Historia firmy Walmart w oficjalnym wydaniu brzmi jak amerykański sen. 44-letni Sam Walton 2 lipca 1962 r. założył w Rogers w stanie Arkansas pierwszy market. W młodości sprzedawał gazety, żeby móc kontynuować naukę na Wydziale Ekonomii Uniwersytetu Missouri, a obiady od szefa restauracji dostawał tylko wtedy, kiedy zapracował sobie na nie jako kelner. Nie zdawał sobie zapewne sprawy, że za niecałe 50 lat jego firma będzie 18. Największym konsorcjum na świecie – według rankingów „Forbesa”. Co w tym interesującego z polskiej perspektywy?
Otóż Walmart prawdopodobnie niebawem wkroczy również na polski rynek.
Jakie to może mieć korzyści dla polskiej gospodarki oraz naszej prywatnej kieszeni? Zasadnicze. Wśród tytułów prasowych dotyczących inwestycji spółki w Polsce znajdziemy stopniowanie „Tanio, taniej, Walmart”. Faktycznie sieć słynie z bardzo mocnej konkurencji cenowej. Według badań przeprowadzonych przez bank inwestycyjny USB Warbug, na podstawie wpływu spółki na rynek amerykański, poziom cen może pójść nawet do 15% w dół. Słynne stały się już historie o tym, jak prezesi firmy zlecali rozwieszanie w jej siedzibach zdjęć prezesów konkurencji z podpisem: „Ten człowiek zabiera twoich klientów”. W Polsce Walmart prawdopodobnie włączy się do konkurencji w rynku dotąd zajmowanym przez Carrefour, Tesco oraz Biedronkę. Najczęstszą techniką wkraczania Walmartu na nowe „pola bitwy” jest przejęcie – spekulacje dotyczące tego, na kogo padnie, trwały od dawna. Wśród sieci marketów, którymi potencjalnie zainteresowany był inwestor, wymieniano takie jak Real, MarcPol czy Albert.
Walton w swojej autobiografii napisał: „Daj klientowi to, czego chce, patrz zawsze z jego punktu widzenia, oferuj szeroki asortyment towarów, najniższe możliwe ceny, dobrą obsługę oraz darmowy parking”. Czy to wystarczy na polski rynek, czy podobnie jak rosyjski stanie się on niegotowy na podbój? Prawdopodobnie przekonamy się o tym już niebawem.
DANIEL WARDZIŃSKI
Cały artykuł w numerze 8/2011 Eurogospodarki.