Strona główna Archiwum Upadłości i upadki

Upadłości i upadki

0

Ośrodek przygarnia bezdomnych różnego autoramentu. Takich, co to „nie mogą”, takich, którzy „nie umieją”, ale też takich, którym się po prostu „nie udało”. Do tych ostatnich należy Zygmunt, magister inżynier budownictwa, absolwent warszawskiej politechniki.
W PRL-u przez lata pracował na dobrych, państwowych posadach. Odłożył parę złotych, wyrobił sobie układy. Postawił własny dom, jeździł dobrym samochodem. Był obrotny, skuteczny. Gdy przyszły zmiany przełomu lat 80/90, szybko załapał, że to czas wymarzony dla niego. Założył firmę budowlaną. Wygrywał przetargi, budował domy, obiekty użyteczności publicznej.
Za namową inwestora, który przekonywał Zygmunta, że czeka na dużą forsę z innych interesów, brnął w kredyty. Zastawił dom i dwie doskonale zlokalizowane działki. A budowa na dobre stanęła w miejscu. Skończyły się możliwości kredytowe. – Zostałem sam; przepraszam – z moimi długami. Z poważnego biznesmena stałem się dziadem. Firma upadła, a z upadłościowej masy nie wystarczyło na spłacenie długów.
Od paru miesięcy przebywa w kolejnym ośrodku dla bezdomnych. Próbuję byle jakich robót „na czarno”, bo za schronisko trzeba coś symbolicznie płacić. Za to dostaje skromne jedzenie, ma „własne” łóżko, codziennie może się umyć.
Procenty u komornika rosną. – Machnąłem ręką. Co mnie to w końcu obchodzi. Niech się udławią komornicy, banki, cała ta p…..lona banda pseudofinansjery i jej sługusy. I tak nie zapłacę. Teraz jestem „ponad to”!
***
To było wielkie święto, kiedy Henryk wyjeżdżał do Niemiec na saksy. Piękna, kochająca małżonka okrywała go pocałunkami, córka czule obejmowała tatusia. Nareszcie pożyją. W miejsce państwowej posady w kraju trafiła się świetna robota w charakterze „człowieka do wszystkiego” u bogacza pod Monachium. Sprawa gwarantowana. Załatwił to dobry przyjaciel.
Minął właśnie kolejny rok zarobkowej tułaczki. Listy z domu przychodziły już bardzo rzadko. Były lakoniczne, wręcz chłodne. Pora zwijać manatki. Do kraju wracał, tym razem po półtora roku, nie pozbawiony pewnego niepokoju. Gdy przed domem rozpakował z taksówki bagaże, w domofonie powitał go obcy głos. Dowiedział się, że żona kupiła duże mieszkanie, w którym zamieszkiwała wraz z córką i… nowym partnerem.
Na początek przechowali go koledzy, ale – do czasu. Roboty jak nie było, tak nie było. Poszedł do opieki społecznej. Choć było wstyd. Miał dopiero 48 lat. Skierowali go do „Monaru – Markotu”. Dostał schronisko – za pracę na rzecz ośrodka. Potem zmieniał miejsca pobytu na podobne – w Caritasie czy u Ojców Kamilianów w Ursusie. Tak się błąka do dziś. Bez chęci życia, bez nadziei. Ostatnio sprzątał na cmentarzu bródnowskim za marnych parę groszy.
Pobyt w aktualnym ośrodku nie może trwać w nieskończoność. A Henryk nie umie się odbić od dna. Przekroczył pięćdziesiątkę, zatem – szanse na jakąś w miarę normalną pracę są znikome. Zwłaszcza, że przygotowanie zawodowe ma urzędnicze.
Bezdomemu, bezrobotnemu Heńkowi rosną zaległości alimentacyjne. – Może mnie wreszcie zamkną za te alimenty i będę miał dożywotni spokój. Ale podobno z miejscem w pudle też nie jest łatwo, w obecnej dobie kryzysu – ironizuje.
WACŁAW JAROSZYŃSKI
Cały artykuł w numerze 3/2012 Eurogospodarki.