA, podpisywał kontrakt z klubem New Orleans Pelicans na kwotę 145 mln dol., wydawało się, że na długo będzie to rekord najlepszej koszykarskiej ligi świata. Ale już kilka miesięcy później lider Cleveland Cavaliers LeBron James sfinalizował dożywotnią umowę z firmą Nike, wartą równy miliard dolarów. A Floyd Mayweather Jr za stoczony w 2015 roku z Mannym Pacquiao pojedynek bokserski zarobił 275 milionów. Czyż to nie szaleństwo?
Te pieniądze nie biorą się znikąd. Sport to dzisiaj wielki biznes o światowym zasięgu i jak każda gałąź gospodarki poddany jest prawom rynku. Popyt bilansuje podaż, a apanaże sportowców są tego wypadkową. Ja jednak nie zajmuję się ekonomicznymi aspektami sportu. Moje zainteresowania idą w kierunku, jak motywować zawodników do osiągania coraz lepszych wyników, do samodoskonalenia i osiągania mistrzostwa sportowego. Psycholog pomaga zawodnikowi po kontuzji, a także w sytuacjach, gdy przeżywa on gorycz porażki lub w chwili niespodziewanego sukcesu. Równocześnie staram się pokazywać, jak zachować życiową równowagę, dającą satysfakcję również poza sportem i po zakończeniu kariery. Pomagam mu, by dobrze przygotował się do tego, co będzie robił w przyszłości, żeby w jego życiu nie powstała pustka i nie wystąpiły problemy z adaptacją społeczną. To istotne, bo kariery sportowców w porównaniu z innymi dziedzin trwają bardzo krótko.
Wyobraźnię pobudza wysokość piłkarskich transferów, których tendencja także jest rosnąca. Chcąc pozyskać Leo Messiego, trzeba by dzisiaj zapłacić Barcelonie grubo ponad 150 mln euro, za naszego Roberta Lewandowskiego podobno Real Madryt skłonny jest wyłożyć 100 mln euro, a on sam miałby zarabiać rocznie jedną czwartą tej kwoty. Nawet sportowcom na naszym krajowym rynku nie wiedzie się źle. Piłkarze Ekstraklasy zarabiają rocznie ok. 40 tys. zł miesięcznie, czyli 10-krotną wartość średniej płacy w Polsce. Tym, którzy uważają, że są oni przepłacani, wytykając ich boiskowe kiksy, trudno nie przyznać racji. Też pan tak uważa?
Powtarzam, sprawy te regulują prawa rynku. Skoro ktoś płaci tak duże pieniądze, to znaczy, że go na to stać. Uważam jednak, że na użytek mediów sprawy te są często sztucznie wytwarzane i nadmiernie wyolbrzymiane. Ciekawe, że to co jest normalne w świecie artystycznym, w sporcie rozpala takie emocje. Jeśli aktor otrzymuje krocie za filmową rolę, a malarz sprzedaje obraz za miliony, nikogo to nie bulwersuje. Natomiast społeczny sprzeciw budzą sytuacje, kiedy uważamy, że sportowcy nagradzani są nieadekwatnie do prezentowanego poziomu.
Mówi pan o motywacji. Czy zatem pieniądze nie pełnią takiej roli?
Jeśli apanaże pełnią funkcję informacyjną, nie muszą wówczas zabijać wewnętrznej motywacji, lecz mogą ją nawet wzmacniać. Wszystko zależy od tego, jaką funkcję nadaje się nagrodzie. Jeśli stanowi potwierdzenie osiągniętego poziomu wszystko jest w porządku. Problem rodzi się wtedy, gdy apanaże przyjmują rolę kontrolującą i zawodnik wykonuje coś dla pieniędzy; nie chce, ale musi, bo wiąże go na przykład kontrakt ze sponsorem. Taka presja na pewno nie pomaga w osiąganiu mistrzostwa. Może to nie jest popularne, co mówię, ale proszę mi wierzyć, że pieniądze dla stającego na starcie zawodnika nie są najważniejsze. Sprawy kontraktów powierzają oni innym ludziom.
Walka o pieniądze to rola dla jego menedżera, rozgrywająca się poza sportowcem?
Tak sądzę. Pracując z wieloma wybitnymi sportowcami z różnych dyscyplin nigdy – ani podczas treningu, ani przed zawodami – nie rozmawiałem o zarabianych pieniądzach. Nie odczułem, że mieli oni głowę zaprzątniętą czekającymi na nich nagrodami. Zresztą na temat swoich zarobków i przyszłości nie wypowiadają się publicznie. Zostawiają to swoim agentom i menedżerom, a informacje na ten temat, które przedostają się do mediów, są najczęściej spekulacjami rozbudzającymi wyobraźnię odbiorców.
Kiedy Robert Lewandowski przygotowywał się na zgrupowaniu do Euro 2016, media niemal codziennie kreśliły jego transferowy scenariusz. Jeśli nie przejdzie do Manchesteru United, to będzie strzelał gole dla Realu Madryt. Za 70 mln, a nawet za 100 mln euro. Można obojętnie przechodzić obok takich rewelacji?
Jestem przekonany, że Lewandowski na tym się nie koncentrował. To raczej kibice emocjonowali się jego transferem. Nie ukrywajmy, oni bardzo to lubią. Owszem, podawane kwoty działają na wyobraźnię społeczną, ale w najmniejszym stopniu na sportowca, skupionego na jak najlepszym przygotowaniu się do prestiżowej imprezy. Jestem przekonany, że kapitan reprezentacji jest na tyle doświadczonym zawodnikiem, że potrafi umiejętnie oddzielić to, co związane z pracą na treningu i meczem, od tego wszystkiego, co się dzieje wokół niego.
Cały ten medialny szum musi jednak docierać do zawodnika. Tym bardziej że w przeciwieństwie do artystów, w sporcie premiowany jest konkretny wynik: jeśli go osiągniesz, zgarniasz całą pulę. Przystępując do rywalizacji, musi być tego świadom. Adam Małysz, stojąc na szczycie skoczni, nie przeliczał długości skoku na wysokość czekającej go premii?
Nic podobnego! To absolutna bzdura. Gdyby stając na rozbiegu, a nawet jeszcze wcześniej, nie koncentrował się na skoku, jego najdrobniejszych elementach, lecz myślał o czymś innym, nigdy by tyle nie osiągnął. A śmiem przypuszczać, że w ogóle nic znaczącego by nie zdobył. Z moich doświadczeń wynika, że wielcy mistrzowie, przystępując do zawodów, naprawdę nie myślą o pieniądzach. One są gdzieś w tle rywalizacji. Mówi się, że wielkich sportowców charakteryzuje mistrzostwo koncentracji, posiadanie „czystego umysłu”, umiejętność bycia „tu i teraz”. Izolując się od otoczenia, skupiają się wyłącznie na tych aspektach, które są istotne dla wykonania określonej czynności. O dobry wynik trudno wówczas, jeśli zawodnik przed startem się zastanawia, co go czeka, jeśli przegra mecz, że nie otrzyma premii, może straci kontrakt. Ten lęk poznawczy jest dla sportowca największym wrogiem.
Dlatego tak ważna jest motywacja wewnętrzna?
Tak. Motywacja, jak słusznie twierdzi amerykański psycholog sportu Jim Taylor, jest podstawą każdego działania. Pełni funkcję sprężyny napędzającej cały mechanizm. Motywacja może być zewnętrzna, uruchamiana przez różnego rodzaju nagrody, apanaże lub wewnętrzna, polegająca na robieniu czegoś dla własnej satysfakcji oraz by się doskonalić. Ona jest ważniejsza, bo zależy od nas samych, możemy ją kształtować w przeciwieństwie do motywacji zewnętrznej, na którą nie mamy wpływu.
Satysfakcja?
To bardzo ważne, żeby ze sportu czerpać satysfakcję i radość. Ktoś nawet zauważył, że smutni faceci kończą bieg na ostatnich pozycjach. Uprawianie dzisiaj sportu wyczynowego determinuje styl życia zawodnika. Sportowcem jest się 24 godziny na dobę. To nie jest tylko zaangażowanie w trening, gotowość wydatkowania energii, walka do końca, ale to też dbałość o zdrowie, właściwe odżywianie, odnowa biologiczna. Trener tego wszystkiego nie skontroluje. Tu jest potrzebna wewnętrzna motywacja. Trzymając się definicji Deciego Rayana, obejmuje ona trzy podstawowe potrzeby inspirujące do działania i wpływające na naszą osobowość. Potrzeba autonomii polega na realizacji pewnej koncepcji i wizji życia, potrzeba kompetencji związana jest z poczuciem własnej wartości, a potrzeba dobrych relacji z innymi ludźmi wynika z faktu egzystowania w pewnym otoczeniu i dążeniu do stanu – najkrócej mówiąc – by kochać i być kochanym. Zaspokajanie tych trzech potrzeb gwarantuje prawidłowe funkcjonowanie i rozwój osobowości. A sukces odnoszą tylko indywidualności, doskonale wiedzące czego chcą, do czego dążą. Jeśli włączymy do tego pieniądze, to problem polega na tym, jak nimi operować, by nie zablokować którejś z tych potrzeb.
Bo życie podsuwa pokus bez liku…
I to przekonuje, że sport powinien realizować także funkcję wychowawczą. Dobry wychowawca wie, co zrobić, żeby zawodnik zrozumiał, iż chcąc coś osiągnąć, pojechać na mistrzostwa i przeżyć atmosferę olimpijskiej rywalizacji, musi trenować więcej niż inni. Oczywiście sława i gratyfikacje towarzyszyły sportowcom już w starożytności i zapewne od wielkich pieniędzy też już nie uciekniemy. Jednak radość ze zwycięstwa i zdobytego medalu, olimpijskie podium, biało-czerwona flaga i hymn państwowy są bezcenne. Wielu by dopłaciło, żeby takie przeżycia stały się ich udziałem. Wiem, co mówię, bo wspólnie z naszymi mistrzami wielokrotnie przeżywałem dekoracje i wzruszony słuchałem Mazurka Dąbrowskiego.
Gloryfikuje pan sportowców.
 Bo ich umiejętności i postawa, którą charakteryzuje determinacja i wytrwałość, zasługują na podziw i mogą być inspiracją dla innych. Posiadają cechy, które pozytywnie wyróżniają ich od innych. Sport wymaga pracy pod presją, dyspozycyjności, odraczania gratyfikacji w czasie, radzenia sobie z porażkami, umiejętności współpracy, postrzegania sytuacji trudnych jako wyzwania, a nie jako zagrożenia. Wszystkie te cechy są ze wszech miar pożądane w wielu innych dziedzinach. Czyż robiący dzisiaj nabór kandydatów do pracy nie chciałby zatrudnić kogoś takiego, kto dysponuje takimi walorami? Czasem słyszę, jak o kimś, kto kończy karierę, mówi się, że niewiele umie, bo przecież to tylko sportowiec. Tymczasem umiejętności, jakie wykształcił on w sobie przez lata startów oraz posiadane motywacje są takiego formatu, że gdybyśmy go przyuczyli w innych specjalnościach, to okaże się bardzo dobrym pracownikiem. Zasady budowy i prowadzenia teamu sportowego są przecież bardzo podobne do tworzonego zespołu w każdym zakładzie pracy.
Współpracuje pan też z aktorami i muzykami. Inaczej niż ze sportowcami?
Andrzej Seweryn, który przed rozpoczęciem kariery aktorskiej uprawiał koszykówkę, w jednym z wywiadów zauważył, że w sporcie i w pracy aktora jest wiele zbieżnych punktów. Przedstawiciele obu dyscyplin wyrażają siebie przy pomocy ciała, zawodnikowi i aktorowi przed wyjściem na scenę potrzebna jest rozgrzewka, obaj narażeni są na tremę i stres, w obu dziedzinach mamy do czynienia z sytuacją ekspozycji społecznej oraz obowiązuje zasada: „na miejsca, gotowi, start”. No i zarówno na arenie sportowej, jak i na scenie, nie ma miejsca na błąd. Z pomocy psychologów sportu korzystają nie tylko aktorzy, ale też kontrolerzy ruchu lotniczego czy chirurdzy, których praca obarczona jest dużym stresem i ogromną odpowiedzialnością. Oni także dużo zarabiają, ale nie są sławni jak aktorzy i sportowcy.
 
*Jan Blecharz – psycholog sportu, profesor AWF w Krakowie. Pracował z reprezentacją Polski w koszykówce kobiet, gimnastyczkami artystycznymi, kadrą skoczków narciarskich, łyżwiarzami figurowymi, strzelcami sportowymi. Był wieloletnim konsultantem TS Wisła Kraków, współpracuje z Polskim Związkiem Lekkiej Atletyki. Przygotowywał sportowców do startów w igrzyskach olimpijskich oraz mistrzostwach świata i Europy. Jest autorem licznych publikacji i nowatorskich technik stosowanych w treningu, szczególnie interesuje się pracą zawodnika po urazach fizycznych oraz przygotowaniem mentalnym sportowców do zawodów najwyższej rangi.
 
Podpis foto
Współpraca Jana Blecharza z Renatą Mauer-Różańską zaowocowała dwoma złotymi medalami w strzelectwie sportowym na igrzyskach w Atlancie (1996) i Sydney (2000).