Geniusz

0

W klasie piątej i szóstej chłopak wygrał miejską olimpiadę matematyczną, dzięki czemu nauczyciele patrzyli już przez palce na jego wybryki.
Przed wyborem przez Krzyśka kierunku studiów ojciec chłopca stwierdził: – Powinieneś iść na politechnikę. Jesteś świetny z matematyki, fizyki. W czasach szybkiego rozwoju wiedzy i techniki możesz zdziałać dla Polski wiele dobrego. Krzysztof zastanawiał się jednak, co by mu powiedział nieżyjący od paru lat ukochany dziadek Janek, prawnik i polonista, człowiek, który zapoznawał chłopca z Panem Tadeuszem i Wołodyjowskim, osobliwie zaś – z mądrym, ciętym słowem biskupa Krasickiego. Wybrał „dziadkowe” prawo.
Studia szły śpiewająco. Także dosłownie, bo Krzysztof zaczął z powodzeniem śpiewać i tańczyć w uczelnianym zespole folklorystycznym. Ponadto grał w koszykówkę w drugoligowym AZS-ie.
Aż nastąpiło zdarzenie, którego wagę, a nawet symboliczną wymowę, docenił Krzysztof dopiero po latach… Sąsiadka Ewa studiowała psychologię. Czasem prosiła Krzysztofa, żeby służył jej za „medium” – dla realizacji prac zadawanych przez asystentów. Po kilku takich doświadczeniach dziewczyna powiedziała koledze, że wynikami testów z jego udziałem mocno zainteresował się adiunkt, dr Leszek.
– Panie Krzysztofie, to nieprawdopodobne! Mam przed sobą geniusza. Pańskie IQ niemal „przerasta” górną granicę skali Wechslera. Pan się marnuje jako humanista. Tymczasem Amerykanie właśnie tworzą superprzyszłościowe centrum naukowe. Mam dojście do ludzi, którzy pracują dla tego przedsięwzięcia jako „łowcy mózgów”. Generalnie wszystko objęte tajemnicą, ale słyszałem, że całość umiejscowiono gdzieś w Kalifornii – poinformował dr Leszek.
Nasz geniusz jeszcze przez jakiś czas opędzał się przed nagabywaniami naukowca. Z czasem wszystko ucichło. Krzysztof skończył studia prawnicze, ale pracę podjął w branży rozrywkowej. Wchodził w duże interesy, zarabiał dobre pieniądze. Ożenił się z Małgosią, z którą ma syna. Niestety, w rodzinie się nie ułożyło, nastąpiło rozstanie. Dziś Krzysztof żyje z odłożonego „kapitaliku”. – Do problemu swej ewentualnej genialności, wracałem rzadko, wyłącznie w rozmyślaniach – wspomina już starszy dystyngowany pan. – I kłaniałem się nisko Panu Einsteinowi, a z równym szacunkiem Panu Wołodyjowskiemu. Kiedyś w towarzystwie, przy dobrym winie, wychyliłem się ze swą „genialną przygodą”, koledzy uśmiechali się ironicznie, niektórzy pukali palcem w czoło. Po latach spotkałem koleżankę Ewę. Powiedziała, że jeszcze w tamtych czasach doktor Leszek habilitował się, wyjechał do Stanów Zjednoczonych i wszelki słuch po nim zaginął. Mnie przeczucie mówi teraz, że mój „prześladowca” spędza spokojną starość gdzieś w Krzemowej Dolinie. Czego mu zawsze życzyłem ja, domniemany, a może potencjalny – geniusz.
WACŁAW JAROSZYŃSKI
Cały artykuł w numerze 4/2013 Eurogospodarki.