Przeciwko niskim cenom zboża sprzysięgło się właściwie wszystko. Latem ubiegłego roku przez Rosję – jednego z największych producentów zboża – przetoczyła się wielka fala upałów. Plony zmniejszyły się tak bardzo, że rząd podjął decyzję o zakazie eksportu. Rosyjskie źródło pszenicy wyschło! Kolejny cios nadszedł z Saskatchewan. Konia z rzędem temu, kto wie, gdzie to jest… – a to mało znana, ale za to niesłychanie żyzna prowincja Kanady. Tam nie było suszy… była za to jedna z największych powodzi w historii. Zbiory zmniejszyły się o 40%. Drugie źródełko zostało zalane… Po Rosji i Kanadzie katastrofy naturalne nawiedziły także Argentynę i Australię. Dostawy zbóż spadły. Wzrosło natomiast zapotrzebowanie, bo chiński smok jest nienasycony.
Jeszcze kilka lat temu Chiny były największym producentem zboża na świecie. Co piąta kolba kukurydzy na świecie wyrosła na chińskiej ziemi. Ale później nadeszły złe czasy. W ubiegłym roku przez ten kraj przetoczyła się jedna z największych susz w historii. W ciągu ubiegłego roku Chińczycy kupili o jedną trzecią pszenicy więcej niż w 2009 r. Kraj, który ma ponad bilion może sobie na to pozwolić. Chińczycy kupowali, mimo że ceny rosły. I nic nie wskazuje na to, żeby mieli przestać kupować, bo tegoroczne zbiory też zapowiadają się wyjątkowo słabo, a spekulanci poczuli krew.
Na giełdzie towarowej w Chicago – największej na świecie handlującej surowcami i towarami spożywczymi – gorączka zaczęła się pod koniec ubiegłorocznego lata. W ostatnim kwartale obroty wzrosły trzykrotnie – do 5,7 mld dolarów. Zadziałał klasyczny mechanizm spekulacyjny: spekulanci kupowali, ceny rosły, a kiedy ceny rosły, spekulanci kupowali coraz więcej. Obroty rosły jak szalone, a w ślad za nimi rosły ceny i… zarobki inwestorów giełdowych oraz spekulantów. Od lipca do końca roku 2010 na pszenicy można było zarobić 77% (tylko w grudniu 15%). Jeszcze lepszy zarobek był na kukurydzy – 87 %. Gracze zarobili grube miliardy.
Obecnie na ziemi mieszka ponad 6,7 mld ludzi. Każdego dnia do kolacji zasiada o 215 tysięcy osób więcej. Wszystko wskazuje na to, że w połowie tego roku populacja naszej planety przekroczy 7 mld. Większość ludzi mieszka w regionach, gdzie żywności jest najmniej. Najlepszym przykładem są tu Indie.
Kraj z dumą ogłaszający się „największą demokracją świata” od kilkunastu lat jest rządzony przez nacjonalistów. Lansują oni wzrost populacji, zachęcając mieszkańców (przede wszystkim Hindusów, zdecydowanie mniej są zachęcane mniejszości narodowe) do rodzenia dzieci. Skutek? Najpóźniej w 2040 r. Indie wyprzedzą Chiny i staną się najludniejszym krajem świata. Będą miały 1,5 mld mieszkańców. Niestety, wzrost gospodarczy nie nadąża za wzrostem ludności, więc nowi członkowie hinduskiego społeczeństwa są z góry skazani na głodowanie. Podobna sytuacja panuje w wielu innych azjatyckich krajach. Coraz częściej pada więc pytanie: co robić?
Za rządów komunistów krążył dowcip: Co się zbiera najpierw, kiedy nadchodzi czas pilnych zbiorów zbóż? Najpierw zbiera się… partyjna komisja. Podobnie jest i teraz. ONZ na jednej z konferencji zaproponowała powołanie żywnościowego OPEC, czyli grupy największych eksporterów żywności. Podobnie jak kraje OPEC kontrolują produkcję ropy i jej ceny, tak najwięksi producenci i eksporterzy żywności kontrolowaliby dostawy i ceny zboża oraz innych artykułów żywnościowych.
Innym, może nieco lepszym pomysłem wydaje się inwestycja w unowocześnianie rolnictwa. Chiny wydadzą w ciągu kilku najbliższych lat 1,14 mld dol. na nawadnianie pól, poprawę wydajności upraw i odzyskiwanie dla rolników pustynnych terenów.
Optymiści wolą myśleć, że zielona rewolucja się uda, spekulacyjna bańka na giełdach towarowych pęknie, ceny żywności spadną, a ludzkość będzie się rozmnażać wolniej. Ale na razie górą są pesymiści. Według związku piekarzy latem tego roku w Polsce chleb może kosztować 5 zł!
TOMASZ JABŁOŃSKI
Cały artykuł w numerze 6/2011 Eurogospodarki.