Konieczność zmian jest zupełnie oczywista – zmieniają się okoliczności, profil pracownika, warunki rynku pracy czy stan wiedzy w poszczególnych dziedzinach. Początek roku szkolnego jest zawsze okazją do spojrzenia na polskie szkolnictwo, ale widok – niestety – nie zawsze napawa optymizmem.
W kontekście roku szkolnego 2012-2013 zmiany nie są wielkie, zarówno w kwestiach programowych, jak i organizacyjnych. Likwidacja szkolnych stołówek i oddanie ich w ręce zewnętrznych podwykonawców dla wielu będzie próbą wprowadzenia w tym zakresie praktyk wolnorynkowych. Druga zmiana może mieć jednak dużo poważniejsze skutki. Protesty rodziców doprowadziły do ponownej zmiany obowiązku szkolnego – o rok. W efekcie rodzice pięcioletnich uczniów tzw. zerówek znaleźli się w zawieszeniu i nikt nie ma dobrego pomysłu, jak z niego wybrnąć. Tak powstaje kolejny rocznik doświadczalny.
Dla równowagi, można jednak nadmienić, że jest też rozwiązanie zasługujące na jednoznaczną pochwałę – od tego roku szkolnego w Systemie Informacji Oświatowej przestaną być przechowywane tzw. dane wrażliwe uczniów i absolwentów. To jednak mało pocieszające, co prawda naprawia się anachroniczną degenerację, ale jest to tylko wyciągnięcie nogi z bagna, a nie rzeczywisty krok do przodu.
Jako taki postępowy krok przedstawiano Polakom wprowadzenie gimnazjów, które miały wyrównać poziom edukacji na wsi i w miastach, pozwolić oddzielić nastolatków od małych dzieci i podnieść ogólny poziom oświaty. Efekt, jaki obserwujemy od ponad dekady, jest wręcz odwrotny! Każdy kolejny stopień edukacji to powtórka z tego, czego uczniowie nauczyli się wcześniej z domieszką nowych informacji. Ponadto, kontrowersje wzbudza fakt dowolnego wyboru podręczników przez szkolną dyrekcję, a w wielu szkołach to nauczyciele indywidualnie decydują, z jakich podręczników będą korzystać! Komplet książek do I klasy gimnazjum kosztuje ok. 500-550 zł. Mając na uwadze migracje za pracą, dlaczego nie można tego systemu ujednolicić, jak było dawniej? A przeprowadzka w trakcie trwania roku szkolnego zazwyczaj wiąże się z kupnem innych podręczników! Często to kolejny zbędny wydatek oraz nadrabianie zaległości przez ucznia. I gdzie tu dbałość o dobro dziecka?
Badania przeprowadzone dwa lata temu przez Instytut Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego wskazały na to, że młodzież licealna (po reformie) jest znacznie mniej zainteresowana materiałem omawianym na lekcjach, dlatego, że nie jest on dla nich zaskakujący, a co za tym idzie lekcje w mniejszym stopniu rozbudzają ciekawość młodych ludzi. A poziom i ilość wiedzy lecą w dół i tutaj nie potrzeba nawet badań – wystarczy przejrzeć egzaminy maturalne z ostatnich dziesięciu lat. Gdyby trudność matur była utrzymana na stałym poziomie, wyniki z roku na rok byłyby coraz gorsze.
Na pierwszych październikowych wykładach w państwowych uczelniach profesorowie do świeżo upieczonych studentów nie krępują się już mówić, że denerwuje ich to, że trzeba z nimi „zaczynać od podstaw”. Coraz częściej prowadzący narzekają na to, że od kilku lat zamiast uczniów z utrwaloną wiedzą i mocną podstawą do budowania dalszej otrzymują „coraz głupszych” studentów. Mocne słowa? Nie moje – tak w „Newsweeku” otwarcie mówili pytani o tę kwestię wykładowcy uczelni wyższych.
Uczniowie pokazują, że nie są głupi, umiejętnie wykorzystując coraz więcej udogodnień związanych z indywidualnym podejściem do ucznia. Coraz częściej mówi się o konieczności wprowadzenia większej specjalizacji szkół i kierunkowania edukacji z akcentem na poszczególne dziedziny. Za takimi rozwiązaniami stoją silne argumenty formułowane szczególnie przez pracodawców, których nie obchodzi, czy ich pracownik wie, jak nazywa się największa wyspa Oceanii, a tylko to, czy jest zdolny wykonać swoje zadanie i być w nim maksymalnie wydajny. Kwestia jest jednak dosyć delikatna. Kiedy patrzy się np. na poziom wiedzy geograficznej Amerykanów, którzy po zwycięstwie polskich siatkarzy plażowych nad ich reprezentacją zalali Internet pytaniami w stylu „Jak to możliwe? Przecież oni nie mają dostępu do morza”, nachodzi refleksja, na ile edukacja jest kwestią „produkcji” pracowników, a na ile kwestią kultury narodowej i świadomości społecznej.
Dziś programy są mniej przeładowane, a stan wiedzy każdego kolejnego rocznika zdającego egzamin dojrzałości jest coraz mniejszy i nie są to opinie, ale fakty. Myśl o tym, jak będą wyglądać szkoły za 20 lat przy utrzymaniu takiej tendencji, zapewne byłaby zbyt ciężkostrawna dla rozmówcy-pedagoga.
DANIEL WARDZIŃSKI
źródło: Eurogospodarka nr 9/2012