Okazją do wizyty, czy może raczej jej efektem, było otwarcie w Rijadzie Polsko-Saudyjskiego Forum Biznesu. Polska delegacja rządowa składała się z przedstawicieli i szefów firm, które mogłyby potencjalnie wejść we współpracę (zarówno importową, jak i eksportową) z Saudyjczykami. Nic dziwnego, że do wizyty przygotowano się starannie w kwestii kadrowej, bo Arabia Saudyjska to kraj wytwarzający blisko jedną czwartą PKB wszystkich krajów arabskich! Obrót handlowy naszych krajów jeszcze przed wizytą premiera wynosił prawie 550 mln dol. za rok 2011. W stosunku do roku 2010 kwota wzrosła o blisko 30%. Według prognoz polskiego ambasadora w Rijadzie, Witolda Śmidowskiego, po wizycie może jeszcze wzrosnąć.
W trakcie swojej wizyty szef polskiego rządu spotkał się z saudyjskimi ministrami zasobów mineralnych, szkolnictwa wyższego, zdrowia i obrony. W spotkaniach brali również udział kształceni na polskich uczelniach saudyjscy studenci oraz absolwenci polskich uczelni (głównie technicznych, ale także medycznych). Dumnie podkreślono, że ci „budowniczowie mostów między naszymi narodami” byli u nas kształceni na koszt polskiego budżetu, bo widziano w tym potencjał przyszłej współpracy. Wydaje się jednak, że rozmowy z Saudyjczykami mogą czasami wyglądać jak stąpanie po rozgrzanym piasku pustyni, który parzy w stopy, bo porozumienia z tego typu egzotycznymi partnerami zawsze budzą spore kontrowersje, a tych spindoctorzy ekipy rządzącej starają się unikać jak ognia. Stało się jednak inaczej, po części przez to, że premier Tusk zwyczajnie nie wypadł najlepiej w trakcie tej wizyty zarówno w oczach partnerów do rozmów, jak i obserwatorów w kraju.
Póki co, od wizyty minęło już trochę czasu, a o konkretnych inwestycjach cisza. Nie było ogłoszenia żadnego dużego porozumienia, ani słowa o prywatyzacjach i firmach budowlanych z Polski na saudyjskim piasku, choć z pewnością byłoby to bardzo na rękę dla wizerunku szefa rządu. Z pesymistycznym zakładaniem, że sprawa zakończy się jak „dubajskie stocznie nad Bałtykiem”, warto byłoby jednak poczekać. Pamiętajmy, że w międzynarodowej gospodarce nieczęsto jest tak, że coś dzieje się z dnia na dzień.
Wydawało się jednak, że niektórzy szejkowie powstrzymali śmiech, kiedy usłyszeli „jesteśmy stabilni finansowo, jesteśmy spokojnym, pracowitym narodem”. Może druga część tej wypowiedzi była trafna, ale pierwsza? Stabilność finansowa nie jest ostatnio naszą najmocniejszą stroną i choć protokół dyplomatyczny tego typu spotkań bywa ciasny jak gorset, nie wolno zapominać o tym, żeby nie próbować drugiej stronie wmawiać własnych nieprawdziwych atutów. Za saudyjskim biznesem stoi monstrualny sztab finansowych doradców, którzy potrafią wystarczająco dokładnie wysondować, które z zapewnień są prawdziwe, a które to wykwity kurtuazji i zbyt nachalny ukłon do inwestowania w Polsce. Nie trzeba jednak być ekspertem, żeby wiedzieć, że rzeczywiste rozstrzygnięcia biznesowe na takich spotkaniach zawiązują się w kuluarach, a te – w przypadku tak dużego panelu dyskusyjnego i tak zacnego grona uczestników – z pewnością wyglądały interesująco. Jeśli zaczną być realizowane, prędzej czy później dowiemy się o tym i być może ponownie zaliczymy spory wzrost obrotu handlowego z największym arabskim petrochemicznym gigantem?
DANIEL WARDZIŃSKI
Cały artykuł w numerze 6/2012 Eurogospodarki.