Na sakramentalne i słyszane zewsząd pytanie „kto zarobi na EURO?” możemy z pewnością udzielić tylko jednej odpowiedzi – UEFA. Kontrowersyjna organizacja, którą na polskich trybunach nazywa się europejskim PZPN-em, potrafi odpowiednio zadbać o swój interes. Warunkiem możliwości zorganizowania jakiejkolwiek piłkarskiej imprezy pod jej patronatem jest udzielenie przez państwo organizatora pełnej ulgi podatkowej na dochód trafiający do organizacji. W przypadku mistrzostw Europy w Polsce i na Ukrainie będzie to prawie 100 mln euro, w tym pieniądze od sponsorów, sprzedaż praw do transmisji czy gadżetów z logo imprezy. Kto inny organizuje, kto inny spija śmietankę.
Smutne realia funkcjonowania światowego showbiznesu, do którego można przecież zaliczyć mecze piłkarskie, sprawiają, że Polska i Ukraina na dobrą sprawę są gotowe, a wręcz czują się zobligowane, do wprowadzenia praktycznie każdej zmiany prawnej jaką podyktuje UEFA, bo inaczej doprowadziłyby do wielkiego skandalu i kompromitacji. Nie wynika to ze słabości polskich władz. W przypadku poprzednich imprez było przecież bardzo podobnie.
Grzegorz Lato, prezes PZPN, ostatnio przyznał, że nie wywiązaliśmy się ze zobowiązań infrastrukturalnych, co zresztą wiadome było od dawna. Komunikację do potrzeb dużej imprezy uda się pewnie jakoś dostosować, ale co ważniejsze, według ekspertów budownictwa, modernizacja polskich dworców i linii kolejowych dzięki organizacji EURO zaliczyła wzrost, który w normalnych warunkach nastąpiłby dopiero za kilka lat. Wszyscy mówią też o tym, że modernizacja infrastruktury to tyle samo, co powiększenie PKB swojego kraju. Czy tak będzie rzeczywiście, a dalsze remonty potoczą się kompleksowo i nie zostaną zaniedbane, kiedy po finale w Kijowie zamiotą już konfetti?
Kciuki od wielu miesięcy trzymają hotelarze, którzy muszą jednak uważać, żeby nie podzielić losu swoich kolegów z Austrii. Przesadne windowanie cen w trakcie imprezy, którą Austriacy organizowali wraz ze Szwajcarią, sprawiło, że klienci pozostawili wiedeńskie hotele pustymi, a późniejsze obniżenie cen już nie zdołało ich ponownie przyciągnąć. Oczywistym jest, że w mieście, do którego przyjeżdża kilkaset tysięcy kibiców z całej Europy, zarobią jednostki gastronomiczne, ale te podobnie jak hotele o ulgach podatkowych, jak te dla UEFA, mogą zapomnieć. Od kilku lat powszechnie mówi się, że jedyną sytuacją, w której duża sportowa impreza może zadziałać stricte dochodowo, jest urządzenie jej w kraju rozwijającym się.
Polska zalicza się do krajów rozwiniętych i z większości kalkulacji możemy wnioskować, że na EURO jako kraj tak naprawdę nie zarobimy. Za to mamy szansę się pokazać, sprawić, żeby zagraniczni turyści zakochali się w naszym kraju, zmienić wizerunek Polaka na Zachodzie i przedstawić się jako dojrzałe europejskie państwo, a przez to godny inwestycji poważny partner w rozmowach biznesowych. Mamy szansę na impuls gospodarczy, który może sporo zmienić.
Jak zaprezentują nas piłkarze, nie sposób przewidywać, natomiast łatwo przewidzieć, jakie miny będą mieli zagraniczni kibice patrzący na wykonywany przed meczem otwarcia hymn reprezentacji – sławetne „Ko Ko EURO Spoko”. Wypada tylko modlić się, aby żaden z zagranicznych dziennikarzy nie silił się na tłumaczenie tekstu na angielski. O spocie promującym Warszawę jako miasto gospodarza i kwocie na niego zainwestowanej nawet nie wspominajmy.
O EURO mówią nie tylko inżynierowie, eksperci od sportu czy budownictwa, ale też psychologowie społeczni. Ich zdaniem powodzenie imprezy będzie miało kolosalne znaczenie dla poczucia wartości wśród Polaków. Innymi słowy, spektakularny sukces w momencie, w którym patrzy na nas pół świata, jest nam bardzo potrzebny.
Specjaliści z branży hotelarstwa i turystyki mówią otwarcie, że sama impreza to jedno, a notowany w większości miast organizujących duże imprezy wzrost liczby turystów przez kilka następnych lat – to drugie. Czy Niemcy, Anglicy, Francuzi i Hiszpanie zapamiętają życzliwość i gościnność, czy bardziej to, że po cenie o połowę niższej niż u siebie mogą kupić 40 paczek papierosów?
Należy wierzyć w powodzenie naszej reprezentacji i narodowego zdrowego rozsądku, który może sprawić, że nawet nie dotrzymując wszystkich terminów, uczynimy EURO 2012 znaczącym krokiem cywilizacyjnym.
DANIEL WARDZIŃSKI
źródło: Eurogospodarka nr 6/2012

