Strona główna Archiwum Sidła perswazji

Sidła perswazji

0

Prawie wszyscy słyszeli o piramidach finansowych, które rozbłysły pełnym blaskiem w latach 90. ub. stulecia. Kto był na szczycie piramidy (głównie pomysłodawcy), ten się obłowił. Ci, którzy znaleźli się na samym dole, zawiadamiali policję, ponieważ czuli się oszukani. Argentyński system naciągania został rozbity i zakazany, ale zaraz pojawiły się na rynku jego udoskonalone wersje, pozwalające żerować na ludziach w zgodzie z prawem. Przerażające jest to, że wielu oszukanych to osoby, które były winne tak naprawdę same sobie, ponieważ zaufały słowom, a nie zapisom w umowie – której dokładnie nie przeczytały!
Czytaj umowy!
Naciągacze oferujący łatwe pieniądze doskonale wiedzą, że zgłaszający się do nich klienci mają problemy finansowe i skupieni są wyłącznie na ekspresowym zdobyciu gotówki. Jeżeli potencjalny pożyczkobiorca już na etapie rozmowy wstępnej przejawia nadmierne zainteresowanie treścią umowy, sprytna firma nie przepuszcza go do drugiego etapu, eliminując ryzyko, że nie uda się „wyssać” pieniędzy z kolejnego klienta.
Firmy działające w tzw. systemie argentyńskim przygotowują profil psychologiczny swoich zdobyczy i ściśle trzymają się założeń w nim zawartych. Dłużnik myśli tylko o zaspokojeniu komornika czy też innych organów egzekucyjnych (np. banku, urzędu skarbowego). Działając w ciągłym stresie, pod presją, nagle otrzymuje profesjonalną obsługę i dobrą informację od osoby o miłym głosie, że pieniądze są dla niego przygotowane i firma chce je wypłacić. Zwracam uwagę, że wyrażenie „chce” nie oznacza, że wypłaci.
Trochę przypomina mi to SMS-owy system loteryjny jednej z sieci telefonii komórkowej, w którym kolejny SMS z treścią „Mamy przygotowany dla ciebie samochód, który chcemy ci dać. Wyślij SMS do działu odbiorów…” niczego nie oznaczał ani nie obiecywał. Otrzymałem wówczas kilkadziesiąt SMS-ów o podobnej treści od jednego operatora. Walczyli o SMS-a do ostatniej chwili, używając różnych technik perswazyjnych. Wiele z tych osób, którym przedstawiałem treść SMS-ów, złamałoby się przy tekście „Kluczyki czekają na odbiór. Pani Wiesia z działu księgowości prosi o kontakt. Wyślij SMS…”.
Jak można się domyślić, podstawą w profesjonalnym wyciąganiu pieniędzy od ludzi są odpowiednio skonstruowane wyrażenia wpływające na naszą podświadomość. Manipulacja językowa czy też marketing perswazyjny jest rzeczą normalną w świecie biznesu i jest podstawą egzystencji wielu firm, nie tylko oferujących pożyczki. W umowach jest to często nazywane produktem finansowych lub towarem. Umowy w tzw. systemie argentyńskim są zazwyczaj nie do rozszyfrowania bez doradcy finansowego. Zawierają wiele klauzul, warunków i nietypowych określeń. Najczęściej zawierane są w punkcie doradczym firmy finansowej w pośpiechu, bez analizy, wyłącznie na podstawie słownych zapewnień o wyjątkowości oferty i niezwykłej opłacalności.
Zawsze, zgodnie z wymogami, trzeba zapłacić tzw. opłatę wstępną, zwykle ponad tysiąc złotych, czasem nawet kilka tysięcy, jest ona określana jako procent wartości towaru (od 3% do nawet 20%). W sprytny sposób ta pierwsza wpłata określona jest w umowie jako rata pożyczki, której jeszcze nie widzieliśmy na oczy. Zgodnie z zapisem w umowie, umieszczonym na odległej stronie jej zawiłego tekstu, rata nie podlega zwrotowi. Jeżeli termin odbioru obiecanych pieniędzy ulegnie lekkiemu przesunięciu, to kolejną ratę wyimaginowanej pożyczki niestety musimy – zgodnie z umową – zapłacić. I tak co miesiąc wpłacamy sumę równą racie pożyczki, mimo że jeszcze żadnych pieniędzy nie otrzymaliśmy. W systemie argentyńskim praktycznie sami finansujemy swoją pożyczkę. Wydaje się to mało wiarygodne, ale to naprawdę tak wygląda. Zawarcie umowy czy paktu z diabłem, jak określają to niezadowoleni klienci, często zobowiązuje nas do pokrywania comiesięcznych kosztów administracyjnych i składki ubezpieczeniowej na życie. Żeby wszystko sprawiało pozory normalności, czasami ktoś otrzyma obiecaną pożyczkę. Systemy są różne, w niektórych pierwszą pożyczkę otrzymuje najstarszy stażem klient, w innych odbywa się losowanie, w jeszcze innych można zwiększać szanse na pożyczkę, wpłacając wyższe raty. Korzystają też „swoi” – zaprzyjaźnieni z firmą klienci, którzy rozsiewają informację o pieniądzach na zawołanie. Przez takie „żywe” reklamy czujność przyszłych ofiar jest osłabiona.
Ofiara systemu
Do Salonu Dłużnika „Eurogospodarki” zgłosił się Marek. I właśnie on, pomimo tego, że jest bystrym człowiekiem, wykazał się brakiem czujności. Zasłyszana na mieście historia skierowała go w sidła firmy, której działanie przypomina system argentyński. Marek był dobrym celem, bo mimo kłopotów finansowych dysponował mniejszymi pieniędzmi, które mógł poświęcić na zapłacenie opłat.
Przez 15 lat Marek prowadził stragan na Stadionie X-lecia w Warszawie. Z bazarowej sprzedaży wybudował pod Warszawą ponad 300-metrowy dom w stanie surowym zamkniętym i sąsiadujący z nim 200-metrowy magazyn. Tuż przed eksmisją kupców ze stadionu, kiedy obroty były na poziomie egzystencjalnym, Marek wziął duży kredyt hipoteczny we frankach szwajcarskich na wykończenie wymarzonego domu. Żeby podwoić kapitał, zainwestował część kredytu w towar.
Niedługo rozpoczęto budowę Stadionu Narodowego i stadionowy biznes się skończył. Dodatkowo zakupiony towar stracił na wartości. Przychody Marka drastycznie spadły i rozpoczęły się jego kłopoty, które trwają do dziś. Szybko znalazł się w systemie BIK ze względu na nieterminowe płatności i nie mógł liczyć na inne kredyty bankowe.
Budowany przez lata dom jest jego oczkiem w głowie. Solidna budowa (zewnętrzne ściany blisko metrowej grubości) pochłonęła znaczne pieniądze, za które Marek postawiłby dwa inne standardowe domy. Mimo że nasz dłużnik zjeżdża po równi pochyłej, nie dopuszcza do siebie myśli, że może ten dom stracić i może lepiej go sprzedać, zanim wartość kredytu przekroczy wartość nieruchomości. Jego celem jest zamieszkanie w nim i jak do tej pory robi wszystko, żeby uchronić nieruchomość przed licytacją. Dwukrotnie interweniował dział windykacji w banku i dwukrotnie udało się dłużnikowi odsunąć widmo rozwiązania umowy kredytowej, wpłacając zaległe raty.
Żeby złapać oddech i mieć chwilę do namysłu, potrzebował szybko zdobyć pieniądze. Jako doświadczony handlowiec wiedział, że musi uważać na firmy „krzaki”, jednak jak się później okazało, nie uniknął wejścia na minę. Zafascynowany opowieścią jednego ze swoich klientów robiących u niego zakupy, z dużym bagażem zaufania udał się do firmy oferującej szybkie pożyczki. Odpowiednia aranżacja spotkania oraz błyskawiczna obietnica pieniędzy przy zabezpieczeniu hipotecznym zachwyciły Marka, który od ręki wpłacił 2,5 tys. zł tytułem pierwszej raty spłaty zobowiązania. Obiecano mu 50 tys. zł w dwóch transzach. Wypłata pierwszej miała nastąpić w ciągu dwóch tygodni. Dzień przed terminem spełnienia warunków pozwalających na wypłatę pożyczki Marek został zaproszony na spotkanie z doradcą finansowym pożyczkodawcy i otrzymał informację, że jednak poziom zabezpieczeń jest niewystarczający i musi on mieć dwóch poręczycieli. Niestety, 24-godzinne poszukiwania chętnych na obciążenie cudzym zobowiązaniem nie powiodły się i tym sposobem Marek został wyeliminowany z dalszej gry – bo jak inaczej nazwać staranie się o pieniądze, gdzie wszystko zależy tak naprawdę od szczęśliwego trafu.
Zajęliśmy się sprawą Marka i będziemy drążyć ten temat, a tymczasem podpowiadamy mu, jak postępować, żeby wyjść z kłopotów finansowych i spełnić marzenie, czyli zamieszkać we własnym domu i przestać wynajmować mieszkanie.
Co dalej?
Organy ścigania rozkładają w tych przypadkach bezradnie ręce, wskazując na zapisy umów. W niektórych renomowanych instytucjach finansowych też trzeba ponosić opłaty, ale tam nikt nie daje nam z góry gwarancji, że uzyskamy kredyt, a opłaty manipulacyjne są dużo niższe. Z pewnością gdzieś brakuje odpowiednich jednolitych przepisów.
W historii Marka zabrakło istotnego szczegółu, jakim jest internet. Gdyby przeczytał opinie na temat firmy, która legalnie pobrała od niego pieniądze, na pewno nie zdecydowałby się na ten krok.
ANDRZEJ SKUBISZEWSKI
źródło: Eurogospodarka nr 3/2011