Kampania przeciwko polskiemu jedzeniu osiągnęła już rozmiar histerii. Czesi ostentacyjnie przerzucają towar na sklepowych półkach, nerwowo poszukując kraju pochodzenia danego produktu lub usilnie studiując kody kreskowe. Zdesperowani producenci zaczęli uciekać się do zabiegów marketingowych, gdzie informację „Made in Poland” zaczęto zastępować napisem „Made in EU”. Ale i to nie pomogło. Dziś Czesi automatycznie mówią – „Made in EU” = „Made in Poland”. I tu właśnie zaczyna się paradoks czeskiej hipokryzji spożywczej.
Antypolska kampania jest widoczna przede wszystkim w mediach i… praskich sklepach. Jednak rzeczywistość stolicy nie zawsze pokrywa się z realiami na prowincji. Tymczasem ogromna część czeskiej granicy sąsiaduje z Polską, a na terenach przygranicznych to nie telewizja ani Internet decydują o zawartości koszyka, ale grubość portfela. I podczas gdy w Czeskiej Telewizji Słowak Andrzej Babisz nadyma się i zżyma, że nie będzie jeść polskich „gówien”, mieszkańcy Liberca, Trutnova, Nachodu, Bruntala, Opawy, Ostrawy, Bohumina, Cieszyna, Karwiny i Jabłonkowa siadają do swoich „szkodowek” i przynajmniej raz w miesiącu przypuszczają inwazję na polskie punkty handlowe. I często nie ma znaczenia, czy jest to hipermarket czy lokalny sklepik. Polacy ze Śląska Cieszyńskiego od dawna utrzymują swoje biznesy dzięki klientom zza granicy. A schodzi wszystko. Począwszy od mleka i jajek, przez sery i słodycze, skończywszy na mięsie i alkoholu. A mowa tylko o artykułach spożywczych. Rynek ubrań, mebli czy sprzętu elektronicznego to zupełnie inna sprawa. Czy zatem do Pragi trafia jakieś inne jedzenie? A może „stołeczni” po prostu uważają resztę swoich rodaków za naiwnych i głupich?
TOMASZ DAWID JĘDRUCHÓW korespondent z Czech
Cały artykuł w numerze 4/2013 Eurogospodarki.