Strona główna Archiwum Enklawy bogactwa

Enklawy bogactwa

0

Nazwę wymyślił amerykański dziennikarz i pisarz zajmujący się majątkami najbogatszych Amerykanów – Robert Frank. Trzy lata temu wydał książkę, którą zatytułował „Richistan” – od słowa rich (bogaty). To opowieść o życiu w kraju bogactwa, mitycznym Eldorado, ale dziejącym się naprawdę! Przemierzył cały świat, dokumentując życie bogaczy, a jego dokumentalna książka jest uważana za najlepszy opis życia klasy próżniaczej na początku XXI w. Bilet wstępu do tej klasy kosztuje co najmniej 100 mln dol. W Stanach Zjednoczonych taki majątek ma kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Żyją we własnym świecie. Praktycznie nie stykają się ze zwykłymi Amerykanami. Mają własny system opieki zdrowotnej – już nie tylko prywatny, ale VIP-owski, z osobnymi wejściami do przychodni i szpitali oraz dostępem do wszystkich najnowszych osiągnięć światowej medycyny. Mieszkańcy „Richistanu” z uśmiechem politowania patrzą na właścicieli standardowych porsche, mercedesów i audi. Dla nich samochód zaczyna się od bentleya i rolls-royce’a. Dzieci mogą jeździć ferrari czy lamborghini. Ale tak naprawdę liczą się auta produkowane w limitowanych seriach – bugatti veyron, koennigsegg czy pagani. Coraz częściej bogacze rezygnują z usług szoferów. Aż 95% klientów rolls-royce’a deklaruje, że samodzielnie prowadzi samochód. Wielu z nich nie tylko prowadzi własny samochód, ale także pilotuje własny samolot. I nie mówimy tutaj o awionetkach, na które może sobie pozwolić przeciętny przedstawiciel klasy średniej lub biznesmen. W modzie jest posiadanie własnego odrzutowca.
Kim są mieszkańcy „Richistanu”? W dużej części to potomkowie bogaczy, np. Vanderbildtów, Hearstów, Rothschildów, Morganów, którzy właściwie nie muszą pracować. Za nich pracują pieniądze zdobyte przez ojców, dziadków, wujków i innych członków rodziny (niemal wyłącznie mężczyzn). John Raes, właściciel hut stali w Zachodniej Wirginii, przyznał w wywiadzie telewizyjnym: – Zarobiłem moje pieniądze w staroświecki sposób: odziedziczyłem je! Ale większość bogaczy sama pracuje na swoje pieniądze. Dziś raczej dla przyjemności niż dla zdobycia kolejnych pieniędzy. – Nie interesuje mnie, czy jestem warty miliard, czy dwa. Interesuje mnie to, czy uda mi się zrobić interes, czy nie. Dla mnie biznes to gra, w której najważniejsze jest zwycięstwo. Zarobek to wygrana – mówił Lakshmi Mittal, jeden z najbogatszych ludzi na świecie. Dlatego większość bogaczy to udziałowcy w wielkich korporacjach, które często sami tworzyli.
Najbogatszy człowiek świata – Bill Gates – jest właścicielem 25% akcji koncernu Microsoft, wartego dziś ponad 200 mld dol. Żyje z odsetek, zajmując się doradztwem we własnej firmie i działalnością charytatywną (jego fundacja wydaje na badania nad lekiem na AIDS więcej niż wszystkie państwa razem wzięte). Ale inni są nie tylko udziałowcami, są także szefami swoich firm. Portal internetowy Insider.com opracował listę najlepiej zarabiających menedżerów i udziałowców AD 2010. Na pierwszym miejscu znalazł się Warren Buffett, po nim Larry Ellison (szef Oracle), na trzecim jest Charles Koch (właściciel akcji Wichita’s Koch Industries). Większość mieszkańców „Richistanu” o kryzysie słyszało tylko w telewizji albo czytało o nim w gazetach. Owszem, od września 2008 r. (początek krachu giełdowego) do września 2009 r. liczba miliarderów zmniejszyła się prawie o połowę – do 723. Doszło nawet do spektakularnego samobójstwa. Niemiecki milioner Adolf Eckler zastrzelił się, kiedy jego firma zaczęła bankrutować. Ale w praktyce były to straty czysto wirtualne, po prostu pakiety ich akcji w firmach potaniały. Nie przełożyło się to na codzienne życie. W 2010 r. akcje podrożały i bogacze odrobili straty. Kiedy latem ubiegłego roku Grecja nieformalnie zbankrutowała, a w USA bezrobocie przekroczyło 10% – w „Richistanie” ogłoszono koniec recesji. Zrobił to Allan Greenspan, były szef amerykańskiego Systemu Rezerwy Federalnej. Stwierdził, że największe korporacje i banki wydobyły się z kłopotów.
Pierwsi zareagowali prezesi banków! Vikram Pandit, szef Citigroup (m.in. Citibanku), dostał od swoich współpracowników podwyżkę – z symbolicznego dolara do 23 mln dol. rocznie, wliczając w to premie od zysku. Zarząd wynagrodził go za wydobycie firmy z kłopotów i pierwsze od lat zyski. Panditowi udało się to zrobić, wyrzucając z pracy ponad 80 tys. ludzi na całym świecie. Oni powiększyli grono ubogich, on wrócił do „Richistanu”.
Nie ma się co dziwić, że od lat następuje akumulacja kapitału, co oznacza w największym skrócie – bogaci mają coraz więcej, klasa średnia biednieje, a biedni mają coraz mniej. Dziś – jak wynika z raportu Citibanku – 10% mieszkańców Ziemi kontroluje 83% wszystkich dóbr na naszej planecie. Powstanie wąska grupa superbogaczy i gigantyczna armia biednych. Warren Buffet namówił kilkudziesięciu miliarderów i milionerów, by rozdali co najmniej połowę swego majątku na cele charytatywne, bo to najbogatsi powinni wziąć na siebie koszty wychodzenia z kryzysu. Bez odzewu! Za kryzys, do którego doprowadzili finansiści i politycy, płacą przeciętni obywatele. A mieszkańcy „Richistanu” płacą tylko za przyjemności…
TOMASZ JABŁOŃSKI
Cały artykuł w numerze 7/2011 Eurogospodarki
.